Jak nauczyciel może zmieniać świat?

wokolszkoly.edu.pl

Jarosław Pytlak

JAK NAUCZYCIEL MOŻE ZMIENIAĆ ŚWIAT?

Dwa radosne wydarzenia. Znana dziennikarka specjalizująca się w edukacji, Justyna Suchecka, wydała książkę pt. „Young power! 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat”. Znany na niwie edukacyjnej autor bloga „Co z tą edukacją?”, Jarosław Błoch, nauczyciel, który rok temu manifestacyjnie rozstał się z zawodem, w opublikowanym ostatnio artykule ogłosił, że znowu jest nauczycielem. Super!

Książkę Justyny Sucheckiej zaprezentuję krótko, fragmentami opisu zaczerpniętymi z księgarni internetowej:

Poznaj 30 historii o młodych, którzy swoją pomysłowością zadziwiają dorosłych. Zobacz, jak to się robi! Młodzi, odważni, zaangażowani, wytrwali!  Książka “Young power!” udowadnia, że nie trzeba czekać, żeby zmienić świat. Justyna Suchecka – dziennikarka, specjalistka od spraw młodzieży. Kibicuje dzieciakom w spełnianiu marzeń, uczy się od nich myślenia wbrew schematom i razem z nimi robi hałas.

Piotrek narysował robota z tyłu zeszytu do polskiego. Chyba każdy tak czasem robi. Ale on zaszył się potem w garażu rodziców i wprowadził pomysł w życie. Po tygodniach stukania, wiercenia i skręcania – na podwórko wjechał podobny do marsjańskiego łazika robot: ALISA. Urządzenie potrafi wwiercić się w ziemię, pobrać próbkę i natychmiast ocenić jej skład. Dzięki niemu rolnicy w kilka minut mogą się dowiedzieć, jak najlepiej zadbać o glebę pod uprawy. Oto jedna z 30 historii o tym jak młodzi zmieniają świat.

Uprzedzając prezentację refleksji Jarosława Blocha, powtórzę za nim pogląd, że dużo mamy narzekania na fatalny stan edukacji, a mało prezentacji dobrych, praktycznych, udanych pomysłów. „Young Power!” stanowi udaną próbę zmiany tej fatalnej proporcji.

A teraz nieco moich komentarzy do refleksji autora bloga „Co z tą edukacją”, zawartych w jego artykule z dnia 1 czerwca, któremu tytułu użyczyła  rzeczona książka Justyny Sucheckiej.

Pisze Jarosław Bloch:

Czy w byciu dobrym nauczycielem nie powinno być wpisane na pierwszym miejscu wspieranie, by młody człowiek, którego uczymy odnalazł swą mniejszą lub większą wielkość? Czy czasem o tym pierwszym, podstawowym obowiązku nie zapominamy? Ile wielkości stworzyłem? Ile wielkości zniszczyłem? Czy już czas na pierwszy rachunek sumienia? Bo o ile wspierać trzeba, to często sztuką jest też nie przeszkadzać, by wychować ludzi pełnych pasji o których opowiada książka Young Power.

Świętą rację ma, moim zdaniem, Pan Jarosław w pierwszym zdaniu powyższego cytatu. Powinno! Diabeł jednak tkwi w drugim. Myślę, że ogół nauczycieli jest święcie przekonany, że wspiera swoich uczniów. Problem w różnych poglądach na to wspieranie. Na przykład, jedni uważają, że najlepiej wesprą przymuszając do wysiłku, drudzy – łagodnie zachęcając. A najtrudniejsze (w naszym zawodzie) jest to, że każdy ma trochę racji. Tzn. uczniowie są bardzo różni i nie ma jedynej słusznej definicji I metody ich wspierania.

Co do tworzenia i niszczenia wielkości, to dobrze, że nauczyciel wierzy w swoją moc sprawczą, zarówno twórczą, jak niszczycielską. Dobrze, jeśli ma refleksję nad swoją rolą w życiu młodych ludzi. Ale żywię przekonanie graniczące z pewnością, że nikt nie ma patentu na wychowanie i kształcenie ludzi pełnych pasji. Ich ponadprzeciętność, to efekt splotu różnych okoliczności, także (i pewnie – na szczęście) nie tylko zależnych od nauczyciela. Natomiast zdecydowanie podpisuję się pod myślą Autora, którą można wyrazić lekarską zasadą “Primum non nocere!”, czyli “Po pierwsze, nie szkodzić!”. Sam uważam, że na patologiczny margines społeczeństwa trafiło wielu ludzi, których nauczyciele w szkole hołdowali maksymie „Zabiję a nauczę!”.

Redaktor Suchecką znam z wielu świetnych i ciekawych artykułów o edukacji, czasem drażnił mnie jedynie jej hurraoptymizm, szukający dobrych stron tam, gdzie ja widziałem więcej złych. Może dlatego, że pracowałem zawsze w miejscach, w których aby dojść do ładu z młodzieżą trzeba było napracować się więcej, aniżeli w topowych liceach. Tam gdzie pracowałem, wypalenie dopadało nauczycieli szybciej. Sukcesem nieraz było samo ukończenie szkoły przez ucznia, albo okiełznanie jakiejś niepokornej duszy pogrążającej się w autodestrukcji…

Czyli – sukces w edukacji niejedno ma imię. Niestety, praktyczne zastosowanie tej prostej mądrości jest bardzo trudne, z trzech powodów. Po pierwsze, powszechnie zakorzenionego poglądu, że szóstka jest lepsza od piątki, piątka od czwórki etc. – co łatwo przechodzi w przekonanie, że zdobywca szóstki jest lepszy od zdobywcy piątki, zdobywca piątki od zdobywcy czwórki etc. Po drugie, egzaminy zewnętrzne dają poczucie sukcesu tylko uczniom gotowym schować włąsną oryginalność do kieszeni i wykuć to, co jest wymagane. Po trzecie wreszcie, czasem trzeba dużo samozaparcia, tolerancji i serca u nauczyciela, aby „dojść do ładu z młodzieżą”. Bo my-dorośli mamy jednak pewne wyobrażenie o tym, jaka ta młodzież być powinna. Jak jest inna, łatwiej o frustrację i wypalenie. Cóż, nie każdy z nas jest skrzyżowaniem Janusza Korczaka z Matką Teresą z Kalkuty.

Ileż razy o tym mówiłem, zarzekałem się, że więcej uwagi poświęcę by wspomóc rodzący się talent, ale zawsze była większa potrzeba by podawać rękę, by człowiek nie zginął…

I dobrze! Moim zdaniem rozwijanie talentów na siłę unicestwiło ich równie wiele, jak brak wspomagania. Podawanie ręki, by człowiek nie zginął, wydaje mi się pierwszym i najważniejszym zadaniem nauczyciela.

Postanowiłem sobie wtedy, że tak długo jak zostanę w oświacie, moim celem będzie młodzież i tylko młodzież. Nie durne papiery, nie dyrektorzy ze swymi różnymi, dziwnymi wymaganiami, nie MEN ze swoimi podstawami ściągniętymi z Księżyca, nie kuratoria, ze swoimi odrealnionymi wytycznymi.

Pięknie, ale z zastrzeżeniem. Niektóre papiery nie są durne. Niektóre wymagania dyrektora nie są dziwne. Co do MEN i kuratorium – popieram, ale całościowo proponuję jednak pewną dozę pragmatyzmu. Osobiście, jako dyrektor, zdecydowanie wolałbym, żeby nauczyciel był oddany młodzieży w naszym wspólnym dziele, a nie w kontrze do moich wymagań. Myślę, że tak samo myśli większość dyrektorów, a niektórzy nawet potrafią realizować to w praktyce.

Różnie w szkole bywało, ale dali w życiu radę. Uśmiechałem się na ich widok, a jednak gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl: Czy im pomogłem, czy może jakimś niezręcznym słowem podciąłem komuś skrzydła? Czy zawsze wspierałem, czy może byłem gdzieś zbyt małostkowy? Może zbyt często spoglądałem na nich jedynie przez wąski pryzmat swych specjalizacji? Czy właściwie wykorzystałem ich młody potencjał… Tego nie uczą na studiach. Niestety. Młodzi nauczyciele zanim nauczą się pracować mogą wiele zepsuć. Lecz mają na starcie rzucane pod nogi same kłody, a powinni być wspierani w szczególny sposób, bo są rzeźbiarzami ludzkich dusz… Pośrednio decydują o przyszłości. To duża odpowiedzialność. Jeśli gdzieś zawaliłem – wybaczcie. Już nie naprawię, ale wyciągnę wnioski na przyszłość.

To fragment o absolwentach – wychowankach nauczyciela Jarosława Blocha. Pytania w tym tekście pięknie świadczą o jego refleksyjności. Faktycznie „tego nie uczą na studiach”, ale nie „niestety”. Tego nie da się uczyć na studiach. Tego uczy życie i dobre otoczenie w szkole. Studia mogą tylko trochę pomóc. Moja postawa nauczycielska nie jest zasługą studiów pedagogicznych, ale ludzi, których spotkałem na swojej drodze: komendanta Kozikowskiego, profesora Batko, Profesora Jaczewskiego. No i moją własną – że potrafiłem się od nich uczyć. Studia mogą tylko trochę pomóc – jeśli ktoś chce studiować, a nie tylko uczyć się.

Z kłodami bym nie przesadzał, natomiast zgadzam się z brakiem wsparcia dla młodych nauczycieli – przede wszystkim w nabywaniu umiejętności (i świadomości tej misji) rzeźbienia ludzkich dusz. Bo kto, tak naprawdę, poza Blochem i Pytlakiem pisze, że nauczyciel, to przede wszystkim artysta…? Myślę, że nie warto katować się wyrzutami sumienia, że się coś zawaliło. Szczególnie, jeśli nie jesteśmy tego pewni (Autor pisze „Jeśli gdzieś zawaliłem – wybaczcie”, czyli asekuruje jedynie swoją niepewność). Jeśli zaś nie jest pewny, to na pewno nie wyciągnie wniosków na przyszłość – bo i z czego. Refleksyjność jest niezwykle cenna, ale bez przesady, a już na pewno nie pomaga nadmierna egzaltacja.

Niech każdy będzie wielki na swoje możliwości, bo suma tych małych wielkości pozwoli nam poprawić ten świat.

Też tak uważam. Z całego serca! Amen!