Mają dość wszystkiego. Szkoły nie mogą znaleźć nauczycieli przed nowym rokiem szkolnym

Mariusz Kowalczyk

newsweek.pl

MAJĄ DOŚĆ WSZYSTKIEGO. SZKOŁY NIE MOGĄ ZNALEŹĆ NAUCZYCIELI PRZED NOWYM ROKIEM SZKOLNYM

– System jeszcze się jakoś trzyma dzięki dodawaniu ludziom kolejnych godzin pracy. W ten sposób ukrywa się problem braku nauczycieli. Ale to prowadzi do wypalenia zawodowego tych, którzy jeszcze pracują – wyjaśnia Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty (OSKKO).

W wakacje Jarosław Pytlak, dyrektor Zespołu Szkół STO w Warszawie, każdy e-mail od nauczycieli traktował jak zagrożenie. – Obawiałem się, że nauczyciel chce mnie poinformować, że rezygnuje z pracy – mówi Pytlak.

Jeszcze 10 lat temu wzruszyłby ramionami i dał ogłoszenie, że zatrudni nauczyciela. Potem przebierałby w ofertach. To już tylko miłych wspomnień czar. – Daliśmy ogłoszenie, że w liceum zatrudnimy nauczyciela informatyki. Wisiało trzy miesiące i nikt się nie zgłosił. Na ofertę pracy dla nauczyciela geografii odpowiedziała tylko jedna osoba. Dogadaliśmy się i podpisaliśmy umowę o pracę. Pani złożyła jednak wypowiedzenie, zanim rozpoczęła pracę – opowiada dyrektor.

Pytlakowi wyświetlił się jeszcze post na Facebooku, że nauczyciel geografii szuka pracy. Co prawda kandydat nie miał doświadczenia i tylko licencjat z geografii, ale dyrektor poczuł się, jakby wygrał los na loterii. Nadzieja jednak szybko prysła, gdy spojrzał na komentarze pod postem. Młody, niedoświadczony kandydat dostał ponad 200 ofert pracy.

Dyrektor Pytlak zauważa, że on ze swoją szkołą i tak nie jest w najgorszej sytuacji. – Jesteśmy szkołą niepubliczną i możemy zaoferować nauczycielom lepsze zarobki. Ale nawet nam trudno jest znaleźć ludzi do pracy, bo tu nie chodzi tylko o pieniądze. I tak jest w wielu szkołach. Z długiego doświadczenia pracy w edukacji wiem, że jeżeli my mamy jakieś problemy, to są one również w szkołach publicznych, tylko zwielokrotnione – mówi.

Nie myli się. Pracownicy szkół publicznych sytuację przed nowym rokiem szkolnym najczęściej opisują słowami: „dramat” i „katastrofa”.

Pan od polskiego zostaje Panem Szewcem

Skalę problemu widać na stronach banków ofert pracy dla nauczycieli, które prowadzone są przez kuratoria. Pod koniec wakacji tylko na Mazowszu jest 2945 ofert dla nauczycieli, a w całej Polsce dyrektorzy placówek poszukują ok. 13 tys. ludzi do pracy. Największy wybór mają nauczyciele informatyki, matematyki i fizyki. Ale poszukiwani są też ludzie, którzy potrafią poprowadzić lekcje ze wszystkich szkolnych przedmiotów, w tym języka polskiego, języków obcych, historii, wiedzy o społeczeństwie czy geografii.

Monika, dyrektorka jednej z podwarszawskich szkół podstawowych, jak co roku w sierpniu układała plan lekcji na nowy rok szkolny. Tym razem zadanie było wyjątkowo trudne. – Nie mam komu przydzielać lekcji. Daliśmy ogłoszenia, że zatrudnimy nauczycieli. Zgłosiły się trzy osoby. Umówiliśmy się na rozmowy kwalifikacyjne. Zwykle prosimy też kandydatów, żeby poprowadzili lekcje próbne i dopiero wtedy zatrudniamy. W tym roku nasi kandydaci po kilku dniach powiadomili nas, że ich oferty są już nieaktualne. To oznacza, że w niektórych szkołach nie przeprowadza się już rozmów kwalifikacyjnych, tylko dyrektorzy od razu podpisują umowy o pracę, jeżeli tylko kandydaci spełniają wymogi formalne – twierdzi Monika.

Kadra nauczycielska kurczy się od kilku lat. Nauczyciele zaczęli masowo odchodzić ze szkół po strajku, który prowadzili w kwietniu 2019 r. Domagali się podwyżek i protestowali przeciwko zmianom w szkolnictwie wprowadzanym przez ówczesną minister edukacji Annę Zalewską. Strajk upadł i postulaty nauczycieli nie zostały spełnione. Natomiast propaganda rządowa przedstawiała nauczycieli jako awanturników, którym nie chce się pracować i domagają się nienależnych im pieniędzy.

– Poczuliśmy się wtedy, jakby nam ktoś napluł w twarz – mówi Mateusz Wróbel, były już nauczyciel języka polskiego w gimnazjum w Pszczynie. – Wiele koleżanek i kolegów, którzy byli mocno oddani tej pracy, zaczęło się zastanawiać, jak będzie wyglądało ich dalsze życie. Zarobki w szkolnictwie są naprawdę marne i przekonaliśmy się, że nie ma szans na podwyżki. Wielu znajomych złożyło wtedy wypowiedzenia, przekwalifikowali się lub zakładali własne firmy – dodaje Mateusz Wróbel, który po strajku nauczycieli też poszedł na swoje. Otworzył zakład szewski – Pan Szewc.

Obecnie nauczyciel stażysta zarabia 2949 zł brutto. Najwyżej w hierarchii zawodowej są nauczyciele dyplomowani. Oni dostają 4046 zł brutto. Przy czym, już za rządów PiS, postawiono nowe wymagania nauczycielom przy wspinaniu się na kolejne szczeble kariery. Dlatego znalezienie np. informatyka czy anglisty do pracy w szkole graniczy dziś z cudem. Osoby z takim wykształceniem w innych branżach mogą liczyć na znacznie wyższe zarobki i szybszy awans. A nauczyciel oprócz wykształcenia kierunkowego musi jeszcze ukończyć kurs przygotowania pedagogicznego.

– To jest zawód z wyraźnie dającym się we znaki szklanym sufitem. Pracując nawet w szkole niepublicznej, trudno jest osiągnąć zarobki, które dawałyby poczucie przynależności do klasy średniej i pozwalały korzystać z życia, ale nie kosztem wyrzeczeń – tłumaczy Jarosław Pytlak.

Jak wygląda życie za nauczycielską pensję w praktyce? – Wie pan, czym różni się nauczyciel od balkonu? – odpowiada pytaniem Mateusz Wróbel. – Balkon potrafi utrzymać trzyosobową rodzinę. Moja żona też pracuje w szkole i trudno było nam się utrzymać. Nie mogliśmy odłożyć na czarną godzinę. Gdy pojawiały się niezaplanowane wydatki, bo np. zepsuła się lodówka, musieliśmy pożyczać – opowiada.

– Niech już tak nie narzekają – ripostuje Monika, dyrektorka w podwarszawskiej podstawówce. – Dyrektorzy mają możliwości dokładania do pensji nauczycielskich różnych dodatków. Można brać też dodatkowe godziny i zarabiać na korepetycjach. Niektórzy potrafią dorobić sobie w ten sposób drugą pensję.

Powtarzam ten argument Mateuszowi Wróblowi. – Nie wszędzie dyrektorzy mają wolne środki na wyższe pensje. Poza tym jeżeli ktoś pracuje na pełnym etacie, to powinien mieć możliwość utrzymania z tego rodziny – odpowiada Wróbel. I dodaje: – Naprawdę nie żałuję, że odszedłem ze szkoły. Teraz mam oszczędności i o wiele spokojniejszą głowę.

Nie tylko pieniądze

Z pracy w szkole zrezygnował też młody anglista Przemysław Kukliński z Białegostoku. Uczy teraz angielskiego prywatnie i nagrywa materiały wideo na YouTube. W jednym z nich tłumaczy, że rzucił pracę w szkole nie tylko z powodu marnych pieniędzy. W pierwszej kolejności wymienia stres, jaki towarzyszy szczególnie młodemu nauczycielowi, dużą liczbę obowiązków i atmosferę w pracy. Zwraca uwagę, że liczba 18 godzin w tygodniu, które nauczyciel na pełnym etacie musi przepracować, czego często zazdrości się nauczycielom, to tylko teoria. W praktyce nauczyciel pracuje o wiele więcej. Musi się przygotować do lekcji, oceniać sprawdziany, angażować się przy egzaminach czy podczas rekrutacji uczniów do szkoły. Weekendy rzadko są wolne w całości, bo wtedy przygotowuje się lekcje albo dorabia do pensji korepetycjami.

Kukliński podkreśla, że najgorsze jest jednak coś innego. – Idę do pracy z młodzieżą: tak zmienię świat, zrobię wspaniałe rzeczy. Mam tyle energii, tyle zapału. Przychodzisz i słyszysz taki tekst: „Ty to młody jesteś, tobie się jeszcze chce. Ale jak popracujesz, to jeszcze zobaczysz” – opisuje w swoim filmiku, jak w szkole podcina się skrzydła młodym, ambitnym nauczycielom.

Jednak starsi też składają wypowiedzenia. – Od nas odeszła niedawno nauczycielka matematyki, która przepracowała w naszej szkole prawie 10 lat, a do emerytury zostały jej tylko dwa czy trzy lata – mówi Małgorzata Wojtysiak, dyrektor Liceum im. Mikołaja Reja w Warszawie. Dodaje, że w edukacji pracuje już 17 lat, ale nie przypomina sobie, żeby nauczyciel rezygnował z pracy tuż przed emeryturą, bo wielu z nich wybiera ten zawód także ze względu na stabilność zatrudnienia.

Niecały rok po przegranym strajku środowisko nauczycielskie wpadło w kolejne turbulencje. W biegu musieli zmieniać swoje przyzwyczajenia zawodowe, bo nastała pandemia, a wraz z nią nauczanie zdalne. Dla wielu to było spore wyzwanie. – Akurat ta nauczycielka matematyki, która od nas odeszła, potrafiła się przestawić na nowy tryb nauczania. Poczuła się jednak tym tak zmęczona, że zrezygnowała z pracy – tłumaczy Małgorzata Wojtysiak.

Starsi nauczyciele pracują za młodszych, którzy najszybciej się wykruszają. Dyrektorzy szkół zgodnie z przepisami mogą dodawać im do pełnego wymiaru godzin po pół etatu. I często to robią, bo nie mają wyjścia. – System jeszcze się jakoś trzyma dzięki dodawaniu ludziom kolejnych godzin pracy. W ten sposób ukrywa się problem braku nauczycieli. Ale to prowadzi do wypalenia zawodowego tych, którzy jeszcze pracują. Dlatego coraz więcej nauczycieli kończy pracę, gdy tylko osiągną wiek emerytalny – wyjaśnia Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty (OSKKO).

Wykształceni i prosty lud

Przybywa również obowiązków. Zawód nauczyciela kusi gwarancją corocznych ferii zimowych i długimi wakacjami w lecie. – Ministerstwo Edukacji opracowało kalendarz rekrutacji uczniów do klas pierwszych. W tym roku został on tak rozbudowany, że od 17 maja do 23 sierpnia musiałam powołać zespół do spraw rekrutacji. Tylko jak ja mam kazać ludziom pracować, gdy jednocześnie w Karcie Nauczyciela jest zapisane, że nauczyciel ma prawo do nieprzerwanego, czterotygodniowego urlopu w lecie? Nie jestem atrakcyjnym pracodawcą, jeżeli muszę zmuszać nauczycieli, żeby przychodzili do pracy przez całe wakacje – nie ma złudzeń Małgorzata Wojtysiak z LO im. Reja.

Dochodzi jeszcze frustracja z powodu poczucia obniżania się prestiżu zawodu. Nauczyciele uważają, że przestają być traktowani jako wychowawcy przekazujący wiedzę i doświadczenie młodym ludziom. Niekiedy dają im to odczuć sami uczniowie. – Żartujemy, że niedługo na koniec roku szkolnego to my będziemy wręczać uczniom kwiaty – mówi Wojtysiak.

Zmienia się też stosunek rodziców do nauczycieli. – Jesteśmy traktowani jak dostawcy usług. Tylko że jak się idzie do fryzjera, to mu się mówi, jak ma obciąć włosy. A rodzice przychodzą i mówią: proszę tak zrobić, żeby było dobrze albo żeby dziecko było szczęśliwe. Albo nic nie mówią, ale oczekują, że będą zadowoleni. Cóż, to mało precyzyjne życzenia, szczególnie że dzieci są różne, a system na nie wszystkie nakłada w gruncie rzeczy identyczne wymagania. A co do szczęścia, to jego gwarancję daje jedynie tabletka prozacu. Wiele osób nie myśli o tym, że aby być szczęśliwym, potrzebny jest wysiłek – mówi Jarosław Pytlak.

Od pracy w szkole wielu wręcz odstręcza narodowo-katolicki kurs wyznaczony przez ministra edukacji Przemysława Czarnka. Mateusz Wróbel zauważa, że zmiany były widoczne nawet jeszcze przed przyjściem Czarnka. Gdy uczył polskiego w gimnazjum, próbował to obchodzić. – Kiedy wykazy lektur zaczynały się wypełniać książkami o żołnierzach wyklętych, starałem się przy ich omawianiu pokazywać, na czym polega cynizm władzy – wspomina Wróbel.

Jednak ministerstwo Czarnka chce, by system szkolnictwa był oparty na wszechobecnej kontroli. Wkrótce to kuratorzy uzależnieni od ministra będą mieli największy wpływ na powoływanie i odwoływanie dyrektorów szkół. Ci, jeżeli będą chcieli zachować stanowiska, będą musieli kontrolować i dyscyplinować nauczycieli, żeby nie wykraczali poza ramy ideologiczne narzucone przez resort.

Marek Pleśniar z OSKKO nie ma wątpliwości, że to jeszcze bardziej zniechęci ludzi nawet do myślenia o podejmowaniu pracy w szkole. – Już dostajemy pytania od dyrektorów szkół, jakich dokumentów i od kogo wymagać, gdy sprawę ucznia przychodzą załatwić dwie mamy. Nastroje w szkołach są marne – nie kryje Pleśniar.

Ci, którzy jeszcze w szkołach zostali, zauważają, że braki kadrowe nieuchronnie prowadzą do obniżenia jakości nauczania. Konsekwencje mogą być smutne i to dla całego społeczeństwa. – Będzie postępować rozwarstwienie edukacyjne. Rodzice, których będzie na to stać, zapewnią swoim dzieciom porządne nauczanie w szkołach niepublicznych lub w domu. Skończy się tym, że wrócimy do czasów II RP i w społeczeństwie będzie tylko 10 proc. ludzi wykształconych, a reszta – prosty lud. Czasem myślę, że takie właśnie marzenie mają obecnie rządzący – podsumowuje Jarosław Pytlak.