Jak się bronić przed kłamstwami na temat epidemii Covid-19

Paweł Walewski

polityka.pl

JAK SIĘ BRONIĆ PRZED KŁAMSTWAMI NA TEMAT EPIDEMII COVID-19

Osoby respektujące zalecenia coraz częściej są obrzucane stekiem wyzwisk. Czy zdrowy rozsądek znowu przegra z rzeczywistością kreowaną przez dyletantów medycyny?

Prawicowy tygodnik „Sieci” rozpoczął ten tydzień od mocnego pytania na okładce: „Czy to fałszywa pandemia?”. W zasadzie nie wiadomo, skąd w redaktorach – przyzwyczajonych do ostrego języka i stawiania bezkompromisowych tez, np. o przyczynach katastrofy w Smoleńsku czy zdradach PO – nagle tyle asekuracji, by znakiem zapytania zakończyć tak nośny tytuł. Trzeba było walić prosto w oczy i pójść śladem premiera oraz prezydenta, którzy półtora miesiąca temu nie mieli żadnych skrupułów, by odwołać epidemię, a nie kazać zaglądać do środka numeru, by w artykule Macieja Pawlickiego doszukiwać się odpowiedzi.

Na ulicach, w sklepach i w kurortach

Dla niego – podobnie jak dla coraz większej liczby Polaków – zachorowania na Covid-19 są „fejkiem”, a „wizja pandemicznego armagedonu napędza ludzki strach”, na którym obławiają się firmy farmaceutyczne i Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). Akurat podczas obecnej pandemii WHO straciła poważnego sponsora, jakim były Stany Zjednoczone, większość koncernów lekowych jak na razie liczy straty (w Polsce spadło zużycie leków w programach terapeutycznych i na cztery miesiące zamrożono listy refundacyjne), a jeśli chodzi o wytwórców szczepionek, to poza wystrzałem dość tajemniczej oferty z Rosji inni dopiero prowadzą badania kliniczne, które wymagają sporych inwestycji.

Ale co tam! Półprawdy mające uzasadnić tezę, że pandemia jest wymysłem mediów, biznesmenów pokroju Billa Gatesa i globalnych korporacji (a teraz już wiemy, że także ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego), przewijają się nie tylko przez konserwatywny magazyn ze stosunkowo niewielkim czytelnictwem. Mają coraz silniejsze odbicie w mediach społecznościowych, na salonach polskiej polityki (tu prym w dopatrywaniu się medycznego spisku wiodą konfederaci), wreszcie na ulicach, w sklepach i wakacyjnych kurortach. Czy zdrowy rozsądek znowu przegra z zafałszowaną rzeczywistością, kreowaną przez dyletantów medycyny, którzy się na niej po postu nie znają?

Medyczni ewangeliści negują epidemię

W mediach społecznościowych już od kilku tygodni trwa festiwal hejtu na ekspertów, którzy od wiosny wytrwale tłumaczą społeczeństwu, na czym polega covidowe zagrożenie i jak się możemy chronić przed koronawirusem. Prof. Krzysztof Simon, doc. Tomasz Dzieciątkowski i dr Paweł Grzesiowski nazywani są przez internautów konowałami, pseudonaukowcami, a nawet pojawiają się porównania do nazistowskich zbrodniarzy wojennych. „To jeb**ty Mengele” – można przeczytać w fejsbukowych wpisach i na Twitterze.

Ponieważ na portalach społecznościowych, niejako po drugiej stronie barykady, pojawili się lekarze ostentacyjnie kwestionujący wprowadzone restrykcje i uważający np., że noszenie masek wyrządza więcej krzywd niż pożytku – oni cieszą się dziś poparciem twitterowego i fejsbukowego elektoratu, który nobilituje ich do rangi medycznych ewangelistów. Do takich należą m.in. medycy popierani przez ruchy antyszczepionkowe, którym nie przeszkadza krytyka ze strony izb lekarskich, albo doktorzy lubiący mieć po prostu własne zdanie, nawet za cenę utraty prestiżu we własnym środowisku.

We wtorek doszło np. do ciekawej wymiany zdań na jednym z portali społecznościowych między specjalistą chorób zakaźnych, który otwarcie kwestionuje noszenie maseczek, a jego kolegą z sąsiedniego szpitala, który wytknął mu, że przez takie podejście, z którym obnosi się wśród pacjentów, trafiają oni na jego oddział z poważnymi komplikacjami infekcji, zdziwieni, bo przecież „tamten doktor powiedział, że nie ma się czego bać”.

Cała ta dyskusja toczona na forum publicznym, choć powinna skończyć się wygraną zdrowego rozsądku, oczywiście dała przewagę lekarzowi, który przedstawiał androny sprzeczne z wiedzą naukową. To mocno przygnębiające, kiedy na rzeczowe argumenty drugiej strony, przestrzegające przed zagrożeniem i wskazujące sposoby ochrony, ludzie odpowiadają trudną do zrozumienia falą agresji, ufając bardziej banialukom. Ale cóż zrobić?

Bałamutną dezinformację zdrowotną szerzy się dziś łatwiej, skoro premier i prezydent udowodnili swoimi wypowiedziami, że negowanie opinii rzeczywistych ekspertów może być bezkarne. Spora grupa ludzi najwyraźniej nie jest zainteresowana faktami naukowymi, a jedynie tym, co można sobie wykoncypować, obserwując świat przez własne okno.

Rząd zapomniał o kampanii edukacyjnej

Jak dać odpór tego rodzaju poglądom? Coraz częściej słychać, że osoby respektujące zalecenia i starające się wymusić je na nieprzekonanych są obrzucane stekiem wyzwisk. Pseudobohaterowie narzekający na „maseczkowy zamordyzm” organizują bojkoty sklepów, gdzie rozsądne sprzedawczynie odmawiają obsługi klientów, którzy nie stosują się do zasad. Współpodróżni poproszeni o założenie maski drwią z osób, które mają odwagę zwrócić im uwagę, i wydaje im się, że to oni dyktują warunki, na których należy spędzić kilka godzin w jednym przedziale.

Warto wtedy zapytać, czy wsiadając do samochodu, ten ktoś również nie zapina pasów bezpieczeństwa, a wyruszając w podróż, nie zakłada chyba, że rozbije się na pierwszym wirażu? Argument ten niech wzmocni to, że jeżdżący autem, jak przykazywał Janusz Korwin-Mikke, szkodzi wyłącznie sobie, natomiast noszenie maski ma zwiększać bezpieczeństwo innych i jest pewnym aktem altruizmu wobec ludzi, którzy mogą przejść zakażenie dużo ciężej niż my.

I to właśnie trudno Polakom zrozumieć, bo taka nasza natura – moja chata z kraja, więc co mnie obchodzi bezpieczeństwo ludzi, których mijam na ulicy i z którymi wspólnie jadę pociągiem. Nie można przetłumaczyć egoiście, by przestał nim być, więc potrzebny jest system karania, nawet za cenę porównania z faszyzmem.

Należy współczuć tym, którzy na własną rękę starają się wywalczyć porządek i wymagają od sąsiadów noszenia masek, narażając się na drwiny i upokorzenia, bo nie czują wsparcia w instytucjach, które powinny szerzej uświadamiać społeczeństwu, jak dbać o wzajemne bezpieczeństwo. Władza, pomijając już kuriozalne wystąpienia premiera i prezydenta w kampanii, nie prowadzi nawet w swoich rządowych mediach wystarczającej akcji edukacyjnej. Widać uznano, że wystarczy sprowadzić do kraju maseczki największym samolotem albo kupić je na zapas u instruktora narciarstwa, zamiast wyjaśniać ludziom, na czym polega zasada profilaktyki przeciwwirusowej i dlaczego zakażenia bezobjawowe mogą być dla innych groźne (jednym z częstszych powodów starć jest pytanie laików: „Jak mogę chorować i zakażać innych, skoro nie mam objawów?”).

Tygodnik „Sieci”, nazywany przez niektórych broszurą spółek skarbu państwa i rządu, zamiast prowadzić tego rodzaju akcję edukacyjną, nazywa pandemię „wymyślonym spiskiem”, jawnie przyczyniając się do wzmocnienia antymaseczkowych postaw. I jeszcze dyskredytuje ministra zdrowia, który odpłaca się autorowi lekarskim zaleceniem, aby „zastanowił się nad swoim zdrowiem psychicznym”. To ma być kampania ucząca ludzi rozsądku, odpowiadająca im rzeczowo na ich wątpliwości, których nie rozumieją, bo nie znają się na wirusologii ani medycynie?

Kolorowe plakaty umieszczane na twitterowych kontach Ministerstwa Zdrowia i Głównej Inspekcji Sanitarnej czy publikowane od czasu do czasu w mediach to stanowczo za mało. Trzeba systematycznej akcji edukacyjnej, cierpliwego tłumaczenia i powtarzania najważniejszych informacji.

Teorie spiskowe mają swoje tło

W dzisiejszych czasach odpowiedzialność za słowo stała się towarem deficytowym. Najlepiej świadczy o tym wspomniany artykuł Macieja Pawlickiego, który kreuje się na sędziego w sporze o rację, czy mamy rzeczywistą epidemię Covid-19, czy raczej epidemię histerii. Prawdopodobnie pan Pawlicki na co dzień nie obcuje z piśmiennictwem naukowym, a znajomość medycyny sprowadza się u niego do codziennego dbania o higienę; nie jest świadom, że we współczesnej nauce łatwo stawia się hipotezy i można je nawet wszędzie opublikować. Jeśli dobrze poszperać w internecie, udałoby się wygrzebać niejeden artykuł uzasadniający picie świeżego moczu lub zachwalający spanie w przeciągach. Posiłkuje się więc książką „Fałszywa pandemia” (ponoć telewizyjne kamery przyłapały prezesa Jarosława Kaczyńskiego, gdy studiował ją w sejmowych ławach) autorstwa zagranicznych naukowców, ale opatrzonej wstępem niejakiego dr. Mariusza Błochowiaka.

Problem w tym, że kto przeczytał ten wstęp, może rzeczywiście wysnuć wniosek, iż grupa międzynarodowych badaczy z prof. Johnem Ioannidisem z Uniwersytetu Stanforda na czele kwestionuje obecną pandemię, ale w rzeczywistości są oni od tej tezy dość daleko. Zresztą co warte są niektóre poglądy i badania prof. Ioannidisa, „Polityka” pisała już dwa miesiące temu. Teraz opacznie rozumie je dr Błochowiak, a za nim czytelnicy tacy jak red. Pawlicki, niepotrafiący krytycznie ocenić naukowej wartości dowodów. Nie znalazłem jednak w artykule w „Sieci” informacji, że ów autor polskiego wstępu do książki jest z wykształcenia fizykiem i wydawcą miesięcznika „Egzorcysta”. Z kolei wydawcą „Fałszywej pandemii” jest Fundacja Osuchowa, założona przez Grzegorza Brauna, posła Konfederacji wspierającego ruchy antyszczepionkowe.

Tak oto przedstawia się tło, na którym ludzie kwestionujący pandemię oraz zasadność obostrzeń budują wiedzę na temat faktów medycznych. Trudno z nimi polemizować, ale warto – choćby za cenę otrzymania werbalnego kuksańca lub zarzutu, że jest się na usługach wyimaginowanego lobby. Ostatecznie w tej nierównej walce z demaskatorami pseudospisków broni się tylko jedna prawda: że wszyscy ci, którzy dziś kwestionują pandemię, koronawirusa lub zasadność noszenia masek, zmienią szybko zdanie, kiedy ich samych dopadnie zakażenie lub ktoś z ich najbliższych trafi na intensywną terapię z najcięższymi powikłaniami. Dzisiaj – w przeciwieństwie do osób, które są ostrożniejsze – jeszcze o tym nie wiedzą i mają zbyt wąską wyobraźnię, by wziąć to pod uwagę.