Marcel Moss, “Nie wiesz wszystkiego” [FRAGMENT KSIĄŻKI]

kultura.onet.pl

MARCEL MOSS, “NIE WIESZ WSZYSTKIEGO” [fragment książki]

Dzisiejsza młodzież jest nierozumiana i wystawiana na wiele zagrożeń. Żyjemy w czasach, w których nastolatkowie muszą się zmagać z ogromną presją i wygórowanymi oczekiwaniami. Rywalizacja jest teraz bardzo zacięta. Wszyscy marzą o tym, by wyróżnić się w ślepo podążającym za tym samym tłumie. Social media tworzą wizję idealnego świata, która tylko nasila kompleksy młodych, uzmysławia im, że nie mogą okazywać słabości, i sprawia, że pragną czegoś, co nie istnieje. Przedstawiamy fragment książki Marcela Mossa “Nie wiesz wszystkiego”.

Kreowana w internecie iluzja sprawia, że młodzi są niezadowoleni ze swojego życia. Nastolatkowie tłumią w sobie emocje, z którymi ewidentnie sobie nie radzą. Dorośli nie rozumieją swoich dzieci. Oczekują od nich coraz więcej i są przekonani, że dzisiejsza młodzież nie ma praktycznie żadnych zmartwień.

PROLOG

MARTA

W dniu śmierci moja najlepsza przyjaciółka Otylia Kumin ma na sobie swoją ulubioną czerwono-czarną spódniczkę w kratkę. Gdy po raz pierwszy przyszła w niej do szkoły, nie minęło pół godziny, a już dostała wezwanie do gabinetu dyrektora. To prawda, wygląda w niej wyzywająco, ale właśnie taka jest Otylia. Przez długi czas próbowałam zrozumieć, jak dziewczyna, która ma za sobą tyle traumatycznych przeżyć, może się zachowywać i ubierać w ten sposób. To trochę tak, jakby igrała z losem i próbowała za wszelką cenę ściągnąć na siebie kłopoty.

A może Otylia lubi kłopoty i nie zamierza wyciągać wniosków z przeszłości?

Idzie z podniesioną głową wzdłuż ciemnej ulicy na obrzeżach Warszawy w kierunku starej, nieużywanej hali produkcyjnej. Czasem zza któregoś płotu zaszczeka na nią pies, jakby wyczuwał zbliżającą się tragedię. Nie może jednak powstrzymać Otylii. Moja przyjaciółka wszystko sobie zaplanowała. Nie ma odwrotu. Miesiącami układała w głowie misterny plan odebrania sobie życia i tylko czekała na odpowiedni moment, by go zrealizować. Wybrała ostatnią środę września.

Okrąża halę i znajduje zewnętrzne metalowe schody prowadzące na dach. Przechodzi pod grubym, prowizorycznie obwiązanym wokół dwóch słupków łańcuchem i ostrożnie pokonuje każdy stopień, trzymając się mocno metalowej poręczy. W końcu dociera na dach. Staje na krawędzi i rozgląda się dookoła. Niebawem wybije północ. W większości domów, które które od hali dzieli może sto metrów, nie pali się już światło. Nie ma szans, by o tej porze ktoś obcy kręcił się w pobliżu i ją zauważył. Nikt nie zadzwoni nagle po policję i nie udaremni jej planu. Otylia nie musi się więc spieszyć ze skokiem.

I tak nie zamierza robić tego od razu. Czeka na kogoś.

– Przepraszam za spóźnienie – mówi Alan Zajdel, najpopularniejszy uczeń w szkole, i dosiada się do Otylii. – Długo czekasz?

– Jakieś piętnaście minut – odpowiada dziewczyna. – Ładnie tu o tej porze, prawda?

Wpatrują się w spowite mrokiem przedmieścia Warszawy. Alan stara się zapamiętać każdy szczegół, jakby to miało jakieś znaczenie… Przecież za chwilę i tak zniknie.

– Zimno – zauważa chłopak. Cały drży.

– Nie przesadzaj. – Otylia oscentacyjnie rozpina skórzaną kurtkę. – Czuję, jakbym miała zaraz spłonąć.

– Może to z ekscytacji? – sugeruje Alan.

– Pewnie tak – kłamie Otylia.

Moja przyjaciółka dobrze wie, jakie uczucia towarzyszą człowiekowi w ostatnich chwilach przed samobójstwem. Zamyka oczy i cofa się do wspomnień sprzed niecałych pięciu lat. Ogarnia ją obezwładniający chłód, który z każdą sekundą pozbawia ją czucia w kolejnych kończynach. Zupełnie jakby jej ciało się buntowało i krzyczało: „Nie rób tego! Opamiętaj się! Daję ci ostatnią szansę!”.

Otylia przyzwyczaiła się do zimna. Z czasem nawet je polubiła.

– Boisz się? – pyta swojego towarzysza. – Tak… boisz się. Widzę to w twoich oczach.

Alan nie odpowiada. Patrzy przed siebie i unika spojrzenia Otylii. Zaciska zęby i napina mięśnie w całym ciele. Zaraz będzie po wszystkim.

– Jak to jest? – odzywa się po dłuższej chwili. – Jakie to uczucie?

– Chodzi ci o umieranie? – dopytuje Otylia. – Całkiem przyjemne. To trochę tak, jakbyś w środku zimy wziął gorącą kąpiel, a potem cały mokry wyszedł przed dom. Trzeba wytrzymać kilka sekund szoku, a później jest już z górki.

Po raz pierwszy targnęła się na swoje życie, kiedy rodziców nie było w domu. Wyszli tylko na godzinę. Pojechali do sklepu ogrodniczego po nowe sadzonki. Otylia nie mogła zmarnować takiej okazji. Nie wydziwiała. Zamknęła się w łazience, usiadła w pustej wannie i podcięła sobie żyły na nadgarstkach. Płakała, wpatrując się w sufit i czekając, aż obraz przed jej oczami zacznie się rozmywać. Nawet nie zauważyła, kiedy odpłynęła. Ocknęła się dopiero w sali szpitalnej. Gdy zobaczyła siedzącą przy łóżku matkę, chciało jej się wyć z wściekłości.

Przecież miało być już po wszystkim.

Tym razem matka jej nie przeszkodzi. Pewnie nawet nie przeczuwa, co zamierza zrobić jej jedyna córka.

– Otylia… – szepcze Alan. – Zrobisz coś dla mnie?

– Co? – Dziewczyna przysuwa się do chłopaka.

– Pocałuj mnie. Proszę. Chcę to poczuć ostatni raz.

Całują się powoli i czule na tle nocnego nieba. Po wszystkim Alan się skula i wybucha płaczem.

– Uspokój się. – Otylia poklepuje go po plecach. – Nie bądź mazgajem.

Gdy Alan miał sześć lat, jego ojciec porzucił rodzinę i odszedł do innej kobiety. Zajdel robił wszystko, by ten fakt nie odbił się na jego psychice. W jego życiu nie było miejsca na słabość. Szybko znalazł sobie zajęcie, którym wypełniał wolny czas. Widział w sobie przyszłego reprezentanta Polski w siatkówce. Rósł jak na drożdżach i każdą wolną chwilę spędzał na treningach. Nic dziwnego, że już po pierwszym półroczu w liceum pokonał starszych kolegów i został wybrany na kapitana szkolnej drużyny. Bliscy Alana pękali z dumy i jednocześnie pilnowali, by chłopak nie osiadł na laurach. Niewielu wiedziało, że poza sportem Zajdel miał też inne pasje.

Ja wiedziałam. I żałuję, że nie było mu dane lepiej ich rozwinąć.

Otylia wciąga powietrze ustami, a jej ramiona delikatnie się unoszą.

– Myślę, że to ten moment.

Podnosi się i czeka, aż Alan zrobi to samo. On jednak siedzi po turecku i ociera dłońmi mokrą od łez twarz.

– Chyba nie dam rady.

– Dasz – odpowiada stanowczo Otylia. – Przecież tego chcesz.

– Sam już nie wiem.

– Zawsze tak jest – wyjaśnia Kumin. – W ostatniej chwili oblatuje nas strach i chcemy się wycofać. Dlatego lepiej mieć to z głowy. No chodź, wstawaj.

Alan niepewnie się podnosi i staje obok dużo niższej dziewczyny. Przełyka ślinę, a jego ciało przeszywają dreszcze.

– Nie patrz w dół – poucza go Otylia.

– To gdzie mam patrzeć? – Alan czuje, że miękną mu nogi.

– Przed siebie. Patrz pewnie, jakbyś chciał powiedzieć całemu światu: „Widzicie? Odchodzę na własnych warunkach”. – Dziewczyna chwyta go za dłoń i przyciąga do siebie. – Na trzy?

– Zaczekaj! – Alan robi gwałtowny krok do tyłu. – Nie jestem jeszcze gotowy.

Otylia przewraca oczami.

– Wkurzasz mnie. Albo robisz to ze mną teraz, albo idź sobie, bo tylko niepotrzebnie mnie rozpraszasz.

– No dobrze – wzdycha chłopak i wraca na miejsce.

– Na trzy – szepcze Otylia.

– Zaczekaj. Skąd mam wiedzieć, że skoczysz ze mną?

– Przecież trzymam cię za rękę.

– Możesz puścić w ostatniej chwili.

Otylia wzrusza ramionami.

– W takim razie skoczę pierwsza i pociągnę cię za sobą. Co ty na to?

Serce zaraz wyskoczy Alanowi z piersi. Chłopak potrzebuje chwili do namysłu. Jeśli się zgodzi, nie będzie już odwrotu. Otylia nie rzuca słów na wiatr. Ściśnie go najmocniej, jak potrafi, a potem zrobi krok do przodu i spadnie razem z nim.

– Sam nie wiem… – Alan patrzy dziewczynie głęboko w oczy. Czy tego właśnie chce? Czy samobójstwo to naprawdę jedyny sposób na poradzenie sobie z problemami?

– Alan…

– Ja chyba jednak…

Nie kończy. Otylia bez ostrzeżenia rzuca się z dachu, a Alan nie ma szansy na reakcję. Już za późno na ratunek.

Świat wiruje mu przed oczami, a z głowy ulatują wszystkie myśli. To trwa ułamek sekundy. A potem nie ma już nic. Całe życie tych dwojga, ich wszystkie wybory, rozterki, wzloty i upadki przestają mieć znaczenie. Otylia i Alan leżą w kałuży krwi zwróceni twarzami do betonu. Upłynie kilka godzin, nim odnajdzie ich jakiś człowiek na spacerze z psem. Do tego czasu ich nieruchome ciała zdążą już utracić całe ciepło.

Moja najlepsza przyjaciółka i chłopak, z którym kiedyś byłam blisko, odebrali sobie życie w tej samej chwili. Zrobili to, bo tego chcieli. Odeszli na własnych warunkach, trzymając się za ręce.

To wszystko tylko moje przypuszczenia. Jak było naprawdę? Co Otylia i Alan robili tamtej nocy na dachu opuszczonej hali? Dlaczego poszli tam razem, skoro prawdopodobnie nigdy nie zamienili ze sobą w szkole choćby słowa? Co sprawiło, że postanowili targnąć się na swoje życie? I czy bardzo się bali?

Tego nie wiem. Ale wiem jedno. Nie spocznę, dopóki nie odkryję prawdy.

CZĘŚĆ 1

MARTA

MARTA

TERAZ

Jak zwykle wstaję z łóżka o szóstej, choć tej nocy budziłam się kilka razy. Wszystko przez burzę, która rozpętała się przed piątą. Zanim zjem śniadanie i wyszykuję się do szkoły, minie co najmniej godzina. To mój ostatni dzień porannej swobody. Moja starsza siostra Karolina jutro zaczyna studia i znów zacznie okupować łazienkę. Dostała się na prawo na Uniwersytecie Warszawskim i rodzice pękają z dumy. Właśnie dlatego pozwalają jej na wszystko i zawsze przyznają jej rację w naszych siostrzanych sporach. Często kłócę się z Karoliną i tak ją kocham. Wspierała mnie w najtrudniejszych momentach i poza Otylią jest jedyną osobą, która wie, przez co przechodzę. Latem wyznała mi nawet, że z mojego powodu nie zamierza się na razie wyprowadzać z domu.

– Potrzebujemy siebie nawzajem.

– Przecież mogłabym cię odwiedzać w twoim nowym mieszkaniu – zasugerowałam.

– Niby tak, ale to jednak nie to samo – odparła wymijająco.

Nie wiem, co tak naprawdę kieruje moją siostrą. Wydaje mi się, że zostaje, bo tak jest jej wygodniej. Mimo to w pewnym momencie wpadłam na pomysł wspólnej przeprowadzki. Rodzice mają cztery mieszkania w centrum. Kupili je na wynajem, ale od dawna się zarzekali, że gdy tylko dostaniemy się na dobre studia, każda z nas otrzyma po jednym na własność. Pomyślałam, że wykorzystam chwilę słabości rodziców rozpływających się w zachwytach nad Karoliną i ubłagam ich, by pozwolili mi zamieszkać z moją genialną dojrzałą siostrą.

Mama szybko pozbawiła mnie złudzeń.

– Do matury jesteś uziemiona – oświadczyła, a ja nie zamierzałam ciągnąć tematu. Z mamą się nie dyskutuje.

Biorę prysznic, a potem schodzę do jadalni. Na stole czeka na mnie talerz ze świeżymi kanapkami z wędliną i pomidorem. Mama ma dzisiaj wyjątkowo dobry humor. Przechadza się po salonie i śpiewa pod nosem.

– Masz ochotę na jajecznicę? Kupiłam świeżutkie jajka.

Mama od kilku lat nie pracuje. Nie musi, bo tata, makler giełdowy, zarabia tyle, że stać nas na wszystko. Złośliwi zarzucają jej, że pasożytuje na bogatym mężu, ale mama nic sobie z tego nie robi. Poznała tatę jeszcze na studiach, gdy oboje ledwo wiązali koniec z końcem. Dorabiała w biurze rachunkowym i po cichu planowała założenie w przyszłości własnego. Pobrali się krótko po obronach. Rok później na świat przyszła moja siostra. Wtedy też kariera mamy nieco zwolniła. Założyła własną działalność i pracowała z domu, przyjmując pojedyncze zlecenia. Z czasem było ich coraz mniej. W końcu postanowiła zająć się wyłącznie domem.

– Poproszę z boczkiem – odpowiadam.

– Się robi! – Mama ochoczo idzie do kuchni i wyjmuje z szafki patelnię.

Siadam przy stole i kładę przed sobą smartfon. Patrzę co nowego na Facebooku, a potem sprawdzam Messengera. Otylia po raz ostatni była online wczoraj wieczorem. Nie odpisała mi na wiadomość z pytaniem o zadanie z historii. To dziwne. Zwykle przesiaduje na telefonie do późna. Potrafi do pierwszej w nocy oglądać seriale na Netfliksie. Wczoraj zachowywała się raczej normalnie. Być może sprawiała wrażenie nieco przygaszonej, ale zrzuciłam to na leki. Wiosną po krótkiej chorobie zmarł jej tata. Otylia bardzo to przeżyła i postanowiła wrócić do psychiatry. Próbowałam ją do tego zniechęcić, ale zarzekała się, że uzgodniła wszystko ze swoją lekarką.

– To będzie mała dawka. Ma mi tylko pomóc się wyciszyć i spokojnie spać.

– Spałabyś spokojnie, gdybyś nie gapiła się do późna w ekran – przekonywałam ją.

– Nic nie rozumiesz, Marta. Wcześniej i tak bym nie zasnęła – odbijała piłeczkę. – Nie wiesz, jak to jest myśleć o tylu rzeczach na raz.

Z zamyślenia wytrąca mnie mama. Podchodzi do stołu i wręcza mi talerz z jajecznicą i kilkoma grubymi plastrami przysmażonego boczku. Jedzenie to moja jedyna przyjemność. Odkąd pamiętam, zawsze miałam kilka kilogramów nadwagi, przez co rówieśnicy sobie na mnie używali. Mimo to nie potrafiłam przestać jeść. W podstawówce wyobrażałam sobie, że rodzice wstawiają do kuchni maszynę wyrzucającą z siebie cheeseburgery z McDonalda. Mogłabym je jeść w nieskończoność. Latami zajadałam stres. Na krótką chwilę moje ciało buzowało od endorfin, ale ten stan szybko przemijał, a ja na nowo tonęłam w kompleksach i ponurych myślach. Mogłam od nich uciec tylko w jeden sposób.

Jedząc jeszcze więcej.

Nazywam się Marta Najdowska, mam siedemnaście lat, sto sześćdziesiąt trzy centymetry wzrostu i ważę siedemdziesiąt cztery kilogramy. W szkole wołają na mnie „Marta kebsa warta”.

Rodzice nigdy nie rozumieli moich problemów. Żyli w bańce mydlanej i rozmyślali tylko o tym, jak wydać kolejne zarobione przez tatę pieniądze. Mama uważa, że większość życiowych problemów i konfliktów międzyludzkich wynika z problemów finansowych. Co jakiś czas przywołuje swój ulubiony przykład – małżeństwo koleżanki, które zawisło na włosku, gdy mąż stracił pracę i długo nie mógł znaleźć nowej. Ponoć popadł wtedy w alkoholizm i zaczął znęcać się nad żoną. Wszystko się zmieniło, gdy z nieba spadła mu idealna oferta. W krótkim czasie małżeństwu udało się spłacić wszystkie długi, w czerwcu ubiegłego roku odnowili przysięgę małżeńską na Teneryfie, a na początku września ogłosili radosną nowinę, że spodziewają się kolejnego dziecko.

– Jeśli chcesz mieć szczęśliwą rodzinę, zadbaj o to, by na koncie bankowym zawsze była pokaźna sumka – mówiła mama pół żartem, pół serio.

Czasem odnoszę jednak wrażenie, że nie da mi się już pomóc. Wytrzymuję tylko dzięki swojej wewnętrznej sile. Nie wiem, skąd ją czerpię. Gdyby nie ona, już dawno skończyłabym jak Otylia – z nieudaną próbą samobójczą i psychoterapiami na koncie. Różnica pomiędzy nami polega chyba na tym, że ja wbrew pozorom kocham życie. Otylia najchętniej zniknęłaby z tego świata. Trudno powiedzieć, skąd we mnie tak silny instynkt przetrwania. Nieustannie napotykam przeszkody, które z trudem – ale jednak – pokonuję.

Mama rozsiada się w fotelu z kubkiem kawy w dłoni i włącza telewizor. Dziękuję jej za śniadanie, a potem wkładam do zmywarki talerz i sztućce. Kwadrans później jestem gotowa do wyjścia.

Jadę zatłoczonym tramwajem i obserwuję zaspanych ludzi. Co jakiś czas spoglądam na ekran smartfona i zastanawiam się, dlaczego Otylia nie dała znaku życia. W końcu wysyłam jej wiadomości z pytaniem, czy wszystko w porządku. Jeśli nie przyjdzie dziś do szkoły, zacznę się niepokoić.

Uczę się w prestiżowym Liceum Ogólnokształcącym imienia Sigmunda Freuda w Śródmieściu. Tym samym, do którego przed laty chodzili moi rodzice i które kilka miesięcy temu ukończyła Karolina. Mama i tata tak dobrze wspominają swoje szkolne czasy, że postanowili wysłać nas do publicznej placówki. Byłam przekonana, że tak jak ich bogaci znajomi wybiorą dla nas prywatne liceum. Tak naprawdę nie robi mi to żadnej różnicy. Wszędzie spotykam się z bananowymi dziećmi.

Przed szkołą stoi duża, zwarta grupa uczniów z trzeciej klasy, pochłonięta żywą dyskusją. Niektórych znam z widzenia. W pewnym momencie jedna z dziewczyn wybucha płaczem, a druga przytula ją i głaszcze po głowie. Mijam ich i wchodzę do środka. Idę w stronę szatni, gdy zza zakrętu wychodzi poruszona profesor Wolska, wychowawczyni mojej klasy. Na mój widok przyspiesza.

– Marta. Dobrze, że jesteś. – Chwyta mnie mocno za rękę.

– Dzień dobry – odpowiadam. – Coś się stało?

– Nic nie wiesz, prawda? – pyta łamiącym się głosem drobna, szczupła szatynka.

– O czym, pani profesor?

Julia Wolska zatapia we mnie spojrzenie dużych piwnych oczu.

– Chodź. Musimy porozmawiać.

JULIA

TERAZ

Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że zostanę nauczycielką. Miałam dużo lalek, z którymi bawiłam się w szkołę. Sadzałam je w kilku rzędach na podłodze i wyobrażałam sobie, że jesteśmy w sali, a mnie przypada rola nauczycielki. Najczęściej uczyłam je przyrody i opowiadałam im o najróżniejszych kwiatach rosnących w ogrodzie babci. Uwielbiałam spędzać w nim czas, obserwować, jak rośliny kwitną, i przypatrywać się zapylającym je pszczołom. Czasem stawałam się w nauczycielką plastyki. Wyciągałam z szuflady duży karton i malowałam na nim pastelami wiosenną łąkę. Potem wyjaśniałam swoim podopiecznym, że jeśli chcą uzyskać kolor zielony, to wystarczy, że połączą ze sobą niebieski i żółty. Czułam się wtedy taka mądra i potrzebna.

Dziś, w wieku trzydziestu trzech lat, myślę, że byłam wyjątkowo naiwną dziewczynką.

Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno wybrałabym inny zawód. Praca nauczycielki szybko uświadomiła mi, że pasja i pragnienie dzielenia się swoją wiedzą z innymi nie zawsze idą w parze z szacunkiem ze strony otoczenia i – przede wszystkim – uczciwym wynagrodzeniem. Swoje pierwsze kroki stawiałam w wiejskiej szkole pod Warszawą. Ledwo wiązałam koniec z końcem. Marnowałam pieniądze na benzynę i dojeżdżałam godzinę do pracy, w której codziennie musiałam się użerać z wyjątkowo agresywnymi uczniami i zawistnymi współpracownikami. W głowie mi się nie mieściło, że niepozorna wiejska szkoła może przypominać plac boju, na którym każdy tylko czeka na odpowiedni moment, by podłożyć drugiej osobie nogę. Zachowywaliśmy się jak wygłodniałe hieny, które walczą o każdy kawałek rzuconego im mięsa.

Zimna, zdystansowana dyrektorka w ogóle mnie nie wspierała. Nie kiwnęła palcem nawet wtedy, gdy jeden z łobuzów zamalował mi farbą boczne lusterka w samochodzie. Stwierdziła, że to moja wina, bo nie potrafię wzbudzać w uczniach respektu. W pewnym sensie miała rację. Może gdybym częściej podnosiła głos i waliła pięścią o stół, zaczęliby mnie szanować? Sęk w tym, że nie umiałam być twarda. Długo wierzyłam, że ludzi można sobie zjednać tylko dobrocią. Im bardziej jednak pobłażałam uczniom, tym chętniej sobie na mnie używali.

Wszystko się zmieniło, gdy wiosną dwa tysiące szesnastego roku poznałam na Tinderze Olka. Pracował jako szkolny psycholog w znanym warszawskim liceum i od początku nalegał na spotkanie. Bez wahania zgodziłam się na kolację na mieście. Był przystojny, męski, zawsze schludnie ubrany i doskonale wiedział, jak rozmawiać z kobietą, by jej zaimponować. Urzekła mnie jego pewność siebie, niski, gruby głos i starannie przystrzyżona broda. Mimo to nie sądziłam, że już po pierwszej randce wylądujemy w łóżku.

– Po co czekać? – pytał podpity, całując mnie w szyję na oczach taksówkarza i wsuwając mi dłoń pod sukienkę.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo mu się spieszyło.

Widywaliśmy się w każdy weekend i kochaliśmy dniami i nocami. W końcu Olek zasugerował, że powinnam zmienić pracę i poszukać czegoś w Warszawie.

– Nie możesz marnować tyle czasu na dojazdy. Musisz być wypoczęta. A poza tym chcę cię mieć codziennie, a nie tylko w weekendy.

Niedługo potem jeszcze bardziej wkupił się w moje łaski. Jedliśmy u niego romantyczną kolację, kiedy oznajmił, że rozmawiał z dyrektorem liceum, w którym pracował, i okazało się, że w szkole zwolnił się etat polonistki.

– Zgadnij, kogo mu poleciłem?

Nie zastanawiałam się długo. Pod koniec maja złożyłam wypowiedzenie i cieszyłam się, że rozpocznę nowy rozdział. Początki były obiecujące. Wyższe zarobki, ambitniejsi uczniowie i stołówka z prawdziwego zdarzenia. Jednak im dłużej tam pracowałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że każda szkoła ma swoje mroczne zakamarki. A uczniowie i nauczyciele nie zawsze są tacy, za jakich ich mieliśmy.

Weźmy na przykład Romana Kowala, obecnego dyrektora, a dawniej nauczyciela matematyki. Gdy w zeszłym roku poprzedni dyrektor Wiesław Cis poszedł na emeryturę, Romek – bo tak wszyscy się do niego zwracaliśmy – stał się oczywistym kandydatem na jego zastępcę. Wszyscy się cieszyliśmy, że będziemy mieli nad sobą dobrego kolegę i wieloletniego pracownika liceum. Romek bardzo szybko zasmakował we władzy. Nie minął miesiąc, a już zamienił przestronny pokój nauczycielski na swój gabinet. Nam kazał się kisić w dawnym pomieszczeniu gospodarczym.

Władza… Czasem odnoszę wrażenie, że jej pragnienie ludzie mają we krwi, a gdy już wreszcie ją zdobędą, pokazują swoją prawdziwą twarz. Obecnie pan dyrektor zdążył już swoim zadzieraniem nosa zrazić do siebie większość kadry. Po cichu liczę, że w końcu ktoś strąci go ze stołka.

Pracuję we Freudzie od czterech lat i prawdopodobnie będę tu jeszcze długo. W moim przypadku na życiową rewolucję jest już za późno. Czasem chciałabym to wszystko rzucić, przekwalifikować się i znaleźć pracę w zupełnie innej branży. Nie mogę jednak ryzykować. Mamy z Olkiem kredyt do spłacenia. Pobraliśmy się po roku znajomości i od razu kupiliśmy mieszkanie na Woli. Włożyliśmy w nie wszystkie oszczędności, które ledwo wystarczyły na wkład własny. Potrzebujemy pieniędzy, a praca w szkole zapewnia nam stałe pensje.

Żyję więc tak, jak zawsze chciałam. Niejedna młoda kobieta dałaby wiele za świadomość, że zrealizowała w pełni swoje dziecięce marzenia. Mnie się udało. Tylko co z tego, skoro dorosła Julia Wolska w niczym już nie przypomina kilkuletniej dziewczynki bawiącej się z lalkami w szkołę i mówiącej do swojego lustrzanego odbicia, że pewnego dnia zostanie najlepszą nauczycielką na świecie? Coraz częściej męczy mnie poczucie, że codziennie marnuję szansę na poprawę sytuacji.

Przez kolejne lata będę się więc zmagać ze swoją niesatysfakcjonującą codziennością. Jeżeli mogę mieć do kogoś pretensje, to tylko do siebie.

Parkuję na swoim miejscu i wysiadam z samochodu. Obserwuję dwupiętrowy podłużny budynek zasłużonego liceum i myślę sobie, że w pewnym sensie powinnam podziękować algorytmowi Tindera za to, że przed laty sparował mnie z Olkiem. Gdyby nie on, pewnie wciąż gniłabym w szkole na prowincji i dusiła się w dwudziestometrowej kawalerce. Teraz przynajmniej mam względny spokój w pracy i grupkę uczniów zainteresowanych moimi lekcjami. Mówię o członkach kółka poetyckiego, które prowadzę, a zwłaszcza o Marcie Najdowskiej, nieśmiałej dziewczynie o niesamowicie lekkim piórze i ogromnej wyobraźni. Gdyby tylko bardziej uwierzyła w siebie, mogłaby wiele osiągnąć. Czasem myślę sobie, że polubiłam Martę właśnie dlatego, że jest wycofana. Pod wieloma względami jesteśmy do siebie bardzo podobne. Jako starsza i bardziej doświadczona osoba muszę zrobić wszystko, by ta utalentowana dziewczyna nie popełniła moich błędów.

Zanim jednak pomogę Marcie wyjść na ludzi, muszę jej powiedzieć o samobójczej śmierci dwóch bliskich jej osób.

Prowadzę ją za rękę pod salę, w której punktualnie o ósmej poprowadzę swojej klasie lekcję polskiego.

– Musimy porozmawiać na osobności.

Przekręcam klucz w zamku i zapraszam Martę do środka.

– Pani profesor, o co chodzi? – pyta dziewczyna.

Wzdycham i proszę ją, by usiadła przy moim biurku.

– Spytam dla pewności. Czy z kimkolwiek dziś rozmawiałaś? – pytam drżącym głosem. – Kontaktowałaś się z koleżankami lub kolegami na Facebooku?

– Nie – mówi, wyraźnie spięta.

– To dobrze. – Odwracam się do niej plecami i wycieram spocone dłonie o dżinsy. – Posłuchaj, chodzi o twoją przyjaciółkę.

– Otylię? – Marta poprawia się na krześle. – Co z nią, pani profesor?

Przełykam ślinę.

– Nie wiem, jak mam ci to powiedzieć…

– Pani profesor! – Najdowska podnosi głos i świdruje mnie spojrzeniem.

– Ona… to znaczy Otylia… – Podchodzę bliżej i kładę jej dłoń na ramieniu. – Twoja przyjaciółka nie żyje. Popełniła samobójstwo.

Marta mruży oczy, jakby nie dosłyszała. Dopiero po chwili wydaje z siebie ciche:

– Ale…

Ponownie przełykam ślinę.

– To jeszcze nie wszystko. Chodzi o Alana.