Jak ukąszenie komara. Polski rasizm codzienny

Nina Olszewska

krytykapolityczna.pl

JAK UKĄSZENIE KOMARA. POLSKI RASIZM CODZIENNY

Andy mówi, że rasizmu w Polsce nie ma. Może był w latach 90., kiedy Andy tu przyjechał, a może i wtedy nie – bo czy zazdrość polskich chłopaków o dziewczyny, które umawiają się z czarnym, to rasizm? Nie, to egoizm. Jeśli on, Andy, ma w Polsce rodzinę, przyjaciół i własny biznes, jeśli tęskni za Polską, kiedy stąd wyjeżdża, to czy tu może być rasizm?

Andy’ego* spotykam przypadkiem po wywiadzie z Jamesem Omolo, autorem książek Crossing the colour line na temat małżeństw mieszanych oraz Strangers at the gate. Black Poland o polskim rasizmie. Z Jamesem rozmawiałam o dyskryminacji strukturalnej, o niezbędnych do poprawy sytuacji imigrantów zmianach legislacyjnych, o przyczynach i objawach rasizmu w kraju bez kolonizatorskiej przeszłości. Gdy Andy słyszy, w jakiej sprawie się spotkaliśmy, macha lekceważąco ręką i mówi: „W Polsce nie ma rasizmu”. Z każdym jego kolejnym zdaniem James jest coraz bardziej poruszony. Zaczyna wymieniać ofiary przestępstw z nienawiści, przywołuje kolejne zdarzenia. Andy zbija je po kolei, rzucając krótko: „To tylko taka mentalność, egoizm, życie, pech, no bez przesady”.

O polskim rasizmie codziennym rozmawiam też z innymi osobami. Pytam o historie, z którymi nikt by nigdy nie poszedł na policję, o słowa, sytuacje i stereotypy, które bolą, irytują, drażnią. Z każdym z rozmówców spotykam się osobno. Wszyscy mają wątpliwości, czy sprawy, o których opowiadają, to rasizm, bo może rzeczywiście „bez przesady”.

– Możemy spojrzeć na to jak na ukąszenie komara – proponuje Van Anh, która urodziła się w Wietnamie i wychowała na warszawskim Muranowie. – Ugryzł cię komar. Nic się nie stało, to naturalne, jest lato, są komary. Jeśli jesteś osobą, którą komary gryzą częściej niż innych, przestajesz czuć się swobodnie, zaczynasz spodziewać się ugryzienia w każdej chwili. W zasadzie nie możesz powiedzieć, że to ukąszenie jest jakoś szczególnie nieprzyjemne – ale nie jest też przyjemne.

Takie na przykład przyglądanie się. James Omolo ze spojrzeniami w Polsce mierzy się od kilkunastu lat. Uważa, że obecnie w Warszawie jest ich coraz mniej:

– Jesteśmy inni, więc jesteśmy widoczni. Kiedy wsiadam do tramwaju lub idę ulicą, ludzie mi się przyglądają. Niektórzy po prostu z ciekawością. Jeździłem sporo po Polsce i nieraz byłem pierwszą czarną osobą, którą ktoś widział na żywo, nie w telewizji. Czasem ludzie gapią się z wyższością, patrzą i myślą: „jestem od niego lepszy”. Można więc patrzeć przez ciekawość albo ignorancję, można z nienawiścią. Tak czy inaczej – dobrze jest iść ulicą i nie czuć na sobie spojrzeń. Takie przyglądanie się sprawia, że przestaję czuć się człowiekiem.

Pochodzący z Sierra Leone Izu mieszka w Polsce od 25 lat, ale jego żona przeprowadziła się z Nigerii rok temu. Nie lubi wychodzić z domu, nawet na chwilę, nawet do sklepu. Krępują ją te spojrzenia, bez względu na ich intencję.

James, który pięć lat temu badał sytuację czarnych kobiet w Polsce, przywołuje historie, które wtedy usłyszał: kobiety, której u warszawskiego fryzjera osuszano włosy chusteczkami higienicznymi. Kiedy zapytała o powód, usłyszała, że nikt nie chciałby po niej używać normalnego ręcznika. Inna osoba została odprawiona z kwitkiem u dentysty, bo ktoś uznał, że czarna kobieta musi być nosicielką HIV. Ale według Jamesa i bez tych skrajnych sytuacji imigrantki mają w Polsce trudniej. Inny niż biały kolor skóry plus płeć to już dwa powody do dyskryminacji. A klocków może być więcej: religia, orientacja seksualna. Nawet spojrzenia są dla kobiet bardziej dotkliwe niż dla mężczyzn.

Po przyglądaniu się przychodzi drugi etap: założenia, które przyjmują patrzący.

– Stoję na przykład w kolejce i słyszę, jak facet za mną mówi, że nienawidzi czarnuchów, że po co tu taki przyjechał. Myśli, że skoro jestem czarny, to nie rozumiem po polsku – opowiada mi płynną polszczyzną Tom, z pochodzenia Somalijczyk. – Kiedy mu odpowiadam, tłumaczy się, że to nie było do mnie. Myśli chyba, że jak czarny, to głupi.

Tom mówi, że czasem się cieszy, że czarnych jest w Polsce niewielu i nie wszyscy znają język. Nawet nie wiedzą, jak często spotykają ich takie sytuacje. Samo założenie, że czarni nie mówią po polsku, Tom uważa za neutralne – znów wszystko sprowadza się do intencji i tego, co następuje potem. Osoby, które znają polski słabo lub wcale, są częściej narażone na nieuczciwe zachowania. Wszyscy moi rozmówcy przywołują w tym kontekście kontrolerów biletów, którym zdarza się źle odnosić do obcokrajowców, próbować ich oszukać, zastraszać. James dokłada do tego policję, urzędy, rosnące bez powodu bariery, nieuzasadnione trudności.

Tom był w urzędzie kilka dni przed naszą rozmową, ale ma stamtąd historię, która – jego zdaniem – nie jest negatywna.

– Poszedłem przerejestrować samochód – opowiada. – W urzędzie jest okienko dla Polaków i okienko dla obcokrajowców. Ja stoję w kolejce dla Polaków. Podchodzi do mnie jakaś pani i pokazuje mi tę drugą. Nawet nie pyta o moje dokumenty, tylko pokazuje, dokąd mam iść. Kiedy pytam dlaczego, mówi, że tu obsługuje się tylko Polaków. Kiedy powiedziałem, że mam obywatelstwo, przeprosiła.

Przekonanie, że język polski czy polskie obywatelstwo mają kolor, Tom nazywa brakiem wiedzy. O sile tych założeń opowiada Van Anh, która często jest pytana o to, gdzie tak dobrze nauczyła się mówić po polsku, i czasem odpowiada: „w wojsku”.

– Miałam raz sytuację, kiedy Polka zaczęła do mnie mówić po angielsku, ja odpowiedziałam po polsku, a ona dalej mówiła po angielsku. Chwilę wcześniej rozmawiała z kimś po polsku, więc miałam pewność, że zna język. Ta sytuacja była bardzo zabawna, ale pokazuje, jak to potrafi być głębokie – opowiada.

Izu podpowiedziałby pewnie, że to mogła być nie tylko siła przekonania, że polskim posługują się biali, ale i stres rozmówczyni.

– Kolor skóry wywołuje konsternację – stwierdza. – Kiedy ludzie słyszą, że mówię po polsku, uspokajają się. Nie martwią się już, że będzie problem z komunikacją.

Dwadzieścia lat temu był mniej empatyczny. Przyjechał do Polski na studia, zamieszkał w akademiku. Na imprezach, w nocnych autobusach, na ulicy zbierał powody, żeby jak najszybciej pokonać barierę językową.

– Wiele razy zdarzały się groźne sytuacje. Ktoś na nas pluł, atakował, mówił przykre rzeczy. Kto miał muskuły, to się tłukł, ja próbowałem pyskować moim słabym polskim. Szybko się nauczyłem bronić przed atakami. Rosła też moja samoocena, przestałem tak brać to do siebie. Teraz trzeba się postarać, żeby mnie zdenerwować jakimś rasistowskim tekstem.

Ale nie tylko rasistowskie teksty potrafią zdenerwować. Lista tematów, które podnoszą moim rozmówcom ciśnienie, jest długa, jednak punkty na niej się pokrywają. Na pierwszym miejscu jest pytanie o pochodzenie. Van Anh lubi na nie czasem odpowiedzieć: „z Woli”. Tom zwraca uwagę na problem tożsamościowy, którego mogą nieświadomie dotykać osoby pytające o miejsce pochodzenia chociażby jego dzieci:

– Ja mieszkałem w Afryce, więc wiem, co odpowiedzieć osobom, które mnie pytają, skąd jestem. Wiem, jakiej odpowiedzi oczekują. Moje dzieci urodziły się w Warszawie, nigdy nawet nie były w Somalii. Będą jednak często słyszeć pytanie o pochodzenie i mogą się nigdy nie poczuć w Polsce jak u siebie. W Somalii też byłyby obce.

Tom denerwuje się przy kolejnym pytaniu, które pojawia się często zaraz po ustaleniu jego kraju pochodzenia: dlaczego wybrał Polskę? Dla niego to moment, w którym rozmówca – nawet jeśli nieświadomie – przekracza cienką granicę między ciekawością a rasizmem. Bo czyta w tym sugestię, że Polska to nie był najlepszy wybór; może lepsza byłaby na przykład Anglia?

– Jakby miejsce czarnych było w Afryce lub Anglii, może we Francji, ale nie w Polsce.

Trzeci punkt to zbiór pytań o charakterze turystyczno-ciekawostkowym. O rekomendacje wycieczkowe, o polecane „egzotyczne” restauracje w Polsce, o przepisy kulinarne. Van Anh nie pije kawy, ale często jest pytana o najlepszą wietnamską kawę w Warszawie. Za to pytaniem, którego często jej brakuje, jest: „jak się wymawia twoje imię?”.

– Kiedy jesteś w międzynarodowym środowisku i nie wiesz, jak się wymawia czyjeś imię, to pytasz. W Polsce najczęściej nikt mnie o to nie pyta, tylko wymawia tak, jak potrafi. Różnie to wychodzi. Ja się czuję zbyt skrępowana, żeby poprawiać. Swojego imienia zaczęłam używać po studiach, przez całą podstawówkę, gimnazjum, liceum mówiłam: „no dobra, mówcie mi Ania, Anka”. Cokolwiek, żeby było łatwiej, żeby nie utrudniać. Skończyłam studia i pomyślałam: „mam dwadzieścia kilka lat i nikt nie zna mojego imienia”. Zaczęłam wtedy o nie walczyć.

Po namyśle Van Anh mówi, że pytania o imię pojawiają się coraz częściej, ale dzieje się to w sytuacjach zawodowych. Prosi o zaznaczenie, że jest świadoma swojego uprzywilejowania wynikającego z tego, w jakiej pracuje branży – edukacji technologicznej – statusu społecznego, jaki osiągnęła. To ma znaczenie, szczególnie w czasie, kiedy coraz więcej jest napadów na wietnamskie knajpy.

Rok temu Van Anh zebrała na Facebooku stereotypowe cechy, które przypisują jej ludzie z powodu pochodzenia. Znalazły się tam między innymi przekonanie, że jest mądra i uzdolniona matematycznie; że nie może być zestresowana, bo Azjaci medytują; że powinna się malować, bo Azjatki przywiązują dużą wagę do pielęgnacji; że nie mogła przytyć, bo Azjatkom to nie grozi; że to niemożliwe, że boi się jeździć na rowerze, bo w Azji – wiadomo. James mówi, że ludzie często tworzą sobie jego wizerunek, przypisując mu jakieś cechy, nie wiedząc o nim nic poza tym, że jest czarny. Uważa to za odczłowieczanie i brak szacunku.

Z Jamesem i Tomem rozmawiam krótko po toczącej się w mediach społecznościowych debacie na temat stosowności słowa „Murzyn”. Obaj jeszcze wchodzą w internetowe dyskusje, jeszcze im się nie znudziło powtarzanie: „jeśli nie wiesz, jak się do mnie zwrócić albo jak o mnie mówić, to mnie o to zapytaj”.

– Cały czas powtarzam, że chodzi o szacunek – mówi Tom. – Gdybyśmy się nie znali, tobym mówił do ciebie „pani”. Jakbym miał cię opisać, powiedziałbym: „Europejka, Polka”. Chciałbym, żeby ktoś, kto mnie opisuje, powiedział „Afrykanin”, jeśli już musi odnosić się do mojego pochodzenia. Mógłby też powiedzieć „pan”. Mógłby zapytać, jak chcę być nazywany. Mógłby przyjąć, że jeśli mówię, że coś mnie obraża, to nie powinien tego używać.

Tom toczy boje w komentarzach na Facebooku. James wolałby, żeby znalazło się lepsze miejsce na takie dyskusje. Tego mu brakuje: poważnej rozmowy z mniejszościami, ich odpowiedniej reprezentacji w mediach, na konferencjach.

– Organizowane są konferencje o imigrantach, o integracji, ale kto bierze w nich udział, kto mówi? Biali plus jeden czarny facet, żeby nie wyszło, że nikogo nie było – opowiada.

Na codzienność mniejszości w Polsce większe przełożenie niż konferencje o imigrantach z właściwą obsadą miałaby ich lepsza reprezentacja w mediach. Gdyby tylko osoby inne niż białe nie były skazane na role egzotycznych gości w serialach. Gdyby nie było przyzwolenia na popularną praktykę: polski podróżnik po dwóch tygodniach w Kenii wypowiada się w telewizji o Afryce jako ekspert. To jest dopiero ważny wątek: dlaczego tak często w mediach Afrykę traktuje się jak jednolitą całość, jak kraj?!

James idzie dalej: gdyby byli czarni nauczyciele, gdyby szkoły uczyły otwartości i wiedzy o innych kulturach, gdyby z listy lektur wycofano W Pustyni i w puszczy i gdyby jeszcze towarzyszyła temu rozmowa objaśniająca wszystkim ten krok. James może tak długo wymieniać, bo mądra szkoła jest potrzebna tak jak mądrzy rodzice.

– Kiedy byłem z dziećmi w parku, podszedł do mnie na oko siedmiolatek i spytał: „Dlaczego ma pan taki kolor skory?” – opowiada Tom. – Odpowiedziałem: „A dlaczego ty masz taki kolor skóry?”. On na to: „Bo ja jestem Polakiem”. Powiedziałem, że też jestem Polakiem. W końcu spytał: „Może pan się dłużej opalał?”. Chłopiec ma jakieś siedem lat i myśli, że biała skóra oznacza Polaka, a Polak – białą skórę.

Skąd miałby wiedzieć, że jest inaczej? Ze szkoły, od rodziców, z telewizji. W szkole Tom bywa często, prowadzi tam warsztaty dla dzieci. Każde zaczyna od pytania o to, co dzieci wiedzą o Afryce. I słucha wyliczanki: bieda, głodne dzieci, brak samochodów, budynków, ubrań, kanibalizm. Pyta wtedy: „Byliście kiedyś w Afryce?”. Nie byli. Tak są uczeni w domach, że widząc czarną osobę, zakładają, że urodziła się w Afryce, zaznała głodu i biedy. Tak właśnie zdaniem Toma rodzi się poczucie wyższości. I musi minąć pokolenie, żeby w Polsce zmieniło się myślenie.

James chciałby, by w szkołach takich otwierających na inne kultury warsztatów było jak najwięcej, ale widzi też ich ograniczone działanie:

– Ludzie w każdym wieku kochają takie zajęcia jak gra na bębnach, afrykańskie tańce – to jest po prostu fajne. Ale potem wracają do domu i nie przekładają tych fajnych zajęć na postawy wobec innych. Przecież w Belgii jeszcze w 1958 roku istniało ludzkie zoo. Egzotyka była ciekawa i ekscytująca, ale odhumanizowana. Chodzi o to, żeby poza zainteresowaniem kulturą był jeszcze szacunek dla ludzi tej kultury.

Granica między zainteresowaniem innymi kulturami a otwartością na ich przedstawicieli przebiega na poziomie codzienności. Tam, gdzie „egzotyczna” restauracja w sąsiedztwie jest dobrą informacją, ale imigranci w pobliżu już mniej. Tymczasem jeśli zna się polski słabo lub wcale, jeśli ma się inny niż biały kolor skóry i na dodatek rodzinę, wynajęcie mieszkania jest w Polsce wyzwaniem.

Izu mieszka z rodziną pod Warszawą. W najbliższym sąsiedztwie są trzy inne rodziny, z którymi uparcie próbuje nawiązać kontakt. Uśmiecha się, macha, zagaduje. Nie powinno być trudności, skoro mówi po polsku, a jednak widzi różnicę między ich sąsiedzką zażyłością a podejściem do niego.

– W końcu w stylu amerykańskim kupię ciastka i razem z moją czarną rodziną zapukamy do każdego domu. Niech mają, niech się z tym pogodzą.

A może to przypadek, może go po prostu nie lubią? Może to różnica wieku? Ma przecież znajomych, którzy dobrze żyją z białymi sąsiadami. No i to nie jest tak, że jest źle, po prostu nie jest dobrze. To przecież jak ugryzienia komara.

* Imiona większości bohaterów zostały zmienione.

**

Nina Olszewska – doktorka nauk humanistycznych i geodetka, zawodowo związana z komunikacją i PR. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała na łamach m.in. „Dużego Formatu”, magazynu „Non/fiction” i Krytyki Politycznej.  W maju 2020 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego ukazała się jej debiutancka książka reporterska Pudło. Opowieści z polskich więzień.