COVID-19 mimo szczepionki. Kiedy może do tego dojść, czy to groźne? Tłumaczy lekarz

medonet.pl

Monika Mikołajska

COVID-19 MIMO SZCZEPIONKI. KIEDY MOŻE DO TEGO DOJŚĆ, CZY TO GROŹNE? TŁUMACZY LEKARZ

Na COVID-19 chorują nawet osoby zaszczepione. Czy to oznacza, że szczepionki nie zawsze działają? Zakaźnik dr Lidia Stopyra uspokaja: to jest coś, czego my, lekarze, się spodziewamy. Dlaczego? Kto jest bardziej narażony na COVID-19 po zaszczepieniu? Kiedy może zdarzyć się cięższy przebieg? Specjalistka wyjaśniła w rozmowie z Medonetem.

  • Najważniejszym zadaniem szczepionek jest zapobieganie ciężkiemu przebiegowi choroby, a tym samym zgonom
  • Z obserwacji wynika, że zachorowania po zaszczepieniu się przeciwko COVID-19 zdarzają się u mniej niż 5 proc. osób
  • Dr Stopyra podkreśla, że lekarze są w stanie przewidzieć, kto może znaleźć się w tej grupie i objąć tych ludzi szczególną opieką
  • Przebieg COVID-19 po zaszczepieniu się jest najczęściej łagodny. Cięższe przypadki mogą się jednak zdarzyć – dr Stopyra wyjaśnia, kiedy takie ryzyko jest większe

Monika Mikołajska/ Medonet: Badania kliniczne nad szczepionkami pokazały, że chronią one przed ciężkim przebiegiem COVID-19, hospitalizacją i zgonem. Pojawiają się jednak informacje o przypadkach osób, które pomimo zaszczepienia zachorowały na koronawirusa, a nawet trafiły do szpitala. Czy to znaczy, że szczepionki nie zawsze działają? Czy są powody do niepokoju?

Dr Lidia Stopyra: Pamiętajmy, że nie ma szczepionki, która miałaby 100 proc. skuteczność. Skuteczność na poziomie 95 proc. to jest naprawdę bardzo dobrze. Pamiętajmy jednak, że pełną odporność uzyskujemy tydzień – dwa tygodnie po drugiej dawce szczepionki (czas zależy od rodzaju podanego preparatu). Szczepionka AstraZeneki ma deklarowaną niższą skuteczność przed zakażeniem – ok. 76 proc., ale prawie w 100 proc. chroni przed ciężkim przebiegiem choroby.

Wspomniana wyżej 95 proc. skuteczność oznacza również, że 5 proc. spośród zaszczepionych nie odpowie na szczepionkę, czyli nie wytworzy przeciwciał i – co za tym idzie – odporności lub liczba przeciwciał będzie niewystarczająca, by uniknąć zakażenia.

Wiadomo, kto może znaleźć się w tej grupie?

Oczywiście możemy typować osoby, które mogą znaleźć się w tych 5 proc. To przede wszystkim pacjenci z obniżoną odpornością czy mniej sprawnym układem immunologicznym. To m.in. osoby w zaawansowanym wieku – u nich niejako ze starości układ immunologiczny nie jest już w pełni wydolny. To też osoby zażywające leki immunosupresyjne, np. w dolegliwościach reumatologicznych, onkologicznych lub po przeszczepach.

Słaba reakcja tych pacjentów po zaszczepieniu nie jest powodem do zmartwienia, a jedynie informacją, że trzeba ich monitorować. My, lekarze, czuwamy nad ich układem odpornościowym – kontrolujemy poziom przeciwciał, które wytworzyli, sprawdzamy, czy nie wymagają wcześniejszego doszczepienia. Oni nie są zostawieni sami sobie. Nie jest też tak, że nie można dla nich już nic zrobić.

Pamiętajmy, że w szczepieniach chodzi głównie o to, żeby zapobiegać ciężkim przebiegom chorób. To oznacza, że po zaszczepieniu (podaniu dwóch dawek) może zdarzyć się, że zachorujemy, jednak będą to w zdecydowanej większości przypadki łagodne. To obserwują zakaźnicy w całej Polsce. I o ile zachorowania takie nie są groźne dla osoby zainfekowanej, są one niebezpieczne epidemiologicznie – człowiek taki, nawet jeśli przechodzi infekcję bezobjawowo, może zakażać innych. Zakaźność taka jest wprawdzie bardzo mała, ale jednak istnieje. Stąd noszenie maseczek będzie jeszcze przez jakiś czas konieczne, mimo że mamy już całkiem niezłą wyszczepialność.

Ale cięższe przypadki jednak się zdarzają…

Regułą jest, że nawet w przypadku, gdy po zaszczepieniu przeciw COVID-19 dojdzie do zachorowania, przebieg infekcji jest łagodny. Jednak wyjątki od reguły zawsze się zdarzają. Na cięższe przechorowanie koronawirusa po szczepieniu mogą mieć wpływ choroby współistniejące, m.in. cukrzyca typu 2 lub otyłość, a także ogólny stan zdrowia danej osoby. Są to więc sytuacje indywidualne, wymagające przeanalizowania każdego takiego przypadku z osobna.

W praktyce nie obserwujemy, żeby liczba zakażeń COVID-19 po zaszczepieniu dwiema dawkami którejkolwiek szczepionki przekraczała wspomniane 5 proc., jest ich znacznie mniej.

W naszym szpitalu były dotąd pojedyncze przypadki zachorowania po szczepieniu i to jest spodziewana sytuacja. Tak jak mówiłam, możemy przewidzieć, czyj organizm nie wytworzy przeciwciał. Co ważne, jeżeli zaszczepimy się wszyscy lub prawie wszyscy i nabędziemy odporność stadną, w przypadku gdy nawet te 5 proc. nie nabędzie odporności, będzie to dla wszystkich bezpieczne.

Możemy więc powiedzieć, że te nieliczne przypadki zachorowań na COVID-19 po wyszczepieniu, lekarze traktują jako coś zupełnie normalnego?

Tak, to jest coś, czego my się spodziewamy. I nie dotyczy to tylko szczepionek przeciwko COVID-19. Wiemy też, jaką skuteczność mają te szczepionki i jaka musi być wyszczepialność populacji, żeby było bezpiecznie. Jeżeli wyszczepimy chociażby 80-90 proc., to nawet jeśli wspomniane 5 proc. nie wytworzy odporności i tak mamy sytuację opanowaną. Dlatego tak ważne jest zaszczepienie jak największej liczby ludzi i do tego musimy dążyć.

Chciałam też przypomnieć, że o ile szczepionka jest w pełni skuteczna tydzień – dwa po drugiej dawce, odporność zyskujemy już po pierwszej dawce, jednak jest ona mniejsza. Stąd ważne jest, by wciąż przestrzegać zasad reżimu sanitarnego, jak wcześniej – nosić maski, zachowywać dystans…

Kiedy Pani zdaniem możliwe będzie odłożenie maseczek. Chyba każdy już o tym marzy…

Żebyśmy mogli zdjąć maski, musimy osiągnąć odporność zbiorową. Analogicznie do innych chorób, oznacza to, że odporność powinno uzyskać 70 – 90 proc. populacji. Przedział ten spowodowany jest faktem, że wirus się zmienia, pojawiają się mutacje – jest to więc pewien szacunek, bo musimy być otwarci na to, co może przynieść koronawirus. To jest normalna kolej rzeczy.

W badaniach agencji Inquiry 24 proc. ankietowanych zadeklarowało, że nie zamierza się zaszczepić (suma wskazań “zdecydowanie nie” i “raczej nie” – przyp. red). To jednak całkiem sporo.

Ale pamięta pani, że na samym początku odsetek tych, którzy nie chcą się szczepić był znacznie wyższy niż obecnie (z badań WUM przeprowadzonych latem 2020 r. wynikało, że ze szczepionki – wówczas jeszcze niedostępnej – chciało skorzystać 37 proc. ankietowanych, obecnie badania agencji Inquiry wskazują, że chęć zaszczepienia deklaruje ok. 57 proc. niezaszczepionych jeszcze osób – przyp. red.).

Wydarzenia, które niedawno miały miejsce w naszym szpitalu pokazały, jak bardzo ludzie chcą się zaszczepić. Otrzymaliśmy 1 tys. 860 dawek szczepionki firmy Pfizer. Miały przyjechać zamrożone i planowaliśmy szczepić nimi w ciągu 10 dni. Ale ponieważ przyjechały rozmrożone, musieliśmy je wykorzystać w ciągu trzech dni. Zaznaczę tu, że od momentu rozmrożenia do zużycia może upłynąć maksymalnie pięć dni, ale zanim szczepionki do nas trafiły, minęły już dwa. Trzeba było więc szybko umówić te zapisane 1 tys. 800 osób na trzy dni zamiast 10, zorganizować zespoły szczepiące, pomieszczenia, do tego dochodziły zaplanowane już szczepienia. Cała sytuacja została jednak zrozumiana tak, że szczepionki są, ale nie wiadomo, czy będzie tylu chętnych do szczepienia. Pod szpital przyjechało więc mnóstwo chętnych osób, dochodziło wręcz do awantur i różnych nieprzyjemnych oskarżeń. Mimo to widok tylu osób walczących o szczepionki był budujący.

Co do liczby osób, które nie chcą się zaszczepić… Na ten moment po prostu szczepimy osoby, które się zgłaszają. Wierzę, że ci, którzy teraz wątpią, za jakiś czas zdecydują się jednak przyjąć preparat. Trzeba poczekać, nie ma co się martwić na zapas.


DR LIDIA STOPYRA – specjalista chorób zakaźnych i pediatrii, kieruje Oddziałem Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala Specjalistycznego im. S. Żeromskiego w Krakowie