Dziaderskie rymowanki

kulczykfoundation.org.pl

DZIADERSKIE RYMOWANKI

„Kobieta w polskich przysłowiach jest na ogół głupia, gadatliwa i przez to męcząca”. Rozmowa z Michałem Rusinkiem

Natalia Waloch: Jeśli miałam wątpliwości, czy przysłowia faktycznie są mądrością narodu, to po lekturze tych dotyczących kobiet i mężczyzn nie mam złudzeń, że dotyczy to – jak mówił Stefan Kisielewski – narodów nieposiadających innych mądrości.

Michał Rusinek: – Przysłowie jest dość dziwnym tworem, korzysta czasem z literatury, ale nią nie jest. Najczęściej bierze się jednak z języka potocznego, często z tradycji ludowej. Zwykle nie ma autora, jest pouczeniem, przestrogą, nakazem, zakazem lub po prostu stwierdzeniem przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Powtarza się je dość łatwo, bo mają specyficzną formę.

– O tak, forma jest tu bardzo ciekawa. Często mają one specyficzną budowę składniową, np. paraleliczną – „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Mają też nierzadko cechy ułatwiające ich zapamiętywanie, np. rym – „W marcu jak w garncu”, lub rytm – „Baba z wozu, koniom lżej”. To, co rymowane lub zrytmizowane, wydaje nam się mądrzejsze od zwykłej wypowiedzi, niejako mądre mądrością samego języka. Wierzymy też, że tego typu zdanie mógłby wypowiedzieć ktoś obdarzony nadprzyrodzonymi zdolnościami, jak Pytia czy inny wieszcz.

Rymowanka czy rytmiczna fraza przypomina nam zaklęcie?

– Otóż to. Wierzymy przecież, nawet jeśli się do tego otwarcie nie przyznajemy, w magiczną funkcję języka, czyli w ukrytą w nim moc, widoczną właśnie w literackich zaklęciach.

Dlatego tak chętnie powtarzamy przysłowia i łykamy zawartą w nich treść?

– To, co rytmiczne lub rymowane, przekazywane z pokolenia na pokolenie, wydaje nam się jakąś odwieczną prawdą, czymś, co musi mieć głębszy sens niż zwykła wypowiedź. Choć przecież czasem może być tylko zgrabnie sformułowaną bzdurą.

Niesamowite jest to, jak bardzo nie analizujemy treści przysłów i powiedzonek. Takie zdanie jak to, że wyjątek potwierdza regułę, jest przecież idiotyczne, bo jest oczywiste, że jej zaprzecza.

– Na tym przykładzie – choć to nie przysłowie, ale powiedzenie – doskonale widać, że przysłowia nie mają nic wspólnego z nauką czy zwykłą racjonalnością.

Mówiąc o racjonalności, masz na myśli tak zwany chłopski rozum?

– Nie, mam na myśli racjonalne, zdroworozsądkowe, krytyczne podejście do sądów o świecie, których prawdziwość czy prawdopodobieństwo powinno się weryfikować. Nie powinniśmy ich automatycznie powtarzać, zwłaszcza jeśli mamy poczucie, że są truizmami. Automatyczne powtarzanie przysłów jest wygodne, bo zwalnia nas z trudu samodzielnego myślenia i formułowania własnych spostrzeżeń o świecie – i jest przeciwieństwem racjonalności, o której wspomniałem. Nie twierdzę, że w przysłowiach nie ma wiedzy o świecie. Twierdzę, że bywa to wiedza tradycyjna, często przestarzała, która przekroczyła już datę przydatności do spożycia, często też wiedza określonych grup spłecznych, raczej niepoparta badaniami naukowymi.

I tu należałoby wziąć pod lupę słowo „tradycja”, na które tak często lubimy się powoływać. „Taka jest tradycja” – mówimy przy różnych okazjach. „To są tradycyjne polskie przysłowia” – powtarzamy. Tradycyjne, czyli jakie? Czy przestaniemy być Polakami, jeśli przestaniemy powtarzać przysłowia? Tradycja to coś, co należy nieustannie weryfikować, robić w tym remont. Bo tradycja, zamiast pozwalać nam zrozumieć rzeczywistość, może ją nam zasłonić.

Słowo „tradycyjny” jest pozytywnie nacechowane, znaczy tyle, co dobry, solidny, sprawdzony, szlachetny.

– I taki, który pozwala nam trwać – jako wspólnocie. Ale przypomnijmy też znakomitą ironiczną piosenkę „Tradition” w „Skrzypku na dachu”, która pokazuje stereotypy przechowywane w tradycji. Niestety my, Polacy, nie mamy ironicznego stosunku do swoich tradycji.

Nie mamy, choć trafiają się dowcipy na ten temat i mnie właśnie jeden się przypomniał. Traktuje on o pieczeniu szynki na święta. Córka mianowicie pyta matkę, dlaczego ta zawsze obcina końcówki szynki, a matka na to, że to tradycja, gdyż jej matka tak robiła. Dziewczyna idzie więc do babci, ta też się powołuje na tradycję i odsyła ją do prababki, która wypala: „Obcinałam te końcówki, bo miałam za małą brytfannę”.

– Ta anegdota pokazuje, że warto zastanawiać się nad powodami, źródłami czynności wykonywanych na zasadzie tradycji. Czasami były one kiedyś racjonalne, ale z czasem straciły rację bytu. Córka zachowała się racjonalnie, ale i nietypowo: zapytała o powody, czyli zakwestionowała coś tradycyjnego.

Zazwyczaj, jeśli ktoś jakieś zachowanie tłumaczy tradycją, to znaczy, że nie ma żadnych racjonalnych argumentów dla takiego zachowania. Robię coś, bo moi przodkowie tak robili, ale przecież być może oni musieli tak robić, a ja już nie muszę. Jeśli nie umiem zadać sobie trudu, jaki zadała sobie córka, to znaczy, że nie umiem myśleć krytycznie. Jeśli tak właśnie – krytycznie – przyjrzymy się zakonserwowanym w przysłowiach sądom o świecie, oko nam może zbieleć.

Co widzisz w naszych przysłowiach mówiących o kobietach i mężczyznach?

– Dochodzę do szaleńczo odkrywczego wniosku, że żyliśmy i żyjemy w bardzo patriarchalnym społeczeństwie. Zaskoczonko?

W ogóle.

– W polskich przysłowiach widać przede wszystkim ogromną nierówność ról społecznych kobiet i mężczyzn. Także przemoc domową. Przysłowie „Jak się żony nie bije, to jej wątroba gnije” jest niby-żartobliwe, ale powtarzając je, nawet jeśli się nie ma skłonności do przemocy, oswajamy zawarty w nim przekaz. Oswajamy, co gorsza, dla kolejnych pokoleń.

Myślałam, że to powiedzonko o wątrobie jest czymś stosunkowo młodym wymyślonym właśnie jako być może durny, ale żart, a okazuje się, że naprawdę jest to mocno zakorzenione w kulturze stare przysłowie, które było szalenie popularne jeszcze w międzywojniu. Pełna wersja brzmiała: „Kiedy mąż żony nie bije, to jej wątroba gnije, a kiedy ją przechlasta, to jej wątroba przyrasta”.

– Przestanie nas to dziwić, jeśli przeczytamy świetną i wstrząsającą książkę Kacpra Pobłockiego „Chamstwo” i zobaczymy, ile w dawnej Polsce było przemocy. Na samym dole przemocowej drabiny wcale nie był chłop, tylko właśnie baba.

Odzwierciedlenie tego mamy w przysłowiu „Orzech, osioł, niewiasta równego przyrodzenia, to troje potrzebuje częstego uderzenia”. Kobieta stoi na równi z osłem i jakimś tam orzechem.

– „Potrzebuje” bicia, bicie jest dla niej korzystne. Bo przecież kobieta z chorą wątrobą nie przyda się w gospodarstwie. Kobieta ma być zdrowa i silna, żeby mogła być robotna.

Więc bijesz ją dla jej własnego dobra.

– Nawet nie jej własnego, ile dla dobra bijącego. I dla utrzymania patriarchalnego porządku, gdzie kobieta zajmuje się domem. W przeciwnym wypadku świat się rozsypie – bicie więc jest dla dobra porządku tego świata.

W przysłowiach jest też masa odniesień do kobiecego i męskiego rozumu lub – w przypadku kobiet – jego braku. Zgrzytając zębami, przytaczam teraz sąd o tym, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją.

– Za nim kryje się popularne przekonanie, że kobieta musi mężczyznę omotać i wówczas on będzie robił to, co ona chce, wierząc, że to jego decyzje. W tym przysłowiu jest jednak element wywrotowy: mężczyznom się może wydawać, że są głową rodziny i jedyną instancją decyzyjną. Ale tak naprawdę są nią kobiety. Może niżej usytuowane w hierarchii bytów, ale zdolne do kierowania mężczyznami i wpływania na ich decyzje. Nie zgrzytaj zębami zbyt mocno.

Z innymi już się tak nie da. Mamy: „Ile białych wron, tyle mądrych żon” i „Białogłowie pstro w głowie”, „U kobiety włos długi, rozum krótki”.

– Tak, kobieta w polskich przysłowiach jest na ogół głupia, to fakt. Jest też gadatliwa i przez to męcząca.

„Kapusty nie przesieka, baby nie przeszczeka”.

– O, właśnie. Przysłowia utrwalają stereotypy: kobiety, kobiecej roli, relacji męsko-damskich. Mężczyzna musi być górą. Jeśli jego pozycja jest zagrożona, to bije, kobieta z definicji jest skazana na podrzędność. Gada wprawdzie dużo, ale głupio. I tak dalej.

Ciekawe jest to, że w tych powiedzonkach i przysłowiach nie ma opozycji. Zauważ, że tam nie ma mowy o tym, że baba jest głupsza od chłopa, tylko o tym, że jest po prostu głupia.

Mnie się w ogóle wydaje, że jest więcej przysłów o kobietach niż o mężczyznach, co samo w sobie jest zastanawiające.

– Bo może chłop jaki jest, każdy widzi? A baba to jednak zagadka. „Niewiasta”, czyli ta, o której się nie wie niczego na pewno.

Nawet jeśli jest durnowata i dużo gada, pół biedy, jeśli jest ładna i młoda. „Kto starą babę pocałuje, sto dni odpustu dostępuje”.

– O, proszę, za całowanie starej kobiety nawet grzechy odpuszczają! Tu znowu pojawia się tradycyjny ageizm. Kobieta, która się starzeje i przestaje być obiektem seksualnym, albo nadaje się do wymiany na inną, albo zmusza mężczyznę do poświęceń, za które czeka go nagroda w życiu wiecznym. Taka patriarchalna teologia ludowa.

I wtedy panowie mówią: „Co tam słychać? Stare baby nie chcą zdychać”. Takie złośliwe zołzy: nagadały się za wszystkie czasy, nakręciły głową jako szyje i jeszcze na koniec nie chcą zdychać, jak się zestarzały.

– A zauważmy, że mężczyzna, wedle ludowej mądrości, powinien być zaledwie trochę ładniejszy od diabła.

A panna tylko trochę brzydsza od anioła. Nie są to równe oczekiwania.

– Nie są, fakt. Ale one też projektują oczekiwanie, że kobieta musi być atrakcyjna – i kropka. Mężczyzna natomiast musi mieć inne cechy, do których uroda nie należy, więc panny nie powinny się jej spodziewać. W ogóle nie powinny oczekiwać zbyt wiele w myśl powiedzenia: „Niechby pił, niechby bił, byle był”. Jest to wszystko straszne i dobrze nam, niestety, znane: tkwij, dziewczyno, w przemocowym związku, nie skarż się, wybaczaj wszystko, byle tylko mężczyzna został u twojego boku.

Pachnąc – jak na prawdziwego mężczyznę przystało – potem, koniem i tytoniem. W wersji nowszej i bardziej plebejskiej zamiast konia mamy alkohol.

– No tak, bo od mężczyzny nieszczególnie oczekujemy dbałości o higienę. Higiena nie jest atrybutem męskości. Mawiamy czasem ironicznie: „Jaki męski zapach!”, wcale nie mając na myśli perfum, tylko wręcz przeciwnie, woń niezakrytą żadnymi perfumami. Używanie przez mężczyzn perfum czy korzystanie z kąpieli jest znakiem zniewieściałości. Sławomir Mrożek uważał, że „zniewieściały” jest w gruncie rzeczy określeniem pochlebnym, bo oznacza, że „dany osobnik często się myje”, poza tym nie lubi zabijać ludzi i skłonny jest do współczucia. Takich osobników w tradycyjnych przysłowiach nie znajdziemy.

Jedne przestajemy powtarzać, produkujemy nowe. Mój kolega mawiał, że mężczyźni starzeją się jak wino, kobiety jak mleko. Okrutne. I chyba coraz mniej prawdziwe. Jeśli chodzi o starych ludzi, stało się dużo dobrego.

– Och, bo stało się to – co na początku lat 90. z olbrzymią zazdrością obserwowałem, będąc na Zachodzie – że ludzie po sześćdziesiątce nadal o siebie dbają. Ćwiczą, dobrze się ubierają – choć przestali już być atrakcyjni seksualnie. Oczywiście nie bez znaczenia są tu zdobycze farmakologii. Tak czy owak, coraz więcej ludzi nie odpuszcza z wiekiem.

Umówmy się, że bywa różnie, ale z grubsza rzecz ujmując, dzisiejsi 40-latkowie to nie są Karwowscy i jest to gigantyczna zmiana.

– To prawda. Miałem niedawno 30-lecie matury, spotkaliśmy się jako 50-latkowie. Po pierwsze, wszyscy się rozpoznaliśmy, czas nas nie odmienił. Po drugie, żadna koleżanka nie powiedziała, że mężczyźni się lepiej starzeją. Wszyscy, bez względu na płeć, do zmian wyglądu podchodzimy na razie z dużym dystansem. I też, trzeba przyznać, niektóre koleżanki wyglądają teraz lepiej niż kiedyś, a niektórzy koledzy – wprost przeciwnie. Krótko mówiąc, to wino i mleko to tylko stereotyp. Być może wymyślony przez zaniedbanego faceta z brzuszkiem. Mówiąc to – wciągam własny.

To nie przysłowie, ale wbiło się do naszego języka bardzo silnie: mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus.

– To, zdaje się, był tytuł poradnika Johna Graya z lat 90. Opartego na dość prostackim stereotypie antagonizmu płci, autor pokazywał różnice w komunikowaniu się i de facto te różnice wzmacniał. Książka, niepoparta poważnymi badaniami, została wyśmiana przez specjalistów, a jedna z krytyczek napisała: „mężczyźni są z Dakoty Północnej, kobiety z Dakoty Południowej”.

Mózgi chłopców i dziewczynek są bardzo podobne, najbardziej różnią się mózgi starych kobiet i mężczyzn, co prowadzi naukowców do tezy, że zmienia je kultura, to, co nabyte w życiu.

– Postawiłbym nawet tezę, że zmieniają je stereotypy zawarte w bezmyślnie powtarzanych przysłowiach.

Co robić?

– Jak mówiłem, przysłowia zwalniają nas z trudu krytycznego myślenia. Nakładają nam na świat rodzaj siatki. Niby go porządkują, ale jest to porządek stereotypów i uprzedzeń. Kultura oparta na przysłowiach i bałwochwalczym stosunku do nich jest kulturą, która stoi w miejscu, jest ślepa na galopujące dziś zmiany społeczne. Powtarzane dziś wydają się kwintesencją dziaderstwa i cringe’u. Zastanawiam się, czy młodzi ludzie wciąż się nimi posługują; mam przeczucie, że słuchając ich, mogą się mocno pukać w czoło. Co też nie jest dobre, bo osobiście uważam, że przysłowia trzeba przechować, tyle że w jakimś słoiczku z odpowiednią etykietą.

Jak okazy w formalinie w gabinecie biologicznym? Albo jak owady w bursztynie? Fajna pszczoła, ale miodu już tu nie będzie?

– Tak. Pokazujmy, cytujmy, ale z komentarzem: tu mamy ukrytą przemoc strukturalną, tu stereotyp, który rządził naszym myśleniem o rolach społecznych itp. Przysłowia są jak pszczoły, z których miodu już nie będzie, a jeśli już, to zatruty. Nie rugowałbym ich całkowicie, ale przeniósłbym do muzeum, tam brałbym pod lupę i opatrywał komentarzem. Jak pszczoły zatopione w bursztynie, eksponaty mówiące o tym, jak kiedyś wyglądał nasz świat.