Jak Stalin rozpoczął polowanie na gości Hitlera?

histmag.org

Jean-Christophe Brisard

                                     JAK STALIN ROZPOCZĄŁ POLOWANIE NA GOŚCI HITLERA?

Ten tekst jest fragmentem książki Jean-Christophe’a Brisarda „Księga gości Hitlera. Dyplomaci w sercu III Rzeszy”.

W maju 1945 roku Sowieci weszli w posiadanie nazwisk wszystkich osób, które gościły u Hitlera aż do końca wojny. To głównie dyplomaci wielu krajów, na których padał cień paktowania z diabłem – niezależnie od ich rzeczywistych intencji. Beria wiedział, jak wykorzystać tę wiedzę…

Stalin nie wybacza.

Ponieważ wie.

Dwudziestego maja 1945 roku nazistowskie Niemcy już nie istnieją. Niemcy jako takie już prawie nie istnieją. Podczas gdy Europa świętuje nastanie pokoju i koniec cierpień, za murami Kremla kształtów nabiera wendeta. Będzie wymierzona w zagranicznych dyplomatów akredytowanych w Berlinie. Komitet Centralny radzieckiej partii komunistycznej wszedł w posiadanie nazwisk wszystkich osób, które wieczerzały z diabłem. Z Hitlerem.

W Berlinie na ulicach wciąż powiewają szkarłatne flagi, tyle że swastykę zastąpiły sierp i młot. Kolor pozostał ten sam: ponura czerwień, gęsta niczym krew, której tyle przelano w czasie wojny. Od zakończenia walk, czyli od 2 maja, armia radziecka niepodzielnie włada niemiecką stolicą – taki przywilej zwycięzców. Zachodni alianci jeszcze nie dotarli. Czy to z ich strony kurtuazyjny gest? Nie do końca! Rosjanie kpią sobie z kurtuazji. Żądają, biorą, ale z całą pewnością o nic nie proszą. Berlin należy do nich. Roosevelt i Churchill nawet nie próbowali dyskutować, gdy Stalin przed ostatecznym atakiem przedstawił swoje roszczenia. Dla anglosaskich przywódców liczył się tylko rezultat. Trzeba było wygrać tę końcową bitwę, ostatnią w Europie, toczoną w mieście, które nigdy nie będzie nazywać się Germanią. Jednak już tylko Armia Czerwona mogła pozwolić sobie na to, by rzucać swoich żołnierzy na śmierć i nie liczyć strat.

Berlin mówi po rosyjsku, „żyje” po rosyjsku, podporządkowuje się rosyjskim zasadom. Ten stan rzeczy potrwa zaledwie kilka tygodni. W czerwcu zjawią się Amerykanie, Anglicy, a nawet Francuzi, domagając się swoich części łupu. Tymczasem historia berlińskiej wiosny pisze się cyrylicą. Dotyczy to wszystkich. Jeńców wojennych, niemieckich cywilów i obcokrajowców. Jeśli chodzi o tych ostatnich, z chwilą ustania walk Sowieci zatrzymali ich setki. Wielu z nich to dyplomaci, personel ambasad. Dlaczego nie uciekli jak tylu innych? Przecież służby Joachima von Ribbentropa, niemieckiego ministra spraw zagranicznych, proponowały im to już pod koniec marca. Do ich dyspozycji oddano sielankową Bawarię i tamtejszą sieć bunkrów wydrążonych w zboczach Prealp, gdzie mieliby oczekiwać na zapowiadany zryw niemieckich oddziałów. Oferta, jakkolwiek wspaniałomyślna, nadeszła za późno. Wyjazd ze stolicy wiązał się z niebezpieczeństwem, można było wpaść w zasadzkę albo dać się podziurawić radzieckim myśliwcom. Lepiej już czekać grzecznie w miejskich schronach przeciwlotniczych. A później, niezależnie od tego, kto zostanie zwycięzcą – Amerykanie, Anglicy czy Sowieci – immunitet dyplomatyczny posłuży za tarczę. Nawet w czasie wojny dyplomata niczym nie ryzykuje. Istnieją wszak konwencje. Międzynarodowe. Nienaruszalne.

A więc? Wrogowie czy przyjaciele? Radziecki sztab generalny oczekiwał jasnej, jednoznacznej odpowiedzi. Ta nadejść mogła tylko z Kremla. Już od pierwszego tygodnia maja raporty spływające z Berlina gromadziły się na biurkach radzieckich urzędników. Taka a taka jednostka pojmała Japończyków, inni meldowali o zatrzymaniu Szwedów, Duńczyków, Afgańczyków, Hiszpanów, Portugalczyków, Chińczyków… Moskwa nie spodziewała się takiego urodzaju. Co tu z nimi zrobić? To przyjaciele czy wrogowie? Odpowiedź nadeszła 18 maja. Moskwa rozkazała aresztować wszystkich. Nie obowiązują żadne immunitety. Władze powierzyły sprawę NKWD, policji politycznej, poprzedniczce KGB. Od tamtej pory wojsko nie ma już prawa głosu, operacja zostaje utajniona.

Oficjalnie zresztą w ogóle nie istnieje. W Berlinie w ciągu kilku godzin zgrupowano pracowników ambasad i umieszczono ich w kompleksie nędznych budynków we wschodnim, radzieckim sektorze miasta. Pomyśleć tylko, że jeszcze kilka miesięcy temu ci szanowani dyplomaci wraz z nazistowskimi oficjelami świętowali Nowy Rok w sali recepcyjnej Nowej Kancelarii Rzeszy… Jasne, niełatwo było o alkohol, zwłaszcza szampana, a nastrój gospodarzy skłaniał do okazywania stosownego w tych okolicznościach przygnębienia. Mimo to Niemcy zachowywali się serdecznie, niemal z ugrzecznieniem, nawet wobec przedstawicieli małych, neutralnych państw – Szwajcarii, Szwecji, Watykanu – którymi od tak dawna pogardzali. Nie wszyscy dyplomaci przeżywali zmierzch nazizmu z równie dramatyczną intensywnością. Z jednej strony byli ci, których kraje miały przetrwać wojnę. Oni wiedzieli, że będą kontynuować karierę. Nowy przydział zagraniczny, może awans w strukturach rodzimego ministerstwa, a z pewnością publikacja książki o misji odbytej na brunatnej ziemi. Jednak byli też inni, blisko związani z III Rzeszą. Ci liczyli się z tym, że czekają ich nieprzyjemności. Będą zmuszeni zachować dyskrecję, zmienić skórę. Niektórzy zajmą się handlem, prowadzeniem interesów; szczelnie wypełnione adresowniki z pewnością im w tym pomogą. A gdy wspomnienia zbledną, zawsze będą mogli wrócić do dyplomacji, tyle że później, dużo później.

Blisko związani z reżimem czy nie, wszystkich łączyło to, że dość dobrze przeżyli trwającą prawie sześć lat wojnę, która okazała się totalna. Totalna, choć przez długi czas abstrakcyjna. I jeśli nawet rozpoczęte w 1941 roku naloty alianckie utrudniły im życie, dało się do nich przyzwyczaić i przed nimi chronić. Prawdziwą wojnę – taką, która cuchnie, zabija i niszczy nawet najbardziej odporne dusze – poznali dopiero w kwietniu 1945 roku. Szesnastego kwietnia spadła na nich apokalipsa. Miała prostackie oblicze rozwścieczonego mużyka. Bitwa o Berlin, bombardowania, walki uliczne, członkowie Hitlerjugend przeobrażeni w żywe bomby do wysadzania potężnych radzieckich czołgów. Noc przestała istnieć. Płomienie bomb zapalających pochłaniały ciemność i sztucznymi barwami oświetlały ostatni akt upadku Hitlera. Później zapadła cisza. Żar pochłaniał kamienne i metalowe szczątki równie łatwo jak ludzkie ciała, ale strzały umilkły. Berlin się poddawał. Dyplomaci mogli wyłonić się z ukrycia osłaniani przez swój nienaruszalny status, spokojnie wyjść naprzeciw zwycięzcom.

Co znaczyło, że słabo znali Stalina.

Bo on wiedział. Doskonale wiedział, kto uczestniczył w oficjalnych ceremoniach III Rzeszy, podczas gdy Wehrmacht i SS masakrowały Sowietów.

Pierwszy stycznia 1943 roku. Stalingrad z niemal milionem zabitych i zaginionych stawał się właśnie synonimem katastrofy, o jakiej świat nie słyszał. Ilu dyplomatów udało się w tym samym czasie do Kancelarii Rzeszy, by świętować Nowy Rok?

Ponad setka z przynajmniej dwudziestu dwóch krajów. Połowa z nich nie była nawet oficjalnie sprzymierzona z Niemcami. Watykan, Szwajcaria, Irlandia, Szwecja, Portugalia, Turcja, Argentyna, Afganistan… Neutralne państwa, które nie umiały lub nie chciały zdystansować się od nazistowskich Niemiec. Trwały przy nich do samego końca, podczas gdy tyle innych postanowiło zerwać stosunki z Rzeszą.

NKWD i Smiersz, radziecki kontrwywiad, okazały się wyjątkowo skuteczne. Przez kilka dni przeszukiwały ruiny Nowej Kancelarii Rzeszy. Długo. Znalazły tam cenne dokumenty, w tym gruby tom oprawny w czerwony marokin. Na okładce dobrze widoczne narodowosocjalistyczne emblematy: orzeł trzymający w szponach swastykę. Był to rejestr gości przyjmowanych podczas oficjalnych ceremonii. Rozpoczynał się 1 stycznia 1939 roku, a kończył 20 kwietnia 1945 roku, zaledwie dziesięć dni przed samobójstwem Hitlera. Łącznie blisko sto pięćdziesiąt stron, na których ciągnęły się podpisy, nazwiska i tytuły mężczyzn oraz kobiet składających wizyty hitlerowskim dygnitarzom w latach wojny, aż do ostatecznej klęski. Nie było prawie żadnych szans, że ta księga wpadnie w ręce Moskwy. Prawdopodobieństwo, że oprze się bombom zapalającym i przetrwa grabieże, było bliskie zeru. A jednak oto ona, w doskonałym stanie. Nie brakuje ani strony. Nigdzie ani jednej rysy. Jak nowa. Niemiecka jakość.

Przeklęta niemiecka jakość.

Szefowie NKWD bezzwłocznie kazali transkrybować nazwiska gości na cyrylicę. Na czerwono podkreślili te, które najbardziej ich interesowały.

Następnie, jak to mieli w zwyczaju, podjęli ściśle tajne działania. Jeśli chodzi o księgę gości, przepadła w niedostępnych otchłaniach moskiewskiej Łubianki, historycznej siedziby radzieckich tajnych służb. Oficjalnie przestała istnieć. Na stronie tytułowej przyklejono notatkę o przekazaniu księgi do archiwum NKWD, podpisaną przez kierownika sekretariatu NKWD generała lejtnanta Stiepana Mamułowa, zaufanego człowieka Ławrientija Pawłowicza Berii, wszechpotężnego i budzącego powszechną grozę szefa NKWD. Na dokumencie widnieje odręczna dekretacja, prawdopodobnie dyrektora archiwum Iosifa Nikitinskiego: „Przechowywać w archiwum specjalnym. Nie wydawać nikomu bez mojej zgody”