Kochał góralskie wesela i nie nosił sutanny.

VIVA.PL

Kochał góralskie wesela i nie nosił sutanny.

Ksiądz prof. Józef Tischner zmarł 28 czerwca 2000 roku. Filozof i duchowny miał niezwykły dar, potrafił mówić o ważnych sprawach w sposób przystępny i pełen humoru. Pochodził z Podhala i często nawiązywał do gwary góralskiej. Jego aforyzmy i anegdoty z tym związane przeszły do legendy, choć nie można zapomnieć o jego ogromnym dorobku filozoficznym i literackim.

W 1998 roku udzielił VIVIE! wywiadu, z humorem odpowiadając na pytania poważne i te trochę mniej. Przypominamy najważniejsze i najzabawniejsze fragmenty tej rozmowy. Wywiad od progu zaczął słowami „Witojcie, pani dziennikarko! O czym to będziem godoć?” Po takim wstępie Anna Kaplińska lojalnie uprzedziła księdza, że o „sprawach ważnych i całkiem błahych”.

„To zacznijmy od poważnych, żeby szybko je mieć z głowy” zaproponował autor „Filozofii po góralsku”.

– Czym według Księdza, jest grzech w dzisiejszym świecie?

Józef Tischner: Dziś doświadczamy grzechu przede wszystkim. gdy widzimy, że człowiek jest zły dla drugiego człowieka. Grzech nie musi wiązać się z jakimś wielkim, złym czynem. Czasami to po prostu brak czynu. Bardzo często także słowo wypowiedziane nie w porę jest zabijające. Grzech to odwrócenie się od drugiego człowieka. Najgorsze jest to, że tego nie da się wyeliminować z naszego życia. Ale wydaje mi się, że dziś ludzie wiedzą, kiedy byli źli, w jakiej sytuacji wyrządzili krzywdę komuś, a przez to i sobie. I to jest jedyna pociecha, że ludzie czują,  że krzywdząc innego, krzywdzą siebie.

– Ksiądz profesor jest jednym z niewielu duchownych, który ma tak dobry stosunek do mediów. One lubią Księdza, a i Ksiądz zdaje się lubić radio i telewizję.

Józef Tischner: Można powiedzieć, że od dziecka nic innego nie robię, tylko mediatyzuję. Byłem dzieckiem nauczycieli ze wsi, ale musiałem znajdować wspólny język z dziećmi góralskimi oraz z inteligencją. Lubię media, bo wymagają od człowieka, żeby był sobą, żeby niczego nie udawał. Przed kamerą trzeba być takim, jakim się jest naprawdę. Lubię spotkania z dziennikarzami, bo przy nich ćwiczę się w skupieniu – zanim odpowie się na postawione pytanie, trzeba się mocno skupić. Lubię to.

 – Czyli Ksiądz profesor świadomie założył sobie, że będzie komentował zjawiska współczesnego świata?

Józef Tischner: Cała moja robota, nie tylko w mediach, ale także jako profesora, polega na nauczaniu. Jestem skazany na nauczanie. Ale staram się, jak mogę, być nauczanym, a nie tylko nauczać. Trzeba walczyć z nauczycielską postawą. Bo wiadomo: praca szkodzi pracującemu, nie?

– A co ze sławą, którą się przy okazji zdobywa?

Józef Tischner: To jest miłe i mnie to specjalnie nie przeszkadza, szczególnie gdy trzeba coś załatwić. Dziś rano byłem na przykład w szpitalu. Wszyscy byli zaskoczeniu, że akurat do nich przyszedłem. Zarówno pacjenci, jak i lekarze zachowywali się, jakby byli moimi znajomymi. To sprawdzian dla człowieka: coś im musiałem dać, skoro oni chętnie mi to oddają w tak przyjacielski sposób…

– A koszty sławy?

Józef Tischner: Ciągły brak czasu, a co za tym idzie – skupienia. No i ciągła konieczność odmawiania. Bo nie można być wszędzie. Robię się od tego bardziej roztargniony. Zostawiłem właśnie klucz do domu w spodniach, w których występowałem w katowickiej telewizji – bo mam tam specjalny strój do programu. To są właśnie skutki tego, że tyle spraw mam na głowie.

– Ksiądz raczej nie nosi sutanny. Dlaczego?

Józef Tischner: Przestałem ją nosić, gdy zacząłem studiować na Uniwersytecie Jagiellońskim. Chciałem być jak inni. Poza tym niewygodnie się w sutannie podróżuje. Lubię sportowy strój. Kiedy jestem w cywilu, spotykają mnie różne przygody.

– Brzmi to cokolwiek tajemniczo…

Józef Tischner: Jadę kiedyś pociągiem, koło mnie siedzi piękna kobieta. Czytam brewiarz. Druga pani poznała mnie i mówi: „Proszę księdza, czy ta młoda dama nie za blisko się do księdza przysuwa?” Sięgnąłem więc po teczkę i postawiłem ją między nami. Cały przedział wybuchnął śmiechem. I zaczęły się wesołe rozmówki! Gdy wysiadałem w mojej własnej parafii, wszystkie te panie wychylały się przez okno, przesyłały mi całusy i krzyczały, że jestem „wdechowy” chłop. Parafianie, którzy to widzieli, byli zaskoczeni.

– Czy żałuje Ksiądz czegoś?

Józef Tischner: Po trosze wszystkiego. Życie człowieka polega na wyborach. Każdy wybór jest odrzuceniem czegoś. I ja oczywiście żałuję rzeczy odrzuconych. Żałuję kariery skoczka narciarskiego, żałuję, że nie miałem okazji być pilotem samolotów szybowcowych, żałuję, że moje zajęcia nie pozwalają mi na wspinaczki po górach.

– Czego by Ksiądz jeszcze spróbował, gdyby Pan Bóg wysłał Go jeszcze raz na ziemię?

Józef Tischner: Musiałby mnie przysłać co najmniej 14 razy.

– Skąd ta cyfra?

Józef Tischner: Bo bym potrzebował, żeby mnie 14 dziewczyn uszczęśliwiło.

– Aż tyle?

Józef Tischner: Tak mi wyszło z obliczeń. Bo ta sfera zawsze w życiu duchownego jest odstawiona na boku. I ona do końca życia stanowi taką osobistą, prywatną mitologię.

– Trudno podjąć decyzję o celibacie?

Józef Tischner: Wiadomo, że taką decyzję podejmowało się w sposób wolny, ale nie powiedziałbym, że beztroski. Ze mną było jak z tym Bartkiem Zwycięzcą. Powiedziałem sobie: „A raz kozie śmierć”. Każdy przynajmniej raz w życiu podejmuje taką decyzję: „Co będzie, to będzie”. Ale to się potem snuje wokół człowieka.

– A co Księdza cieszy?

Józef Tischner: Moim szczęściem jest poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Można mieć kłopoty, ale radosne jest poczucie, że na tym posterunku, który się wybrało, wykonuje się dobrą robotę.

– A takie małe przyjemnostki – słabostki Księdza?

Józef Tischner: Jak idę na góralskie wesele. To jest dopiero frajda. Jest śpiew, gra. Nawet mi te pijaki tak nie przeszkadzają. Wtedy to się dopiero spowiadają! Mówię im: „Korzystajcie, bo takiego żalu jak dziś to nie będzie”. Dla mnie wesele to jak życie w baśni. Sakrament małżeństwa jest ewidentnie najweselszym z sakramentów. Szkoda tylko, że takim nietrwałym.