Eugenika, eksperymenty na ludziach i ludobójstwo. Lekarze w służbie III Rzeszy

histmag.org

EUGENIKA, EKSPERYMENTY NA LUDZIACH I LUDOBÓJSTWO. LEKARZE W SŁUŻBIE III RZESZY

Medycy Hitlera, czyli Karl Brandt, Theo Morell, Karl Gebhardt i Ernst-Robert Grawitz to zbrodniarze, którzy pod przykrywką naukowych eksperymentów mordowali tysiące ludzi. Tropieniem ich zbrodniczej działalności zajął się Bartosz T. Wieliński, który w książce „Wojna lekarzy Hitlera” pokazuje całe spektrum postaw lekarzy działających na usługach III Rzeszy.

Magdalena Mikrut-Majeranek: „Wojna lekarzy Hitlera” to pana druga po „Złych Niemcach” publikacja dotycząca zbrodni i eksperymentów popełnianych w czasie II wojny światowej. Skąd takie zainteresowania tematyką wojenną i medyczną?

Bartosz T. Wieliński: Jako dziennikarz od ponad dwudziestu lat piszę o Niemczech. Zaczynałem w lokalnym oddziale „Gazety Wyborczej” w Katowicach. Na Górnym Śląsku tematy dotyczące niemieckiej przeszłości były i są bardzo ważne. W związku z tym sukcesywnie się w nie „wgryzałem”. Z dzieciństwa w latach 80. XX w. pamiętam, że do wojny nawiązywano przy każdej okazji, obraz Niemców, jaki zaszczepiono mojemu pokoleniu, był jednoznacznie negatywny.

A ja jestem przekornym dziennikarzem. Staram się omijać utarte szlaki standardów, stawiać niewygodne pytania, szukać odcieni szarości w historii, którą opowiada się – ze zrozumiałych powodów – w czarno-biały sposób. Nie ma wątpliwości, że III Rzesza była zbrodniczym państwem. Mimo to można o tym ciemnym okresie niemieckiej historii pisać nieszablonowo i ciekawie. I to nie tylko o niemieckiej machinie wojennej.

Pisałem nawet m.in. o nazistowskiej telewizji. Osobny temat to kwestia nieudanych rozliczeń z nazizmem w powojennych Niemczech. W pewnym momencie trafiłem na historie niemieckich lekarzy. To temat o wiele szerszy niż zwykło się przyjmować, ponieważ to nie tylko doktor Morell, osobisty lekarz Adolfa Hitlera, który według niektórych autorów miał szprycować go narkotykami. Dzieje niemieckiej medycyny podczas wojny zawierają całe spektrum lekarskich postaw. Byli ludzie, którzy wspierali Karla Brandta, przybocznego lekarza Hitlera, w jego dziele „uśmiercania bezwartościowego życia”, zabijając dzieci za pomocą luminalu lub starszych pacjentów za pomocą diety głodowej. Byli tacy, którzy przychodzili do niego z gotowymi planami eksperymentów medycznych na ludziach i prosili go o wsparcie i przydzielenie więźniów, na których mogliby prowadzić makabryczne badania. Byli też tacy, którzy byli bierni i tacy, którzy stawiali mu opór. Po zakończeniu drugiej wojny światowej Brandta skazano za zbrodnie podczas tzw. procesu lekarzy w Norymberdze i powieszono. Natomiast tysiące małych trybików tej machiny uniknęło rozliczeń. Do tematu lekarskich zbrodni wrócono dopiero 40 lat po wojnie.

Jednym słowem historia medycyny w III Rzeszy to złożona opowieść o ludziach, ich ambicji oraz stanie świadomości środowiska lekarskiego i zbrodniach lekarzy, a także o walce o władzę, chciwości i zaprzęgnięciu nauki i technologii do ludobójstwa. Przecież preludium do Holokaustu były zbrodnie popełniane na chorych przez lekarzy w ośrodkach akcji T4. Bez przetestowanej i udoskonalanej technologii śmierci zagłada w takiej skali nie byłaby możliwa.

M.M.-M.: W książce pojawia się także nazwisko doktora Eduarda Blocha, lekarza matki Hitlera, Żyda. Kiedy Klarze amputowano pierś, Bloch eksperymentował z jodoformem, a gdy umarła Hitler powiedział, że nigdy mu tego nie zapomni.

B.T.W.: Bloch był zasymilowanym Żydem, szanowanym obywatelem Linzu w Górnej Austrii. Hitler lekarza znał dobrze, ponieważ zajmował się nim od najmłodszych lat. I bardzo go cenił, bo Bloch walczył do końca o życie jego matki Klary, ale nie udało mu się jej uratować. Cierpiąca na raka piersi kobieta zwróciła się o pomoc zbyt późno. Nawet dziś medycyna w przypadku nowotworów w tak późnym stadium jest bezsilna. Według rozpowszechnionej plotki Hitler miał powiedzieć, że gdyby wszyscy Żydzi byli tacy, jak Bloch, to on nie zostałby antysemitą.

Gdy w 1940 r. Bloch wyemigrował do Nowego Jorku, skontaktował się z nim amerykański wywiad. Podejrzewano, że dzięki zeznaniom lekarza uda się dotrzeć do informacji na temat stanu zdrowia Hitlera. Wywiad USA był niezwykle skrupulatny w pozyskiwaniu danych. Słusznie ocenił, że psychologiczne defekty Hitlera mogły być decydujące w kwestii jego zachowania oraz tego, jak potoczą się losy III Rzeszy.

Swoją książkę postanowiłem rozpocząć właśnie od spotkania dawnego lekarza Hitlera z funkcjonariuszami amerykańskiego wywiadu. Przyszli do niego z nadzieją, że z pierwszej ręki dowiedzą się czegoś o zwichrowanej psychice Hitlera, jego wybrakowanych narządach płciowych, co zgodnie z koncepcją Freuda mogłoby rzutować na jego rozwój psychiczny. Liczyli na to, że uda im się zdemaskować zwyrodnialca. Tymczasem nie dowiedzieli się niczego, ponieważ dla Blocha Hitler nadal był małym, miłym chłopczykiem, którego przyjmował w gabinecie.

Dzieje Blocha to jednak wstrząsająca historia. Po Anszlusie w 1938 r. Austriacy uwolnili wszystkie swoje frustrację i pozbawieni wszelkich hamulców, brutalnie odgrywali się na Żydach. Tymczasem Bloch żył pod ochroną Gestapo. Miliony Żydów deportowano, a Bloch mógł wyjechać do USA. Wszystko dzięki temu, że leczył Hitlera i jego matkę. Myślę, że był świadomy tego, że uratowała go „przyjaźń z diabłem”.

M.M.-M.: Postępowanie niemieckich lekarzy nie mieści się w żadnych standardach. Zamiast ratować ludzkie życie, zajmowali się testowaniem różnych technologii, które to życie odbierały. Działo się tak np. w Natzweiler w Alzacji, gdzie w budynku kantyny przedwojennego ośrodka narciarskiego zbudowano komorę gazową, by testować na ludziach działanie gazów bojowych. W KL Ravensbrück chirurdzy kaleczyli polskim więźniarkom nogi, by odtworzyć obrażenia, jakie na froncie powodują szrapnele, a w lazarecie w KL Dachau lekarze wywoływali u więźniów sepsę i sprawdzali, czy da się ją wyleczyć ziołami. Lekarze w III Rzeszy nie zasłużyli na miano medyków.

B.T.W.: Oni byli jednak święcie przekonani, że służą medycynie. Do wybielania siebie używali diabolicznych wytłumaczeń. Uważali, że skoro do eksperymentów, jako króliki doświadczalne przydzielono im ludzi skazanych na śmierć, to sposób, choćby najbardziej brutalny, w jaki umrą nie ma znaczenia.

Część barbarzyńskich eksperymentów miała naukową wartość, część nie. Przypomnijmy chociażby spór między SS Reichsführerem Heinrichem Himmlerem i najważniejszymi lekarzami SS Karlem Gebhardtem i Ernstem-Robertem Grawitzem o to, jak należy leczyć zakażenia. Rozważali czy ziołoterapia jest skuteczna, czy leki homeopatyczne mogą pomóc w walce z sepsą, czy należy raczej stosować sulfonamidy, a może kluczowa jest chirurgiczna precyzja w oczyszczaniu rany. Efektem tego był zbrodniczy zakład, w wyniku którego w wyniku celowego zakażania ran zginęło kilkuset więźniów w KL Ravensbrück i KL Dachau. Efekt: udowodniono, że ziołami nie da się skutecznie leczyć zakażeń, że należy stosować sulfonamidy.

To zresztą Grawitz doradził Himmlerowi, aby przy ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej stosować cyklon B.

M.M.-M.: A jak zapatrywano się na ich działalność po zakończeniu wojny?

B.T.W.: Po II wojnie światowej środowisko lekarskie próbowało się oczyścić z tej niechlubnej przeszłości. Twierdzono, że były to eksperymenty pseudonaukowe, pseudolekarskie. Podkreślano, że lekarze Hitlera nie prowadzili naukowej działalności. Problem polegał jednak na tym, że to nieprawda. Przykładowo, eksperymenty na ludziach z gazami bojowymi miały dać odpowiedź na pytanie o to, jak chronić ludność, gdyby Alianci użyli broni chemicznej. Na ludziach testowano też niemieckie gazy bojowe, które paraliżowały układ nerwowy, takie jak sarin. Na potrzeby Luftwaffe testowano też ludzką wytrzymałość zarówno na zimno, jak i na zmiany ciśnienia. Testowano różne sposoby żywienia. Eksperymentowano z „östliches Kostform”, czyli pożywieniem wytwarzanym z opadów powstających przy produkcji celulozy. Lekarzom wydawało się, że rozwiązali w ten sposób problem żywienia nie tylko więźniów obozów, ale poprawią tym sytuację żywieniową w kraju. Więźniowie umierali, bo mieszanka, wbrew założeniom naukowców, była toksyczna. I wszystko to po wojnie starano się zamieść pod dywan. Kiedy Alexander Mitscherlich zaczął przeglądać listy obecności na kongresach naukowych, podczas których analizowano wyniki tych eksperymentów, znalazł nazwiska wielu osób całkowicie odcinających się po wojnie od nazizmu. Okazuje się, że jednak korzystali z pracy wspomnianych zbrodniarzy.

M.M.-M.: W powszechnej świadomości zapisało się nazwiska doktora Josefa Mengele, zwanego „aniołem śmierci”, jednakże obok niego niesławą w dziejach medycyny okryli się także Karl Brandt, który kierował programem eutanazji w III Rzeszy czy Theo Morell, osobisty lekarz Adolfa Hitlera. Kto jeszcze dokonywał zbrodniczych eksperymentów?

B.T.W.: Makabryczna była działalność profesora Juliusa Hallervordena, głównego neuropatologa w Brandenburgii. Osobiście wybierał w szpitalach psychiatrycznych dzieci z interesującymi go upośledzeniami, które następnie zabijano tlenkiem węgla w komorze gazowej. Po zamordowaniu dzieci z ich mózgów robił preparaty, które następnie badał. Okazuje się, że szkiełka z tkankami składowano w archiwach niemieckich instytutów do lat dwutysięcznych. Dwa pokolenia niemieckich naukowców pisały doktoraty i habilitacje oparte na efektach pracy Hallervordena. Pilnowali tych preparatów jak oka w głowie, ponieważ miały olbrzymią naukową wartość. Po silnym nacisku ze strony rodzin ofiar preparaty wycofano z użytku i pochowano.

M.M.-M.: W książce przybliża pan także postać doktora Hansa Aspergera, psychiatry dziecięcego który przeszedł do historii dzięki badaniom nad zaburzeniami psychicznymi, ale o drugiej stronie jego działalności świat dowiedział się dopiero w 2018 roku.

B.T.W.: Postać ta była związana z systemem mordowania dzieci, uznanych przez III Rzeszę za „bezwartościowe”. Chodziło nie tylko o chore psychiczne, ale także dzieci zaklasyfikowane jako „nie do wychowania”. Trafiały do szpitali i tam były mordowane za pomocą luminalu. Asperger pracował przy selekcji takich przypadków. Swoją pracę tłumaczył tym, że wychowanie takiego dziecka to wielkie obciążenie dla rodziców. Uważano wówczas, że leczenie nie ma sensu, bo i tak nie da się im pomóc. Dzieci wysłane na śmierć uważano za puste skorupy, zwierzęta w ludzkich skórach. Tak ówcześni niemieccy lekarze odczłowieczali ludzi.

Musimy pamiętać, że przysięgę Hipokratesa i kodeks norymberski dotyczący eksperymentów na ludziach i inne rozwiązania etyczne wprowadzono w życie dopiero po procesie lekarzy w Norymberdze, gdy cały świat dowiedział się, jaka hańbą okryli się niemieccy i austriaccy medycy. A pamiętajmy, że ci zbrodniarze nie mieli problemów z tym, żeby po wysłaniu dzieci do miejsca, skąd się już nie wraca, wrócić do rodziny, chodzić do kościoła, przedstawiać się jako humanista. Hipokryzja i wyparcie były elementami tego projektu.

M.M.-M.: Warto wspomnieć też o postawie doktora Forstera, psychologa, który złamanym psychicznie żołnierzom nie okazywał współczucia, lecz pogardę. Uważał, że choroby psychiczne, na jakie zapadali żołnierze, nie mogły być wynikiem wojny. Wtedy nie było jeszcze mowy o zespole stresu pourazowego.

B.T.W.: Pierwsza wojna światowa była pierwszym konfliktem, który tak uwidocznił technologiczną stronę mordowania ludzi. Karabiny maszynowe, ciężka artyleria, gazy bojowe i człowiek, który siedział miesiącami w okopach, był non stop pod ostrzałem, po prostu wariował. Brytyjczycy rozstrzelali za tchórzostwo kilkuset żołnierzy zanim zdali sobie sprawę z tego, że chodzi o ludzi dotkniętych nieznaną wcześniej chorobą, efektem długotrwałego stresu. Niemcy do końca wojny nie przywiązywali wagi do kwestii zdrowia psychicznego swoich żołnierzy. Skreślali ich, uznając za tchórzy, symulantów, histeryków. Zamiast współczucia i terapii okazywano im pogardę, traktowano w niezwykle brutalny sposób.

M.M.-M.: Sam Hitler także miał doświadczenie frontowe, bowiem spędził na wojnie 40 miesięcy. Podczas jednej z bitew stracił nawet wzrok.

B.T.W.: Hitler padł ofiarą ataku gazowego. Jesienią 1918 r. Brytyjczycy ostrzelali jego oddział pociskami z iperytem zwanym też gazem musztardowym. To substancja powodująca oparzenia skóry i dróg oddechowych. Wypala oczy powodując trwałą ślepotę i od środka płuca. Efektów nie było widać od razu, tylko po pewnym czasie. Skutki działania gazów bojowych były w 1918 r. doskonale znane, a strach przed gazem był wówczas potworny. Żołnierze najbardziej bali się, że stracą wzrok, ponieważ to uniemożliwiało normalne funkcjonowanie w społeczeństwie.

Hitler w miarę szybko założył maskę przeciwgazową, z pewnością czuł charakterystyczny musztardowy zapach iperytu. Gaz nie spowodował u niego większych obrażeń, ale sam fakt, że znalazł się w środku toksycznego obłoku wywołał u niego potworny szok. Doznał ataku paniki, a w efekcie stracił wzrok.

A że w tamtym czasie niemiecka armia nie uznawała szoku pourazowego, Hitlera potraktowano jak histeryka i tchórza. Z frontu odesłano go do lazaretu w Passewalku, gdzie stosowano potworne metody, by zmusić żołnierzy o zwichrowanej psychice, by wrócili na front. Stosowano elektrowstrząsy, wiązanie, oblewanie zimną wodą, terror psychiczny. Chodziło o to, żeby stworzyć choremu żołnierzowi tak piekielne warunki, by zdecydował się wrócić na front i umrzeć za cesarza. Wszystko wskazuje na to, że Hitler także był traktowany w ten sposób.

M.M.-M.: To także musiało odbić się na jego psychice.

B.T.W.: Jego życie było w ogóle traumatyzujące: brutalny ojciec, choroba i śmierć matki, żywot niespełnionego artysty i przymieranie głodem w Wiedniu, a później przeżycia na froncie, gdzie służył 4 lata, jako goniec. A w końcu oślepienie w wyniku ataku gazowego, a w konsekwencji stres pourazowy i złe traktowanie w szpitalu. Ciekawe jest to, że wszystkie akta dotyczące jego leczenia zniknęły, a osoby, które za bardzo interesowały się stanem jego zdrowia zostały zamordowane.

M.M.-M.: Na jakich źródłach opierał się pan podczas pisania książki

B.T.W.: Korzystałem m.in. z medycznych akt Hitlera, które wytworzył jego lekarz Theo Morell oraz z różnych dokumentów pozyskanych podczas kwerendy archiwalnej. Pisanie tej książki było jak szycie patchworku. Poruszyłem mnóstwo wątków, które się ze sobą splatają.

Zajmowałem się oczywiście pokutująca od lat 60. teorią, że Hitler był szprycowany narkotykami. Jest też ciekawy spór toczący się między wegetarianami i ich przeciwnikami o to, czy Hitler rzeczywiście był wegetarianinem. To pokazuje jak postać Hitlera bywa instrumentalizowana i wykorzystywana do różnych celów. Niewątpliwie jednak jego dieta była ważnym elementem opowieści, bowiem miała wpływ na jego stan zdrowia i układu pokarmowego.

M.M.-M.: A czym się żywił?

B.T.W.: Ze źródeł wynika, że jadł głównie warzywa. Po śmierci jego krewnej Angeli Raubal, z którą rzekomo miał romans, a która zastrzeliła się w dziwnych okolicznościach, miał być w takim szoku, że przestał jeść mięso. Ludzie z jego otoczenia później starali się go przekonać do powrotu do dawnych nawyków żywieniowych, a jedna z jego kucharek potajemnie dorzucała mu do zup szpik kostny, żeby je zagęścić i uczynić bardziej pożywnymi. Hitler się nie zorientował.

Morell ciągle dyskutował z nim na temat jedzenia i przekonywał do zmiany diety, ale Hitler nie chciał go słuchać. Nieustannie zmagał się z bólami brzucha, gazami i zaparciami. Wiele przemawia za tym, że cierpiał na zespół drażliwego jelita, a niewłaściwa dieta wzmagała jego dolegliwości. Jest to jednak jednostka chorobowa, która została opisana długo po wojnie. Zresztą Hitler nie dał się nigdy gruntownie przebadać swojemu lekarzowi. W tej sytuacji Morell mógł leczyć jedynie jego objawy, łagodzić bóle, podawać środki przeczyszczające. Z roku na rok objawów było coraz więcej.

Problemy gastryczne narastały w momentach dużego stresu. W 1940 roku, kiedy w ciągu dwóch miesięcy podbił prawie całą Europę Zachodnią, czuł się tak dobrze, że w ogóle nie potrzebował swojego lekarza. Jednak, kiedy Wehrmacht utknął na froncie wschodnim, jego dolegliwości nasiliły się. Do tego dochodziła choroba wieńcowa, problemy z drżącą ręką, co mogło wskazywać na chorobę Parkinsona. Narastały też coraz bardziej rozbudowane problemy neurologiczne. Po zamachu 20 lipca 1944 r. w którym odniósł poważne obrażenia był już wrakiem człowieka. Wymagał leczenia w szpitalu, ale wtedy nie było już o tym mowy.

M.M-M.: Kończąc naszą rozmowę, muszę zapytać, czy w planach ma pan już kolejną książkę odsłaniającą kulisy II wojny światowej?

B.T.W.: Myślę, że następną podróż zafunduję sobie w inne czasy. Takie, kiedy III Rzeszy jeszcze nie było, albo już nie istniała. Muszę odpocząć od tej tematyki, choć nadal chcę pozostać w rejonie Niemiec. Myślałem o zimnej wojnie – tu także Niemcy grają ważną role, ale to już zupełnie inny, podzielony kraj. Trwa globalny konflikt, a ludzie dokonują ciekawych wyborów.

Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę rychłej realizacji tego projektu!


Magdalena Mikrut-Majeranek – doktor nauk humanistycznych, kulturoznawca, historyk i dziennikarz. Autorka monografii “Historia Rozbarku i parafii św. Jacka w Bytomiu” oraz współautorka książek “Miasto jako wielowymiarowy przedmiot badań” oraz “Polityka senioralna w jednostkach samorządu terytorialnego”, a także licznych artykułów naukowych. Miłośniczka teatru tańca współczesnego i dobrej literatury. Zastępca redaktora naczelnego portalu Histmag.org.