Dlaczego nie działa?

onet.pl

Tak wygląda dziś praca w sanepidzie. “Nie piszę tego po to, żeby ktoś mi współczuł” [LIST DO REDAKCJI]

Podczas trwającej pandemii koronawirusa informowaliśmy o licznych zmianach, jakie przeszli pracownicy różnych branż, także medycznych. Dziś publikujemy list jednej z naszych czytelniczek, która postanowiła opisać rzeczywistość pracy w jednostce sanitarno-epidemiologicznej.

Kolejny weekend spędzony w pracy, pieniędzy za nadgodziny nie ma i nie będzie – mamy ponoć dostać dodatkowe wolne dni, ciekawe kiedy je wykorzystamy, skoro nie widać końca pandemii? Dziś w pracy odbierając telefon za telefonem, znowu nasłuchałam się, jaki to sanepid jest niekompetentny, że powinni nas zlikwidować, że nie chcemy robić testów, że ukrywamy dane, że nie chcemy pomóc i tak w nieskończoność. Paliwo, które mnie napędzało do tej pory – chęć pomocy innym w tej trudnej sytuacji – powoli się wyczerpuje.

Do niedawna cieszyłam się, że w końcu możemy zająć się czymś pozytywnym – pomagać ludziom, a nie tylko karać i wymagać. Niestety rzeczywistość okazuje się zgoła inna, system sprawia, że znowu czuję się jak ułomne narzędzie, zmuszone do wykonywania zadań, które nie leżą w mojej mocy i których sam twórca nie przewidział. Pasek wypłaty, który dziś przyszedł, nie poprawia humoru – kasjerzy znanych dyskontów wyśmialiby mnie, a mam wyższe wykształcenie ze specjalizacją i 14 lat stażu. Do stresu, jaki towarzyszy mi od początku epidemii dołącza teraz frustracja i złość.

Czytając kolejne artykuły, pod którymi roi się od negatywnych komentarzy dotyczących pracy inspekcji sanitarnej, postanowiłam opisać moją codzienność i dołożyć cegiełkę do serii artykułów o ludziach walczących na froncie z pandemią koronawirusa. Choć w ten sposób mogę dać upust swoim emocjom.

6 rano pobudka, umyć się, zjeść szybkie śniadanie i do pracy, trzeba się śpieszyć, bo przed 7 muszę wysłać tabelkę dotyczącą sytuacji epidemiologicznej w DPS-ach. Dane na szczęście uzupełniła koleżanka, która była wczoraj na drugą zmianę. E-mail wysłany teraz trzeba przejrzeć wyniki wymazów, które przyszły w nocy.

“Pytania o rezultat badania pojawiają się bardzo często”

Po obdzwonieniu wszystkich przekazuję dane osób, którym należy napisać decyzje wygaszające kwarantannę (to osoby niezbędne do funkcjonowania państwa tj. medycy, służby mundurowe, laboranci itd.) Muszę też przygotować zapotrzebowanie na kolejne wymazy dla kolejnych potrzebujących.

Pracę przerywa mi telefon: pan dzwoni powiedzieć, że nie działa mu aplikacja Kwarantanna Domowa, przez kilka minut tłumaczę, że nie znam się na tej aplikacji, którą stworzyło Ministerstwo Zdrowia i że to tam powinien poszukać pomocy. Pan nie daje za wygraną, więc idę do informatyka po pomoc, przekazujemy panu link do strony z informacjami o aplikacji – sprawa zakończona. Zanim zdążyłam się rozłączyć, przychodzi kolega i z wyczekującą miną patrzy na mnie: “Wysłałaś już tabelki na policję?” – no tak, zbliża się 8, trzeba przekazać informacje o osobach odbywających kwarantannę do policji, ale trzeba pamiętać, że zaszyfrowana tabela w Excelu do policji stołecznej, a do powiatowej trzeba szyfrować i wysyłać w Wordzie – dlaczego? Mnie nie pytajcie – takie jest polecenie.

Wracam do pracy z wynikami, przekazuję listę z osobami do wymazu koleżance, która do 10 musi je wysłać. Jeszcze tylko wydrukować każdy wynik, zaznaczyć, że zadzwoniono i przekazano do wygaszania, potem w segregator. Następnie uzupełniam tabelki w Excelu o nowe wyniki i wydrukowaną, zaktualizowaną listę kładę na biurku, żeby była w każdej chwili pod ręką. Pytania o rezultat badania powtarzają się bardzo często.

Pracę przerywa kolejny telefon. Tym razem pani mówi, że źle się czuje, boli ją głowa: “Czy kontaktowała się pani z lekarzem?”, “Nie, ale mnie tak nigdy głowa nie bolała, pewnie jestem chora na koronawirusa. Proszę mi zrobić testy” – mówi. Choć nie jestem lekarzem wypytuję o inne objawy, które mogłyby potencjalnie wskazywać na zakażenie Covid-19 – “Nie, tylko głowa” – słyszę. Rozmowa trwa jeszcze kilka minut, informuję panią, że objawy nie wskazują na koronawirusa i nie zapiszemy jej do pobrania wymazu “Jak to?! Ja słyszałam, że w sanepidzie można zrobić testy. Dlaczego nie chcecie mnie zapisać?”- mówi oburzona.

“Testy wykonujemy jedynie osobom chorym lub tym, które miały kontakt z chorym i przebywają na kwarantannie. Jeżeli pani się źle czuję proszę zgłosić się do lekarza, on może stwierdzić, czy jest potrzeba skierowania pani do szpitala na badania” – recytuję regułkę, którą często muszę powtarzać. “Nie chcecie mi nic pomóc, po co wy jesteście?!” – mówi pani i rzuca słuchawką.

Setki wiadomości każdego dnia

Ile to już takich rozmów odbyłam, chyba z tysiąc, ale nie mam czasu na rozmyślanie bo do pokoju wchodzi sekretarka i przekazuje mi plik dokumentów: “W wolnej chwili odpowiedz na maile” – rzuca wręczając mi pokaźny stos kartek. “Ok” – odpowiadam, w moment zapominam o pani z bólem głowy i skupiam się na przeglądaniu e-maili z pytaniami.

Muszę teraz wytężyć umysł i skupić się, aby w gąszczu próśb, pytań, zleceń i wniosków udzielić wyczerpującej i merytorycznej odpowiedzi: “Proszę przesłać mi mój wynik…”, “Do tej pory nie wykonano mi testu…”, “Zgłaszam za dużą ilość osób w sklepie, a jest przecież zakaz gromadzenia się…”, “Czy muszę nosić maseczkę jak mam astmę…”, “Zgłaszam, że miałem kontakt z osobą u której potwierdzono Covid 19…”, “Do objęcia kwarantanną…” – to najczęściej powtarzające się.

Najpierw załatwiam sprawy priorytetowe, zgłoszenia kontaktu z “plusami” (nazywamy tak osoby, u których potwierdzono koronawirusa) trzeba zadzwonić, przeprowadzić wnikliwy wywiad epidemiologiczny, zebrane dane zapisać, następnie przekazać do odpowiedniej osoby, która napisze decyzje o kwarantannie. Potem uzupełniam bazę danych adresów objętych kwarantanną.

Teraz mogę porozsyłać wyniki, każdy trzeba zaszyfrować i przesłać do adresata – z całością trochę się schodzi bo procedura szyfrowania, załączania, adresowania i pisania wiadomości odbywa się “na piechotę” – brak systemu zarządzającego. Jeszcze tylko telefon do odbiorcy, przekazanie hasła i sprawa załatwiona.

Konieczna lista osób do pobrania próbek

Teraz muszę się nieźle nagimnastykować i wykazać wiedzą ogólną, aby odpowiedzieć na całą paletę pytań począwszy od zasad przyjmowania do szpitala zakaźnego, poprzez wyjaśnianie co to jest i jak przestrzegać kwarantanny, wyjaśnianie zasad panujących podczas stanu nadzwyczajnego, skończywszy na instruowaniu lekarza co powinien zrobić z pacjentem, u którego podejrzewa Covid-19. Zanim zdążyłam odpowiedzieć na wszystkie pytania woła mnie koleżanka – no tak, już prawie 10, trzeba zweryfikować i wysłać listę osób do pobrania prób.

W trakcie uzupełniania listy przychodzi szefowa i mówi, że ma pilną pracę – trzeba odpowiedzieć na interpelację radnego. “Ok, zaraz się tym zajmę muszę skończyć listy wymazowe” – mówię spokojnie, ale wewnątrz już się gotuję ze złości bo wiem, że zebranie danych, o które prosi zatroskany przedstawiciel władz samorządowych zajmie dużo czasu, a potrzebne mu są zapewne tylko po to, aby móc “zabłysnąć” na forum lub zaatakować politycznych oponentów. Po godzinie przeglądania i opracowywania danych, mam już odpowiedź. Oficjalne pismo do pana radnego, piszę ze słuchawką przy uchu, bo telefon jak na złość nie przestaje dzwonić.

Kolejny zdenerwowany petent obcesowo informuje mnie, że miał mieć wczoraj pobrane próbki do testów, a jeszcze nikt się u niego nie pojawił. Staram się spokojnie wytłumaczyć, że sanepid tylko typuje osoby do wymazu. U nas nie pracują próbkobiorcy i nie mamy też laboratorium. Wszystko zlecamy podmiotom zewnętrznym. “To do nich zadzwońcie!” – mówi poirytowany głos w słuchawce, “Proszę spokojnie oczekiwać, na pewno przyjadą” – zapewniam, a w myślach ogarnia mnie złość, bo nie mam wpływu na działania próbkobiorców. Nasza jednostka nadrzędna: stacja wojewódzka, koordynuje ich pracę, a do nas nie są przesyłane żadne informację czy i kiedy pobiorą – tego jednak nie mogę powiedzieć mojemu rozmówcy. Jeszcze przez chwile zapewniam, że próbkobiorcy na pewno przyjadą, w końcu udaje mi się pana przekonać i odkładam słuchawkę.

“Nie posiadamy ani laboratorium ani testów”

Tutaj muszę się zatrzymać na chwilę i wyjaśnić jak to jest z tymi testami, bo informacje płynące z mediów mówią, że to sanepidy “robią testy”. Jak już wspomniałam stacje powiatowe nie posiadają, ani personelu do pobierania prób, ani laboratorium, nie mamy też samych testów – bo po co nam one? Laboratoria znajdują się w stacjach wojewódzkich i tam są badane przez wykwalifikowany personel. Jako, że nikt nie przewidział sytuacji, w której potrzebne jest pobieranie setek wymazów dziennie, wojewódzka stacja nie ma wystarczająco dużo personelu i musi wspomagać się firmami zewnętrznymi. Choć pracują systemem 24/7, laboratorium nie ma potrzebnych mocy przerobowych, aby pobrać i zbadać potrzebną ilość testów, więc część przekazywana jest do innych laboratoriów.

Te wszystkie rozproszone elementy, nie są spięte żadnym systemem zarządzającym, który pomógłby w organizacji i przepływie informacji. Choć ludzie dwoją się i troją to nie są w stanie sprawić, aby ten cały skomplikowany proces przebiegał w tempie jakim wszyscy oczekują . Zdarzają się sytuacje, że my zgłaszamy kogoś do wymazów, a informacja ta nie trafia do próbkobiorców, albo odwrotnie wymaz nie został pobrany w terminie, ale my o tym nie wiemy. Wszystkie dokumenty, które wysyłamy w tą długą i zawiłą drogę, wędrują poprzez skrzynki mailowe, przeróżne tabele, systemy informatyczne laboratoriów tam i z powrotem, a jeden głupi błąd na którymkolwiek z etapów może spowodować, że ten kruchy system zawiedzie.

Czasami zwykły błąd ludzki, źle skopiowana tabela, mail wpadnie do spamu, pomylona data poboru, bądź błędny PESEL powoduje zamieszanie i niepotrzebnie spowalnia cały proces. A przecież wykonywanie testów to kluczowy etap walki z pandemią. Zdaje się, że wszyscy wiedzą o tych newralgicznych punktach, ale nikt z tym nic nie robi, ale tu potrzebne są rozwiązania systemowe. Decyzje muszą zapaść “tam na górze”.

Liczne zgłoszenia podejrzenia choroby

Telefon znowu dzwoni. Tym razem coś ważnego, dzwoni sąsiednia stacja i przekazuje nam dane dotyczące osoby prawdopodobnie chorej. Kontakt przekazuję kierowniczce, po 15-minutowej rozmowie, przełożona patrzy na mnie i koleżankę: “Mamy nowego »plusa«”- mówi, odkładając telefon. Rozdaje nam po równo zebrane dane osób, które miały kontakt z chorym. Nie musi mówić, co mamy robić. Znamy swoje zadania i mamy je opanowane niemal do perfekcji. Ja dostaję cztery osoby, ale mam “szczęście”, bo dwie z nich, są z innego powiatu, więc wystarczy, krótka rozmowa i trzeba przekazać do odpowiedniej stacji.

Pozostali też już obdzwonieni, całość poszła dość sprawnie. Teraz tylko przekazać dane do decyzji, zapisać na wymazy, wpisać w system do którego ma dostęp policja sprawdzająca później czy kwarantanna jest przestrzegana. Możemy wracać do odpowiadania na telefony i e-mail-e.

W międzyczasie, dostaję mały stosik formularzy ZLK 1 – jakieś 15 sztuk. Są to zgłoszenia podejrzenia zakażenia lub choroby, które lekarze muszą do nas przesyłać. Trzeba sprawdzić, czego dotyczy, a potem wszystkich obdzwonić. Daje połowę koledze, sama chwytam pierwsze z brzegu: “podejrzenie Covid-19”. Dzwonię na numer z formularza i po chwili rozmowy już wiem, że to nie koronawirus: “Miałem ból brzucha i stan podgorączkowy, ale już dobrze się czuję” – mówi młody mężczyzna w słuchawce. Przekazuje mu podstawowe informacje i kończę zdaniem: “Jeżeli Pana stan się pogorszy, proszę natychmiast kontaktować się z lekarzem. Dziękuję, do widzenia” – mogę odłożyć do spraw załatwionych.

Biorę kolejny dokument, przykładam słuchawkę do ucha, ale tam zamiast sygnału ciągłego jakiś męski głos krzyczy “Halo!”, “Halo?” – odpowiadam niepewnym głosem, bo przecież jeszcze nie zdążyłam wybrać numeru na klawiaturze. Chwila konsternacji, mój mózg zaczyna pracować na najwyższych obrotach – WIEM – nadchodzi olśnienie, zanim ja zdążyłam wybrać numer, ktoś zdążył dodzwonić się do mnie. Uśmiecham się pod nosem i już pewnym głosem mówię: “Stacja sanitarna, słucham?” Kolejny dzwoniący obsłużony, rozłączam się ale słuchawki nie odkładam na widełki, kładę ją obok aparatu na biurku.

Uzupełnianie danych liczbowych ze wszystkich raportów

Muszę się skupić, bo jest 12:55, a ja muszę do 13 wysłać kolejne raporty. Najpierw tabela dzisiejszych plusów, wypełniam kolumny danymi, szyfruję, dodaję jako załącznik i wysyłam. Teraz te same czynności, ale dotyczą tabeli zgony i ozdrowieńcy – poszło. Na koniec uzupełnić system liczbowy, tu już tak szybko nie pójdzie, trzeba dokładnie policzyć, ile takich a takich przypadków przybyło, a ile ubyło, a ile jest aktualnie, a ile od początku, a ile w ciągu doby i tak kolejne rubryki.

W głowie mi się już miesza, ale trzeba się skupić. Jak coś będzie źle, to zaraz zadzwonią “z góry” i będę musiała robić sprostowania – to ważne dane przesyłane dalej do ministerstwa, a z nich tworzone są komunikaty do prasy. A propos prasy, muszę jeszcze przekazać do naszego informatyka aktualne dane o stanie epidemiologicznym w naszym powiecie na naszą stronę www. Uff, udało się.

Znany już dźwięk dzwonka telefonu rozbrzmiewa dziarsko. Po drugiej stronie słuchawki słaby głos oznajmia: “Przebywam na kwarantannie i poczułem się dużo gorzej, mam 39 stopni gorączki, męczy mnie kaszel” – tu jak na zawołanie pojawia się atak suchego kaszlu, po chwili głos kontynuuje: “Mam duszności i czuję się bardzo osłabiony”. Jak nic chory – myślę – wszystkie symptomy się zgadzają i choć nie jestem lekarzem, mam niemal pewność, że ta osoba to “plus”. Rozmowa trwa jeszcze chwilę, zbieram potrzebne dane i na koniec informuję, że wezwę pogotowie. Rozłączam się, dzwonię do dyspozytora i przekazuję sytuację, zaznaczając, że pan przebywa w kwarantannie i należy wysłać do niego zabezpieczony personel.

Po rozmowie zdążyłam wziąć łyk herbaty, więcej nie było mi dane, bo koleżanka już przekazuje mi pilną robotę – a która nie była pilna – myślę sobie. Okazuje się, że trzeba odpowiedzieć lokalnej prasie, która regularnie bombarduje nas masą pytań i próśb o udostępnienie danych. Nie mam nic do ukrycia, a stwierdzenia, że zatajamy prawdziwe dane i zaniżamy statystyki, można włożyć między bajki. Owszem, nie jesteśmy zbyt wylewni jeżeli chodzi o informacje, ale wynika to tylko z tego, że nie mamy czasu się tym zająć. Nie wiem, jak w innych stacjach, ale u nas nie ma rzecznika prasowego, który mógłby pośredniczyć w kontaktach z prasą. Trzeba delegować ludzi, których i tak jest jak na lekarstwo, do opracowywania danych potrzebnych do udzielenia odpowiedzi na pytania i prośby prasy.

Wymagana wiedza o koronawirusie “w małym palcu”

Znowu seria telefonów i maili, przed 14 kolejny raport, tym razem o ogniskach choroby. Wszystkie opisane powyżej czynności są częściej lub rzadziej przerywane pytaniami kolegów i koleżanek z innych działów, którzy starają się jak mogą nam pomóc, ale siłą rzeczy nie mają tej wiedzy, co dział epidemiologii, bo na co dzień robią co innego. A pomagają w zasadzie wszyscy, łącznie z administracją i księgowością. Dziś praktycznie każdy pracownik powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej musi mieć w małym palcu podstawową wiedzę na temat koronawirusa i postępowania z nim, niezależnie od stanowiska i działu.

Czas biegnie nieubłaganie, już prawie 15, a ja jeszcze nic nie jadłam. Mam już wyjść na przerwę, ale kolejny telefon tym razem dzwoni policja – nie zgadzają się dane osoby przebywającej w kwarantannie. Patrol podjechał na miejsce, ale nie może się dodzwonić do delikwenta bo numer nie odpowiada. Sprawdzam szybko w systemie, sama próbuje zadzwonić, ale odzywa się głos automatu : “nie ma takiego numeru”. Jeszcze raz zerkam w system i wszystko jasne, dane wprowadzał kto inny. “To osoba z przekroczenia granicy” – rzucam. “Jego dane wprowadzała straż graniczna przy przekroczeniu granicy, musicie kontaktować się z nimi”. “Okej” – mówi niepocieszony policjant i rozłącza się. Dźwięk telefonu znowu się rozlega, ale ja jestem już na korytarzu w drodze do socjalnego – niech ktoś inny odbierze, ja teraz mam przerwę śniadaniową.

“Nie piszę tego po to, żeby ktoś mi współczuł”

Powoli zbliża się koniec zmiany, przekazuję niedokończoną pracę koledze, a sama szykuję się do wyjścia. Jeszcze kilka niejasności do wyjaśnienia i w końcu można ruszać do domu, do swoich domowych obowiązków…

Tak wygląda dziś praca w sanepidzie, wszystko dzieje się bardzo szybko, stres to uczucie, które stale nam towarzyszy, a my staramy się ze wszystkim zdążyć na czas. Nie piszę tego po to, żeby ktoś mi współczuł, chodzi tylko o to, żeby pokazać Wam, jak to wygląda z naszej perspektywy. My tu nie “spędzamy czasu na plotkach i piciu kawy”. Naprawdę się staramy, ale ogrom zadań, z jakimi musimy się zmierzyć na skutek pandemii oraz nasze pozostałe „standardowe” obowiązki, stanowią nawał pracy nie do przerobienia. Nawet gdybyśmy dziś zatrudnili w każdym sanepidzie dwa razy tyle osób, to i tak nie dalibyśmy rady ogarnąć wszystkich zadań. Myślę, że żadna instytucja na świecie nie jest przygotowana na obecną sytuację.

Mam nadzieję, że choć część z Was po przeczytaniu tego artykułu zastanowi się dwa razy zanim następnym razem będzie hejtować “paniusie z sanepidu”. Na koniec jeszcze przekaz dla “ludzi ustalających zasady gry”- wiem, że jesteście otoczeni gronem doświadczonych ekspertów, przy których wyglądam jak gimnazjalistka na zlocie profesorów, ale my tu na samym dole łańcucha dowodzenia – będąc najbliżej wydarzeń, wiemy co działa a co nie. Czasami wystarczy tylko zapytać o zdanie frontowego “żołnierza”: pielęgniarki przy łóżku chorego, lekarza z oddziału zakaźnego, laboranta przy mikroskopie czy właśnie panią, przy komputerze przekazującą dane osób do pobrania wymazów. My wam podpowiemy co poprawić, aby nasze działania przebiegały jak najsprawniej. System może i musi działać wydajniej. Istnieją zmiany, które można wprowadzić, aby teoria w końcu znalazła wspólny język z praktyką.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Sytuacja w sanepidzie. “Większość z zadań jest kompletnie bez sensu” [LIST DO REDAKCJI]

W odpowiedzi na list pracownicy sanepidu napisała do nas lekarka, która twierdzi, że list dobrze oddaje rzeczywistość, w jakiej znajduje się służba zdrowia.

Szanowni Państwo,

Opublikowana przez Państwa wiadomość według mnie idealnie ilustruje, dlaczego ten system u nas działa tak jak działa – a w zasadzie nie działa.

Nie mam zamiaru atakować tej konkretnej urzędniczki, która po prostu robi to, co jej każą i to, co robiła pewnie przez ostanie 14 lat. Ale jednocześnie jest tak bardzo wtłoczona w ramy systemu, że nie widzi, gdzie jest jego paraliż.

Pani (nazwę ją Anna, bo chcę jakoś się do jej opowieści odnosić) opisuje jej pełen różnych zadań dzień pracy. Jednocześnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że większość z nich jest kompletnie bez sensu. W dobie dzisiejszych możliwości automatyzacji procedur, pani Ania pracowicie przepisuje dane z jednej tabelki do drugiej. A później odsyła, żeby następna osoba na podstawie jej tabelki mogła poprzepisywać sobie dane i wygenerować kolejną tabelkę i tym samym generować sobie nawał obowiązków.

Pani Ania po kolei przepisuje wyniki, jakie dostała. Wpisuje w tabelkę wynik (przepisuje z otrzymanego formularza), a następnie przekazuje to dalej. A wystarczyłoby, żeby stworzyć jednolity format, w którym te wyniki by do stacji spływały (udostępnić osobom wykonującym testy, potem plik spływa jako jednolity format). Taki plik importuje się (jednym kliknięciem!) do bazy danych, a drugim kliknięciem – generuje się plik decyzji (przecież one są identyczne! ). Odpowiednie ustawienie formularzy, zgranie arkuszy kalkulacyjnych i edytorów tekstu. I z godzin mozolnej pracy mamy kilka minut i to bez ryzyka pomyłki (komputer się nie myli). Ale po pierwsze – trzeba to wszystko ustawić na początek, po drugie – wiedzieć że tak można, a po trzecie – mieć chęć takiej zmiany. Czy myślę, że się to uda? Nie – nie w polskim urzędniczym systemie, w którym takie panie Anie “dwoją się i troją, żeby pomóc ludziom”, ale nawet nie próbują się zastanowić, gdzie jest błąd i wyjść poza ramy swojego myślenia. Nauczyć się chociaż jednej nowej rzeczy…

Jestem lekarzem. I z ogromem takiej idiotycznej bezsensownej pracy spotkałam się nie raz, nasze szpitale w tym królowały. Plik wyników, który przychodzi z laboratorium, przepisz na kartę pacjenta, przepisz do historii choroby, przepisz na kartę gorączkową i jeszcze na tabelkę, którą pokażesz przełożonemu. Koleżanki przychodziły godzinę/dwie przed rozpoczęciem pracy i wykonywały te idiotyczne przepisywanki, jakbyśmy ciągle byli w XIX wieku a komputery nie istniały. Wiecie, co zrobiłam, jak tylko trochę zapoznałam się z systemem i mniej więcej okrzepłam w pracy, żeby wiedzieć, czego potrzebuję? Zapytałam kolegę informatyka (ale takiego z korporacji – który jest nauczony szukania rozwiązań, a nie problemów i “nie da się”) czy są narzędzia, które pozwolą mi zautomatyzować tę pracę. Odpowiedź była pozytywna – a to po prostu bardziej zaawansowane funkcje wszystkim nam dobrze znanego pakietu Office. I ja – informatyczna kaleka, który do niedawna nie potrafiłam nawet podłączyć nowej drukarki – nauczyłam się ich na tyle, na ile potrzebowałam (tak, za własne pieniądze zapłaciłam za kursy), a później z pomocą znajomego ułatwiłam sobie życie. I działa – wyniki raz wpisane magicznie pojawiają się same we wszystkich innych miejscach, a laboratorium przeszło na formę cyfrową – w ogóle jak przy pomocy czarodziejskiej różdżki same materializują się w moich dokumentach. Czy to się spodobało moim koleżankom, zwłaszcza starszym? A skąd. Zostałam nazwana leniwą dziunią, której nie chce się nawet przejrzeć wyników pacjentów (co nie jest prawdą – dzięki temu, że ich nie przepisuję po raz piętnasty mam czas, żeby się nad nimi zastanowić, a poza tym – mam pewność, że się nie pomylę). Oczywiście po pewnym czasie się to zmieniło, a teraz już w sporej liczbie miejsc takie systemy po prostu funkcjonują jako kupione.

Nie proponuję oczywiście, żeby każdy próbował sobie pisać skrypty do automatyzacji – ale przecież są ludzie, którzy zajmują się tym zawodowo. Dlaczego nie można ich systemowo poprosić o pomoc? Bo po pierwsze pani Ania nie wie, że tak można – a dopóki nie wie, to o pomoc nie poprosi. A nie wie, bo zajmuje się “dwojeniem i trojeniem, żeby pomóc ludziom”. A zamiana tabeli Word na Excel (i na odwrót) przy odpowiednim skonfigurowaniu plików pośrednich to też kilka kliknięć, a nie przepisywanie mozolnie krok po kroku. I drukowanie wyników do segregatora (z pięcioma pieczątkami) i robienie plusików w tabelce (może nawet własnoręcznie narysowanej).

Drugi absurd tego systemu – to nie pani Ania (która jak sama mówi – lekarzem nie jest) powinna weryfikować moje zgłoszenia o wymaz. Jeśli wywnioskuję o wymaz (jako lekarz), to powinien być on zrobiony, a nie dopiero weryfikowany przez urzędnika. Jeśli decyduję, że pacjent potrzebuje oznaczenia troponin, to nikt między mnie a pacjenta się nie wtrąca. Jeśli uważam, że pacjent potrzebuje badania w kierunku SARS-CoV-2 – wtrąca się między mnie a pacjenta taka Pani Anna. Która uważa, że ból brzucha nie może być objawem COVID-19. Której (bez wykształcenia w tym kierunku) nadano uprawnienia, aby kwestionować moje decyzje. I która (oczywiście już w przenośni, ale sytuacja jest autentyczna a stanowisko urzędniczki identyczne) powiedziała jednemu z moich pacjentów, że jeśli nie miał w otoczeniu potwierdzonego wyniku, to testu mu nie zrobią mimo wyraźnych i jednoznacznych objawów. A test (już w szpitalu jednoimiennym) wyszedł pozytywny. I w ten sposób tej biednej pani Annie dodaliśmy pracy – musiała obdzwonić ileś osób (miejmy przynajmniej nadzieję, że część było z sąsiedniej stacji i dało się szybko odfajkować).

Szanowni Państwo, tak to można sobie działać w warunkach pokoju. Ja wierzę, że Pani Ania ma ciągle poczucie, że jest zajęta i zapracowana. Pewnie ma też poczucie, że nikt jej pracy nie docenia. Ale nie zauważa, że jej praca w obecnych czasach jest mniej więcej tak bardzo potrzebna, jak praca skryby. I gdyby tylko choć trochę zastanowiono się, gdzie leży problem, to miałaby czas i na przerwę śniadaniową i na spokojną odpowiedź na maile.