Doktryna Jacyndy. Przepis na zwalczenie pandemii

polityka.pl

Karol Jałochowski

DOKTRYNA JACYNDY. PRZEPIS NA ZWALCZENIE PANDEMII

JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE W NOWEJ ZELANDII UDAŁO SIĘ NIE TYLE SPŁASZCZYĆ KRZYWĄ ZAKAŻEŃ SARS-COV-2, ILE WRĘCZ WYPLENIĆ COVID-19 CAŁKOWICIE?

„Każdy wasz ruch stwarza ryzyko dla innych. Tak właśnie powinniśmy wszyscy kolektywnie myśleć. I dlatego radość fizycznego odwiedzania rodziny, dzieci, wnuków, przyjaciół i sąsiadów musi zaczekać. Dlatego, że siebie nawzajem stawiamy na pierwszym miejscu. A to właśnie wychodzi naszemu narodowi tak dobrze”. W ten sposób Jacinda Ardern, szefowa nowozelandzkiej rady ministrów, anonsowała lockdown. Był 25 marca i podobnie jak do wielu innych krajów, tak do Nowej Zelandii docierała właśnie pierwsza fala pandemii. Nikt jeszcze nie umarł, ale przypadków było już ponad sto.

Nieco ponad dwa miesiące później, 8 czerwca, Juliet Gerrard, biochemiczka z University of Auckland pełniąca funkcję głównej doradczyni naukowej premier rządu, opublikowała na Twitterze zdjęcie nocnej panoramy miasta opatrzone następującym komentarzem: „Zawadiacki łyk single malt o północy, na cześć wejścia na Poziom 1. Ogromne dzięki dla wszystkich tych licznych naukowców, którzy stanęli na wysokości zadania i wspierali walkę z pandemią. Dobra robota, Aotearoa. Mauri ora”. Półtora tysiąca przypadków infekcji, 22 związane z nimi śmierci – i wystarczy. Nowa Zelandia jest dziś wolna od wirusa.

————————————————————————–

    A cheeky midnight single malt to mark the beginning of Level 1. Huge thanks to the very many scientists who stepped up and supported the response. Well done Aotearoa. Mauri ora pic.twitter.com/hBJubjuJWF

    — NZ ChiefSciAdvisor (@ChiefSciAdvisor) June 8, 2020

                                                                              ————————————————————————

W tych dwóch krótkich komunikatach kobiet współodpowiedzialnych za pandemiczną strategię Aotearoa (maoryska nazwa Nowej Zelandii) kryje się odpowiedź na pytanie, jak to się stało, że na leżących na Pacyfiku wyspach udało się nie tyle spłaszczyć krzywą, ile całkowicie wyplenić Covid-19. Liczący niespełna 5 mln mieszkańców kraj zawdzięcza sukces nie mitycznej Mauri, czyli sile witalnej przenikającej wszystko, co żyje, za kondycję której toast wnosiła Gerrard, a talentom przywódczym Jacindy Ardern, jej empatii, doborowi języka, którym opowiadano o wirusie, oraz zaufaniu rządzących do nauki.

Emisja empatii

Ardern przekazywała informacje dotyczące pandemii w sposób tak klarowny, spójny, spokojny i rzeczowy, że w tej dziedzinie ma tylko jedną konkurentkę, czyli Wiadomo Kogo zza naszej zachodniej granicy. Wprowadziła np. zrozumiałe intuicyjnie pojęcie „bańki” społecznej, czyli grupy zaufanych osób, wyjście poza którą może stwarzać niebezpieczeństwo i dla bańki, i dla reszty społeczeństwa. Działajcie tak, jak gdybyście już mieli Covid-19, radziła.

Nie dawała złudnych nadziei, ale dawała poczucie pewnego ukojenia. Występowała nie z pozycji wyżyn wiedzy i zarządzania, a z pozycji empatii. Wprowadzenie blokady państwa zapowiadała z domu, ubrana w sportową bluzę, dopiero co uśpiwszy córeczkę, i trzeba było być doprawdy nieczułym cepem, by nie zrozumieć podstawowego przekazu: tylko troszcząc się o siebie wzajemnie, mamy szansę na powrót do dobrego życia.

I ludzie te fale empatii odebrali. Nawet jeśli nie wszystkie uzasadnienia naukowe były w pełni zrozumiałe, obdarzyli rząd zaufaniem. Tym bardziej że Ashley Bloomfield, szef ministerstwa zdrowia stojący obok Ardern podczas wszystkich codziennych konferencji prasowych, cierpliwie tłumaczył, jakie były naukowe uzasadnienia rządowych decyzji.

Rząd wprowadził też wyjątkowo czytelny, dobrze opisany, zrozumiały dla każdego obywatela czterostopniowy system alertów. Poziom 4. oznacza lockdown. Poziom 3. – poważne restrykcje w życiu społecznym i gospodarczym. Poziom 2. – łagodne ograniczenia. Poziom 1., czyli ten, o którym w swoim tweecie wspominała Juliet Gerrard, oznacza uzyskanie pełnej kontroli nad epidemią.

To jasne, że Ardern pomogły czynniki obiektywne. Populacja Nowej Zelandii nie należy do przesadnie licznych. Średnia gęstość zaludnienia jest ponadsiedmiokrotnie niższa niż w Polsce. I w przeciwieństwie do naszego kraju ojczyzna ptaka kiwi jest wyspą prawdziwą (a ściślej archipelagiem). Te geosocjologiczne atuty Ardern wykorzystała maksymalnie. Zamknęła granice dla podróżujących z Chin, zanim w Nowej Zelandii odnotowano pierwszy oficjalny przypadek zakażenia, a potem szybko wprowadziła efektywny plan testowania i śledzenia kontaktów.

Selekcja metafor

Znaczenie miał też język i zestaw używanych publicznie metafor. Podczas gdy większość państw i przywódców świata poszła na „wojnę z wirusem”, toczyła kolejne „bitwy” i „potyczki”, budowała „strategie obronne”, Jacinda Ardern uznała słusznie, że strach to surowiec, który szybko się wyczerpie. Policyjne szczekaczki na wyludnionych ulicach działają, ale tylko przez chwilę. Ardern zauważyła, że nie o militarne wzmożenie podczas pandemii chodzi, a o stymulowanie pozytywnego stanu ducha. Mówiła o tym dużo i często w mediach społecznościowych.

Być może dobór jej słów i analogii był intuicyjny, ale znajduje on uzasadnienie naukowe. Zwracała na to niedawno uwagę Melanie Mitchell, badaczka sztucznej inteligencji z Portland State University. Używane przez nas analogie to potężne siły, zauważyła. Odnoszą się do zjawisk znanych (patrz: wojna), a używamy ich w kontekście zjawiska zupełnie nowego i niepoznanego – niekoniecznie z dobrym skutkiem. Mogą np. dać efekty uboczne w postaci zachowań nacjonalistycznych, ksenofobicznych i większego niż zwykle przyzwolenia na zawieszanie praw obywatelskich. Brzmi znajomo?

„Żeby połapać się w naszej trudnej sytuacji, musimy być bardziej świadomi tego, jak wybierane przez nas analogie kształtują nasze myśli”, napisała Mitchell.

Wybór altruizmu

Ducha do działania pobudzać należy nie strachem, a imperatywem altruizmu, uznała Jacinda Ardern. Również to założenie ma podstawy naukowe. Tuż przed wykładniczym skokiem pandemii w czasopiśmie „Lancet” ukazała się praca podpisana przez zespół Samanthy Brooks, psycholożki z King’s College London. Badaczki i badacze przejrzeli ponad 3 tys. publikacji poświęconych mentalnym skutkom kwarantann nakładanych przy okazji kilku ostatnich pandemii. Próbowali usystematyzować wiedzę na temat wynikającego z nich stresu pourazowego, poczucia zagubienia, złości.

I jakie były wnioski? Niektóre dość oczywiste, zwłaszcza widziane z dzisiejszej perspektywy. Kwarantanna powinna być możliwie krótka, władza powinna informować o przebiegu wydarzeń w sposób możliwie pełny i przejrzysty etc. Ale jeden wniosek był mniej spodziewany: na dłuższą metę przymus jest znacznie mniej skuteczny niż altruizm.

Im ludzie są bardziej przekonani o tym, że poddając się kwarantannie, realnie chronią i pomagają innym ludziom, zwłaszcza tym najdelikatniejszym, tym mniej szkód w ich psychice wyrządza stan izolacji – i tym chętniej się tej izolacji poddają. Wydaje się, że rząd Nowej Zelandii tę wiedzę ze wszech miar nietajemną posiadł i wykorzystał najlepiej na świecie.

Na wyspie Północnej, Południowej i innych mniejszych wysepkach – radość. Ruszają rozgrywki religii narodowej, czyli rugby, otwierają się bary i kawiarnie. Ale nie codziennym udziałem w imprezach masowych, nie masowym ściskaniem przypadkowo spotkanych osób, a dziejącym się poza świadomością, niepodszytym strachem chwyceniem pierwszej lepszej klamki, poręczy, wciśnięciem guzika przy przejściu na pieszych będzie się wyrażać powrót do prawdziwej normalności. W Nowej Zelandii można już ściskać, chwytać, obejmować do woli. Zazdrość zżera.


Karol Jałochowski

Fizyk z wykształcenia. Pracował w Polskim Radiu, „Świecie Nauki”. W „Polityce” zadebiutował w roku pluskwy milenijnej. Stypendysta National University of Singapore (2012–2014). Laureat nagrody Grand Press (2015). Autor filmów dokumentalnych z serii „Pionierzy”. Wydał książkę „Heretycy, Buntownicy, Wizjonerzy. 22 podróże z największymi umysłami naszych czasów” (2019).