Moda po koronawirusie: skończą się czasy krawatów i lumpeksów

onet.pl

Helena Łygas

MODA PO KORONAWIRUSIE: SKOŃCZĄ SIĘ CZASY KRAWATÓW I LUMPEKSÓW

Zakupy odzieżowe zejdą na dalszy plan, a jeśli już coś kupimy to “ciuchy po domu”. Czekają nas też wielkie obniżki cen w sieciówkach. Sieciówki z kolei czeka utylizacja ton niesprzedanych ubrań. O tym, co zmieni się w naszych szafach, ale i w sklepach, opowiada Michał Zaczyński, od lat piszący o modzie i rynku odzieżowym.

HELENA ŁYGAS: Eksperci wieszczą, że efektem epidemii koronawirusa będzie wielka wyprzedaż ubrań. Warto odświeżać strony sieciówek w poszukiwaniu rekordowych obniżek?

MICHAŁ ZACZYŃSKI: Obniżki już są, choć nie u wszystkich. Vistula, na przykład, daje nawet 80 proc. zniżki, Wólczanka 50 proc. i jeszcze dodatkowe 20. To zresztą zrozumiałe, bo kto potrzebuje dziś garniturów czy wizytowych koszul? Ale wyprzedaże robi też takie Tatuum do – 60 proc. plus – 20 proc., a mowa o nowej kolekcji sukienek, spódnic, T-shirtów. Każdy ma swoją politykę, a ta zależy między innymi od płynności finansowej, zapasów w magazynach i zimnej krwi prezesów. Znaleźli się przecież w sytuacji bez precedensu i nie wiedzą, co robić.

Ci, u których wyprzedaże są skromne, nie chcą podejmować pochopnych decyzji. Nie mogą przyzwyczaić klientów do niższych cen, bo w przyszłym sezonie nie będą skłonni kupować ubrań w pierwszej zaproponowanej cenie. Poza tym mogliby się poczuć oszukani, że firma sprzedała im coś za 500 złotych, a teraz jest skłonna sprzedać to samo za stówę. To dotknęło zresztą klasyczną modę męską, która od lat żyje głównie z wyprzedaży.

Inna sprawa – im tańsze ubrania tym niższa marża. Dlatego na przykład Primark nie sprzedawał ich w sieci. Same koszty zapakowania, nie mówiąc o kosztach przesyłki, pochłonęłyby cały zysk. Stąd jego przychody zmalały z 650 mln funtów do zera. Dla wielu firm na wielkie przeceny jest jeszcze za wcześnie.

Skoro jest jeszcze za wcześnie, to kiedy się zaczną?

Gdy otworzą się centra handlowe, na których w Polsce opiera się niemal cały handel. No bo co z tego, że H&M otworzył już swoje sklepy zlokalizowane przy ulicach, skoro ma ich niewiele ponad cztery na dwieście? Otwieranie galerii zacznie się pewnie w połowie maja; firmy będą chciały pozbyć się kolekcji zimowych, której nie zdążyły wyprzedać w marcu i wiosennych, które trafiły do sklepów na krótko przed ich zamknięciem. Nie wszystko wchłonie przecież sprzedaż online. Płaszcze, swetry czy półbuty, podobnie jak każdy towar, którego wyprodukowano po prostu za dużo, będą przeceniane i o 70 proc., bo duże marki mają do wyboru sprzedanie ich za bezcen albo utylizację.

No właśnie, o co chodzi z tą utylizacją? Co jakiś czas do mediów trafiają informacje o paleniu niesprzedanych ubrań i dodatków, a ludzie oburzają się, że przecież marka mogła je oddać organizacjom charytatywnym.

Część firm, na przykład LPP, oddaje. Ale nie wszystkie. Dobrze pokazują to zwroty w sklepach internetowych. Weźmy koszulkę za sto złotych, która okazała się trochę za duża i w innym odcieniu niż oczekiwaliśmy. Jeśli kosztowała 100 złotych, zapewne ją zwrócimy do e-sklepu, ale jeśli kosztowała 20, są spore szanse, że machniemy ręką. Trzeba w końcu zalogować się na stronie sklepu, posklejać rozerwaną paczkę, zamówić kuriera, który może nie pojawić się w wyznaczonym terminie i wreszcie pilnować zwrotu pieniędzy na konto. Po drugiej stronie wygląda to podobnie – ktoś musi rozpakować zwrócone zamówienie, czasem wyprasować pogniecione ubranie albo zawiązać sznurówki butów, a teraz jeszcze dodatkowo zdezynfekować towar. I znów wystawić na sprzedaż. Firmom opłaca się to, o ile zarabiają na produkcie. Jeśli jest zbyt tani, nie opłaca im się nim zajmować. Dlatego sprzedadzą go w hurcie rozmaitym podmiotom, które później ulokują go w różnych krajach, albo w lumpeksach, względnie wyrzucą.

Brzmi okropnie.

Cóż, witamy w świecie taniej mody. Podobnie jest z recyklingiem i utylizacją ubrań – chodzi o rachunek zysków i strat. Marki nie tylko oszczędzają pieniądze, które wydałyby na pensje, wysyłki czy składowanie w magazynach, ale i trochę zarabiają. Ubrania można przerobić na inne tekstylia, na kompozyty z których robi się np. meble, a w ostateczności przerobić na paliwo dla cementowni. Oburza nas – i słusznie – to niszczenie nowych, pozbawionych wad ubrań czy butów. To niemoralne.

Niesprzedane produkty palą też marki luksusowe, które produkują mniej.

W ich przypadku chodzi o utrzymanie statusu – nie chcą przesadnie obniżać cen ani rozdawać ubrań i dodatków, bo to zniszczyłoby – ich zdaniem – prestiż marki. Jeśli sprzedajesz produkty z wyższej półki, musisz je wyceniać tak, żeby było na nie stać nielicznych. Burberry w ciągu pięciu lat spopieliło towary o równowartości blisko pół miliarda złotych. Gdyby nie media, do tej pory byśmy o tym nie wiedzieli i proceder trwałby dalej.

Czyli ubrania, które nie sprzedadzą się po otwarciu centrów handlowych, spłoną?

Możliwe. Jeśli dwa lata temu H&M po sezonie miał niesprzedany towar o wartości 4 miliardów dolarów, to wyobraźmy sobie, ile będzie go teraz. Ta firma zresztą już wcześniej paliła swoje ubrania, choć na mikro skalę. Tłumaczyła, że część z nich przesiąknięta była toksycznymi barwnikami, co swoją drogą też powinno nam dać do myślenia. Wszyscy dziś boimy się o najbliższych, o pieniądze, o pracę; szacuje się, że w Polsce może ją stracić 2 miliony osób, więc nie jest to sytuacja sprzyjająca myśleniu o jedwabnej sukience czy sandałach z roślinnie barwionej skóry. Dobrze byłoby, gdybyśmy zastanowili się przynajmniej, co kupujemy dzieciom. Koszulki czy śpioszki z dyskontów za 9,90 zł mogą być zwyczajnie niebezpieczne dla ich zdrowia.

Mówimy o przecenach w sieciówkach, a co zrobią polskie marki? Czy wreszcie każda dziewczyna w Warszawie będzie mogła sobie kupić torebkę Zosi Chylak?

Nie. Większość niszowych polskich marek nie prowadzi masowej produkcji i nie żyje ze skali sprzedaży tylko z marży. Stała przecena produktów o 50-70 proc. może spowodować, że marka straci swoją ciężko wywalczoną rentowność. Nawet jeśli niektóre polskie marki będzie stać na zrobienie tak dużych przecen, powstrzyma je troska o kolejne sezony i o pozycję marki. Weźmy taką, która zawsze była dumna z wysokiej jakości. Jeśli teraz kupimy jej płaszcz z dobrej wełny przeceniony z tysiąca na trzysta złotych, to za rok też będziemy oczekiwać takich cen. Firma albo temu nie ulegnie i żądając za płaszcz tysiąca wpadnie w kłopoty, albo naszyje płaszczy za trzysta złotych, ale już z tanich syntetyków. Straci więc wartość, na którą pracowała często i 30 lat. A jej tanich płaszczy i tak nikt już nie kupi, bo tańsze można znaleźć w sieciówce. Dlatego marki z wyższej półki nie będą garnąć się do obniżek.

Epidemia zmieni asortyment sieciówek odzieżowych i obuwniczych?

Z pewnością. Zmiany będą widoczne już w przypadku kolekcji na wiosnę i lato, bo wiele firm miało problem ze ściągnięciem asortymentu od dostawców. Poza tym – trawestując Olgę Tokarczuk – już od dłuższego czasu mody było za dużo. Myślę, że marki zrozumieją, że nie potrzebujemy aż tylu różnych ubrań, stylów, trendów. Pamiętam broszurkę CCC, w której chwalono się, że co sezon mają w sprzedaży 20 czy nawet 30 tysięcy nowych modeli butów. Po co nam tak duży wybór? Znajdziemy coś dla siebie i przy trzystu modelach. Poza tym tak szeroki asortyment generuje olbrzymie koszta – każdy produkt trzeba zaprojektować, wyprodukować albo przynajmniej zamówić, potem wypromować, sprzedać.

Czy interesujemy się modą, czy nie, lubimy mieć “coś ekstra” albo chociaż “coś ładnego”. Jak teraz będziemy realizowali te zachcianki?

Częściowo przeniesiemy je z ubioru na wystrój wnętrz. Zamknięci w czterech ścianach nagle zaczynamy zauważać, że kanapa jest brzydka, talerz wyszczerbiony, a kuchnię przydałoby się odmalować. Trwa szał na kupowanie kwiatów na balkon i do domu, które umilają przestrzeń i są względnie tanie. Jeśli chodzi o ubrania, zaczniemy chętniej wydawać pieniądze na ciuchy “po domu”. Myślę, że będzie to dotyczyło nawet osób, które nie przywiązywały dotychczas do nich wagi. Chcąc nie chcąc, w izolacji nie da się uniknąć spojrzenia w lustro. Po kilku tygodniach nie ma się ochoty nosić sztywnych dżinsów, za małej koszulki i bluzy z niespieralną plamą. Będziemy kupowali ubrania wygodne i estetyczne, niekoniecznie modne, ale takie, w które będą ładne i przyjemnie. Ważna będzie miękkość materiału, jego przewiewność, ale i łatwość prania i prasowania. Docenimy skądinąd modny “oversize”, czyli za duże ubrania, które nie krępują ruchów. Zatrze się różnica między tym, co nosimy poza domem i w domu.

A co z korporacyjnym dress code’m?

Tutaj możemy spodziewać się największych zmian. Żegnamy garnitury, krawaty, klasyczne półbuty, koszule. Nie tylko dlatego, że część z nas po pandemii nie wróci do biur. Po prostu firmy nie oczekują już wyglądu jak z Wall Street w latach 80. Kobiety zmienią sztywne garsonki i ołówkowe spódnice na wygodne sukienki – dzianinowe, czy o krojach kopertowych. Nie wierzę, że marynarki kiedykolwiek odejdą, jako że do tej pory nie wymyślono nic lepszego dla męskiej sylwetki, ale noszone będą jak bluza czy kardigan. Prawdziwa elegancja będzie zaś zarezerwowana na ważne uroczystości – śluby, bale, komunie – oraz dla tych, którzy po prostu ją lubią.

Siedzenie w domu nie da nam do myślenia, że mamy za dużo ciuchów?

Da, bo rzeczywiście mamy ich za dużo. Chodzimy przecież na zakupy nie tylko dlatego, że czegoś naprawdę potrzebujemy. Wiele osób w ten sposób nagradza się, sprawia sobie przyjemność albo zabija nudę. Przez najbliższe miesiące, a może nawet i lata, na pewno będziemy kupować mniej, bo okaże się, że ubrania nie są towarem pierwszej potrzeby. Myślę też, że z obawy o finansową przyszłość nie zdecydujemy się masowo na droższe produkty wysokiej jakości. Ani na modę etyczną czy ekologiczną. Wyobrażenia, jak to nagle zaczniemy żyć zgodnie z naturą, są infantylne. Wystarczy spojrzeć na zużycie jednorazowych rękawiczek, foliowych siatek, plastiku.

Co z maseczkami ochronnymi, które z dnia na dzień stały się “must have” każdej stylizacji jak i jej braku?

Obowiązek ich noszenia może z nami zostać nawet do przyszłego roku, więc zaczniemy się rozglądać za maseczkami, które będą pasować do stroju. Na początku wszyscy nosiliśmy pierwsze lepsze, nikt nie zawracał sobie głowy ich wyglądem. Teraz zaczynamy widzieć, jak dużo zużywamy tych jednorazowych, że bawełniane po wyjęciu z pralki wyglądają jak stare ścierki albo że głupio chodzić w maseczce w misie, jeśli ma się fajną sukienkę. Zresztą na bazarach handel maskami kwitnie – w każdym kolorze i wzorze. Temat może jeszcze budzić oburzenie – ludzie umierają, a tutaj szukanie “stylowej maseczki” – ale sytuacja coraz bardziej się normalizuje i wkrótce przestanie dziwić. Przykład idzie też z góry – mamy już prezydentkę Słowacji, Zuzanę Čaputovą, która pojawia się w maseczkach w kolorze kreacji. Maseczki – niestety – staną się po prostu elementem garderoby.

Co będzie z ubraniami z drugiej ręki?

Stacjonarne lumpeksy mogą mieć problem. Po miesiącach wyczulenia na wszystkie możliwe zagrożenia epidemiologiczne będziemy bali się kupować w second-handach. Zapach tych sklepów będzie nam przypominał, że te ciuchy ktoś już nosił. Z drugiej strony sklepy z ubraniami vintage online i grupy sprzedażowe na Facebooku mogą się cieszyć większą popularnością. To też “ciuchy po kimś”, ale ich ekspozycja jest inna. Zazwyczaj wszystko jest estetycznie sfotografowane, wyprasowane, albo – w przypadku grup na Facebooku – widzimy osobę, która sprzedaje daną rzecz. Zakupy tego typu będą też opcją dla osób, którym przed epidemią zależało na etycznym czy ekologicznym produkcie, ale teraz nie chcą wydawać na ubrania dużych pieniędzy.

Wielu osobom ubrania służą do podkreślania statusu, jak będzie to wyglądało teraz?

To jedna z podstawowych funkcji ubioru, więc nie zniknie nigdy. Ale epatowanie zasobnością portfela poprzez ubiór na jakiś czas będzie źle widziane. Pod tym względem tę sytuację można odnieść do lat powojennych. Kryzys to nie jest moment, w którym wypada obnosić się z drogą torebką czy wielkim logo. Taki ubiór może irytować, może też być postrzegany jako brak taktu. Ludzie nie będą zachwycali się drogim wózkiem dziecka celebrytki, bo będzie im przypominał już nie to, do czego aspirują, ale raczej to, czego mieć nie mogą. A i same celebrytki mogą wydać im się oderwane od rzeczywistości, aroganckie i wywyższające się.


Michał Zaczyński – dziennikarz. Publikuje w “Polityce”, „Vogue’u”, “Newsweeku” i “Fashion Magazine”. Wykładowca i juror konkursów dla projektantów, autor bloga michalzaczynski.com, gdzie można przeczytać więcej a propos tego, jak zmieni się moda po epidemii koronawirusa.