Ardanowski poleca pracę na roli. Sprytnie poniżył nauczycieli

Jan Hartman

polityka.pl

ARDANOWSKI POLECA PRACĘ NA ROLI. SPRYTNIE PONIŻYŁ NAUCZYCIELI

Minister rolnictwa pouczył właśnie inteligencję pracującą miast i wsi zatrudnioną na etatach nauczycieli, żeby w razie utraty pracy wróciła tam, skąd przyszła, czyli do robót polowych.

Nasza władza ludowa – w osobie wsławionego w dziedzinie ekologii, tudzież parlamentarnej przyjaźni polsko-izraelskiej ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego – pouczyła właśnie inteligencję pracującą miast i wsi, a dokładnie tę jej część, która zatrudniona jest na etatach nauczycieli, że może w razie utraty pracy wrócić tam, skąd przyszła, czyli na wieś, do robót polowych. Tych samych, które wykonywał jej dziad i pradziad, zanim nastał socjalizm. Historia bowiem kołem się toczy. A wszystko to w ramach sojuszu robotniczo-chłopskiego i frontu jedności narodu.

Kto nie pracuje, ten nie je

Oto pan minister, w pogawędce z dziennikarzem RMF FM Marcinem Zaborskim, tłumacząc, dlaczego pracownikom sezonowym przyjeżdżającym z zagranicy do prac polowych wykonuje się testy na koronawirusa, a nauczycielom nie, zaapelował (nie po raz pierwszy, jak twierdzi) do nauczycieli pozostających bez pracy w okresie letnim, żeby sobie popracowali u rolników przy zbiorach. Znaczy – żeby dorabiali jako parobkowie.

Tę bukoliczną perspektywę roztoczył przed nimi w takich słowach: „Ja zresztą zaapelowałem do Polaków, którzy pozostają bez pracy, czy to są ci, którzy nie mają prawa do zasiłku, czy też młodzież, a może ci nauczyciele, którzy nie będą pracowali, żeby ludzie po kilka, kilkanaście dni również pracowali u rolników”. Gdy redaktor dopytywał, czy zachęca nauczycieli do zbierania truskawek i czereśni, pan Ardanowski z imponującą szczerością starego rolnika odparł: „Każdy, kto pozostaje bez pracy, powinien tej pracy szukać”. Inaczej mówiąc: „bez pracy nie ma kołaczy” lub też: „kto nie pracuje, ten nie je”.

Ci niewdzięczni nauczyciele

Jak można się domyślić, słowa ministra niezbyt spodobały się przewodniczącemu Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomirowi Broniarzowi, który ocenił je jako głupie, a za to kolega Ardanowskiego z rządu, minister edukacji Dariusz Piontkowski, wręcz przeciwnie – pozostawiłby woli i chęci nauczyciela, czy by sobie nie popracował fizycznie. Jak należy się domyślać, tak samo odniósłby się do sugestii, że księża odczuwający deficyty finansowe w okresie epidemii też mogliby, jeśli chcą, popracować w sadzie u któregoś z parafian. No, ale to już tylko nasze domysły.

Z wypowiedzią Ardanowskiego trzeba się zmierzyć filozoficznie, a to oznacza wejście na tzw. metapoziom analizy, czyli poziom wyższy, niż ma to miejsce w naturalnej polemice. Ujmując sprawę bez zbędnych ceregieli, a za to zupełnie niefilozoficznie, można by skwitować to, co się wypsnęło panu ministrowi, jako zwykłe chamstwo. Ot, szydzi sobie minister rolnictwa ze stanu nauczycielskiego, który za wiele sobie wyobraża, podczas gdy to lud go żywi. Można sobie z nauczycieli, nie dość wdzięcznych rządowi za reformy i podwyżki pensji, kpić do woli, jeśli stoi się po stronie ludu, ludu wiejskiego, któremu z definicji więcej wolno. Więcej, gdyż jest „solą ziemi” i „jest u siebie”. Jednakże na takiej interpretacji poprzestać nie można. Chamstwo w ustach dygnitarza państwowego musi bowiem posiadać jakiś pretekst retoryczny, co oznacza, że na pewnym poziomie można go bronić – choćby cynicznie i przewrotnie – jako zachowania mieszczącego się w granicach normy.

Nie taka rola ministra

I w tym miejscu trzeba wspiąć się na ów odpychający metapoziom, aby ujawnić retoryczny pretekst pozwalający ministrowi obruszyć się na zarzut grubiaństwa, a następnie obnażyć przewrotność i niegodziwość tego pretekstu. Otóż pretekstem tym jest ważny i jak najbardziej zasługujący na akceptację element etykiety życia publicznego, czyli poprawności politycznej, którym jest zakaz deprecjonowania jakiejkolwiek uczciwej pracy oraz podkreślania hierarchii zawodów i wykonujących te zawody grup społecznych. Nie wolno nawet sugerować, że robotnicy rolni są gorsi od nauczycieli, a wykonywanie prac polowych kogokolwiek poniża i hańbi. Pan Ardanowski w swojej naiwności sądził zapewne, że ze strachu przed odsłonięciem się z niecnym „klasizmem” nikt nie śmie potępić jego słów i nazwać ich po imieniu, czyli chamstwem. Jak już widać z niniejszego tekstu, znalazł się ktoś taki. Nie każdy bowiem ulega szantażowi moralnemu i daje się brać pod włos.

Otóż można szanować pracę rolnika, a jednocześnie żywić przekonanie, iż wielu rolników odczuwałoby dumę z tego, że ich dzieci zrobiły karierę, czyli „daleko zaszły”. Taką karierą może być np. praca w szkole w charakterze nauczyciela. Co więcej, wolno przypuszczać, iż wielu rolników sądzi nie tylko, że istnieje coś takiego jak awans społeczny, lecz również stosowne do pozycji zawodowej miejsce w społecznym podziale pracy. I tak wolno nam sądzić, że zdaniem wielu rolników w polu powinien pracować przygotowany do tego i predysponowany rolnik lub robotnik rolny, a w klasie szkolnej – nauczyciel. Nie zaś odwrotnie. Podobne poglądy mogą mieć – i z pewnością mają – niektórzy nauczyciele. W dodatku są też ministrowie, którzy sądzą, że ich miejscem nie jest pole, lecz gabinet ministerialny.

O godność nauczycieli

Jak rozumiem, pan Ardanowski nie należy do tej dużej zapewne grupy rolników, nauczycieli i ministrów, którzy tak myślą. Sądzi on (zwłaszcza jako były gospodarz na kilkunastu hektarach), że po ustąpieniu z funkcji mógłby pracować przy zbiorze truskawek, bierze taką ewentualność pod uwagę i nie byłoby mu przykro, gdyby zasugerował mu to Jarosław Kaczyński, własna żona albo własne dziecko. Szanuję to. Niemniej pan Ardanowski musi też uszanować uczucia i postawę wielkiej rzeszy ludzi, którzy myślą odwrotnie, to znaczy uważają, że utrata pracy we własnym zawodzie jest nieszczęściem i naturalnym pragnieniem osoby, która pracę straciła, jest jej odzyskanie, nie zaś wykonywanie innej, i to znacznie gorzej płatnej.

Ponadto są też osoby, które całkiem przeciwnie do p. Ardanowskiego wrażliwe są na cynizm i szydzenie z ich nieszczęścia. To również pan Ardanowski musi wziąć pod uwagę. A brać pod uwagę znaczy tutaj liczyć się z tym, że pewien filozof w imię godności nauczycieli nazwie go chamem, a ktoś inny nawet posunie się do tego, do czego nieraz posuwa się rolnik, gdy go ktoś obrazi.


Jan Hartman

Filozof i publicysta, ur. w 1967 r., profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pochodzi z Wrocławia, studiował na KUL, od 1990 do 2018 r. mieszkał w Krakowie, obecnie w Warszawie. Napisał kilkanaście książek z różnych dziedzin filozofii, esejów i podręczników. Prowadzi blog Loose Blues.