Jak ma wyglądać powrót do szkół? Nie wie nikt, nawet MEN

polityka.pl

Joanna Cieśla

JAK MA WYGLĄDAĆ POWRÓT DO SZKÓŁ? NIE WIE NIKT, NAWET MEN

Gdy zaczyna się myśleć o tym, co nas czeka od jesieni w szkołach, to niezależnie od tego, czy jest się nauczycielem, dyrektorem, czy rodzicem – robi się słabo.

Na jakim jestem etapie? Na etapie polegania na plotkach – odpowiada pytany o przygotowania do pracy we wrześniu dyrektor K. z małej szkoły podstawowej w Zachodniopomorskiem. Wiosną, w epidemii, jeździł po gminie, uczył rodziców i uczniów obsługi programów do zdalnej nauki – na komputerach lub telefonach, bo nie wszyscy komputery mają. W ostatnich tygodniach udało się zdobyć dziesięć laptopów z rządowego programu. Wcześniej dyrektor „załapał” się tylko na pięć. Na 75 dzieci w szkole. Dyrektor i z tego się cieszy, choć nie ma pojęcia, kiedy komputery znów staną się potrzebne.

– Nasze przygotowania do września ograniczają się do szukania nauczycieli na wakaty. Tu wiadomo przynajmniej, czego się chwycić, jak to robić. Co rusz przychodzą jednak lub dzwonią rodzice i nauczyciele z pytaniami: jak pani myśli, jak to będzie z nauką od początku roku szkolnego? Robi mi się już od tego słabo. Nie mam pojęcia, co mówić – wyznaje dyrektorka dużego liceum na Podlasiu.

We wrześniu szkoły czeka niespodzianka

Pod koniec roku szkolnego w prasie pojawiły się przecieki z MEN, że od września planowane jest wprowadzenie nauki zdalnej w tzw. systemie jeden do jednego. W formule zajęć online miałyby się odbywać wszystkie lekcje. Doniesienia wzbudziły krytykę i popłoch zarówno wśród nauczycieli, rodziców, jak i starszych uczniów. Krótko potem, tuż przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, do mediów trafił więc już oficjalny i zgoła odwrotny przekaz: od września wracamy do tradycyjnej nauki. Co było spójne z przedstawianą przez premiera i innych polityków PiS wizją, że sytuacja epidemiczna jest opanowana.

W ostatnich dniach pojawiają się jednak wrzutki o przygotowaniach do „ewentualnej zdalnej edukacji w roku szkolnym 2020/2021”, tyle że nader ogólnikowe. „Pracujemy nad odpowiednimi regulacjami prawnymi” – donosi MEN na Twitterze. Zapewnia też, że „pracuje nad udoskonaleniem narzędzi do nauki zdalnej”. Wykorzystanie wakacyjnego czasu na gruntowne przygotowania do wszelkich możliwych wariantów rozwoju zdarzeń byłoby bardzo pożądane (jest wysoce prawdopodobne, że sytuacja epidemiczna jesienią wcale opanowana nie będzie).

MEN w wakacje nie próżnuje? Nie widać

Kłopot w tym, że symptomy tych przygotowań trudno dostrzec: – Nic nam nie wiadomo o przebiegu prac nad regulacjami prawnymi ani nad narzędziami do kształcenia zdalnego, umożliwiającymi naukę na terenie całego kraju. Zapowiadane było uruchomienie jednolitej platformy edukacyjnej, która służyłaby również do komunikacji. Wiceminister Maciej Kopeć mówił o przeszkoleniu 30 tys. nauczycieli w wakacje. Jest końcówka lipca i na ten temat również nic nie słychać – podkreśla rzeczniczka Związku Nauczycielstwa Polskiego Magdalena Kaszulanis.

Dodaje, że rozwiązania nie ma też kwestia szczególnie istotna: doposażenia w sprzęt, umożliwienia uczniom i nauczycielom korzystania z bezpłatnego internetu. – 366 mln zł przekazane organom na ten cel wiosną ze środków unijnych absolutnie nie wystarczyło. Z naszych szacunków wynika, że na jedną gminę przypadło średnio 20 komputerów. Mogło się zdarzyć, że do szkoły trafił jeden laptop albo dwa – punktuje.

My także – do czasu publikacji tego tekstu – nie doczekaliśmy się odpowiedzi na przesłane do MEN pytania m.in. o to, kiedy gotowe będą rozwiązania legislacyjne pozwalające zaplanować pracę szkół od września, ani o to, czy planowane jest dalsze wsparcie finansowe szkół w zabezpieczeniu w sprzęt komputerowy i dostęp do internetu nauczycieli i uczniów.

Kwarantanna to nie zwolnienie lekarskie

Z jednej ze wspomnianych medialnych „wrzutek” dyrektorzy szkół mogli ostatnio się dowiedzieć, że według zamysłów resortu to oni, po zasięgnięciu opinii GIS i kuratorium oświaty, mieliby decydować o przejściu na zdalne kształcenie w razie pojawienia się ogniska koronawirusa. Zapowiedź ta uruchomiła lawinę pytań i sprzeciwu wobec przerzucania (po raz kolejny) na władze placówek odpowiedzialności za kwestie, do których rozstrzygania nie mają kompetencji. Wielu też uświadomiła dopiero, z czym od września przyjdzie im się w szkołach mierzyć: – Co to znaczy „ognisko koronawirusa”? Co robić, gdy okaże się, że jedno z dzieci ma Covid? Całą szkołę wysyłać na zdalne nauczanie? Na jak długo? Kto miałby młodszym dzieciom zapewniać opiekę w domu? Komu robić testy? A może wysłać na kwarantannę tylko klasę zakażonego dziecka? Ale jeśli mieli z nią zajęcia nauczyciele, którzy uczyli też inne klasy, to co? – zastanawia się dyrektor z zachodniopomorskiego.

Początkowe objawy Covid-19 (jeśli się pojawiają), jak wiadomo, mogą przypominać grypę czy zapalenie gardła. Wiele dzieci – i wielu nauczycieli – kaszle przez cały sezon. W którym momencie w szkole powinna się zapalać lampka, że być może pojawił się wirus? Przypomnijmy, że jeden test na Covid to koszt ok. 600 zł.

W ostatnich tygodniach w razie pojedynczych zakażeń w przedszkolu czy żłobku zamykano całe placówki, a dzieci, rodziców i kadrę wysyłano na kwarantannę. Co z nauką w takiej sytuacji?

Ministerstwo powinno określić, że kwarantanna to nie zwolnienie lekarskie, w jej trakcie należy pracować zdalnie (patrz: brakujące regulacje prawne). Ale co gdy na kwarantannę trafia jeden z nauczycieli – jako rodzina osoby narażonej na zakażenie w innym środowisku? Część lekcji miałaby się odbywać stacjonarnie, a np. na język polski pani łączyłaby się przez Zoom z dziećmi przebywającymi w klasie?

Jedna ławka, jeden uczeń – realne?

Część samorządów pracuje nad własnymi rozwiązaniami. Kołobrzeg przygotowuje się do nauczania hybrydowego, łączenia zdalnego ze stacjonarnym. W każdej klasopracowni ma być odpowiedni sprzęt i wideokomunikator, by nauczyciel mógł ze szkoły prowadzić zajęcia dla pozostających w domu uczniów, ale to rozwiązuje tylko część problemów.

Prezydenci i wójtowie z jednej strony odetchnęli na wieść, że – według dotychczasowych zapowiedzi MEN – nie będą musieli dzielić klas na mniejsze grupy, co byłoby organizacyjnie i finansowo trudne. Z perspektywy epidemiologicznej powodów do radości jednak nie ma. W innych krajach Europy przyjmuje się, że zapewnianie jak największego dystansu jest jednym z nielicznych możliwych sposobów ograniczania zagrożeń. Dlatego np. w jednej ławce może siedzieć tylko jeden uczeń. W polskich warunkach to oczywiście niemożliwe – po pisowskiej „reformie” szkoły są przepełnione, tak jak szatnie i sutereny, a w salach gimnastycznych lekcje mają po dwie klasy jednocześnie.

W internetowych dyskusjach przewijają się głosy, by „na razie zająć się wakacjami”. W świetle ignorowania tematu przez MEN i braku realnych informacji, jak się do jesieni przygotować, takie podejście można uznać za adaptacyjne. Bo gdy już ktoś zacznie myśleć o tym, co czeka nas wszystkich od jesieni w szkołach, to – niezależnie od tego, czy jest nauczycielem, dyrektorem, czy rodzicem – po prostu musi mu się zrobić słabo.