Nie pocieszy cię test białej rękawiczki

kulczykfoundation.org.pl

Natalia de Barbaro – psycholożka i trenerka, prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz szkolenia z komunikacji i przywództwa dla firmy House of Skills. Wydała dwa tomiki wierszy – „Ciemnia” i „Tkanka”.

NIE POCIESZY CIĘ TEST BIAŁEJ RĘKAWICZKI

Potkniesz się o to, a nie podniesiesz! Raz założone, a już do prania! Tylko chodzę i po wszystkich sprzątam! Ty nie jesteś „wszyscy”! Nie zaraz, tylko teraz! O tej godzinie to obiad już się je, a nie śniadanie!

CZUŁOŚĆ I WOLNOŚĆ

Wolę, jak się mną mniej opiekujesz – powiedział mój 16-letni syn, wchodząc do mojego pokoju. W czasach przedpandemicznych nazywałam go Własnym Pokojem, ale kiedy stał się przestrzenią cowieczornych seansów serialowych i częstych wizyt męża oraz syna (nie zawsze poprzedzonych pukaniem), już nie wiem, czy może nosić tę nazwę. Rozważając wprowadzenie kolejnych obostrzeń (klucz w drzwiach?), spytałam: – Chcesz, żebym mniej się tobą opiekowała? A ja lubię opiekę, mogłabym jej mieć więcej.

Syn spojrzał sceptycznie: – Jesteś pewna? Postanowiłam sprawdzić, bo pewna nie byłam. – No to pokaż mi, jak to jest mieć za dużo opieki – zaproponowałam, moszcząc się w fotelu jak na leżaku przy hotelowym basenie.

Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. – O Jezu! Nie razi cię to słońce? Pewnie cię razi, poczekaj, może ci fotel przesunę? Nie zimno ci? Na pewno ci zimno! – zadecydował. – Poczekaj, przyniosę ci kocyk jakiś! A telefon pewnie masz rozładowany – rzucił się ku biurku. – O Boże, 8 procent, no to przecież zaraz ci padnie, a jak będziesz miała jakiś ważny telefon?

– Dobra, Szymek – powiedziałam lekko obrażona, bo czekałam na coś przyjemniejszego – rozumiem.

Ale on się rozkręcił: – Może herbatki ci zrobię? Kawki? Wyglądasz na niewyspaną, spałaś w ogóle?

Teraz już czułam, jak narasta we mnie irytacja i poczucie, że jestem kompletnie lekceważona. Nie chciałam herbatki, nie chciałam kawki i w ogóle zrobiło się tak, że nawet gdybym chciała, to udawałabym, że nie chcę.

MAMUSIA WIE LEPIEJ

W tysiąc pięćset sto dziewięćset trzecim dniu tzw. pandemii dzięki krótkiej scence odegranej przez mojego nastolatka odkryłam prawdę oczywistą: nadopiekuńczość ma niewiele wspólnego z tym, którym się opiekujemy.

Ona jest o nas: może o totalnie przestrzelonej potrzebie, żeby się komuś przydać, może o tym, że nie mamy innego zajęcia, może o strachu, że jeśli po prostu siądziemy w fotelu i zajmiemy się swoimi sprawami, to świat tego nie przeżyje i runie, a my runiemy razem z nim, na czele pochodu.

Dla drugiej strony – tej, którą poddajemy terrorowi rzekomej opieki – jest to, paradoksalnie, doświadczenie opuszczenia. Niby tak bardzo się nią zajmujesz, ale jej kompletnie w tym nie ma.

– Zjedz kotlecika. No zjedz, kotlecik jest dla ciebie dobry, nawet jeśli o tym nie wiesz, nawet jeśli ci się zdaje, że jesteś wegetarianinem, kotlecik dobry jest! Myślisz, że ci nie smakuje, ale mamusia wie lepiej, że smakuje ci! Zjedz drugiego jeszcze, wtedy na pewno się przekonasz!

Wydajemy się sobie nieodzowni i innym nieodzownie potrzebni. – Ty chcesz kolację zrobić? A kiedy to cokolwiek ugotowałeś poza wodą na herbatę, a nie, czekaj, nie ugotowałeś, bo żeś czajnik wtedy spalił! Wiesz co, ja pojadę do tego mechanika, bo on ci jakichś głupot nawciska i nawet nie będziesz wiedziała, o czym do ciebie mówi.

HARÓWA EMOCJONALNA

Jak to się stało, że to ty zawsze gotujesz? Albo, przeciwnie, ty nigdy? Że to ty pierzesz albo ledwo wiesz, gdzie stoi pralka i ogólnie myli ci się ze zmywarką?

W wielu naszych domach i w wielu naszych związkach doszło do takiego podziału: jedna osoba „ogarnia” dom, a druga „pomaga” albo „nie pomaga”. Praca tej, która ogarnia, nie polega tylko na samych czynnościach – dużą jej częścią jest to, co Gemma Hartley nazwała harówą emocjonalną, czyli sumą wysiłków, także mentalnych, które są potrzebne, żeby nasze domy funkcjonowały w miarę OK.

W tym „OK” zawiera się masło w lodówce i odrobione zadania dziecka, inwentaryzacja tego wszystkiego, co jest dzisiaj i jutro do zrobienia, a także, dodatek specjalny, dobre samopoczucie domowników – na przykład to, żeby ludzie się nie pokłócili, a jeśli już, to żeby się pogodzili. Osoba, która ogarnia, często bierze na siebie także drenujące emocjonalnie zarządzanie emocjami domowników, często przy okazji zapominając o własnych.

Dla każdej z tych ról scenariusz przewidział pewien pakiet zachowań i pewne pozorne korzyści. Osoba, która ogarnia, często wchodzi w rolę Niepodzielnie Ogarniającej. Dzięki temu ma poczucie, że tylko ona ogarniać potrafi – tak jakby odkurzenie sypialni, włożenie trzech jajek do wody i włączenie palnika, przetarcie szyby czy podlanie bazylii w doniczce były czymś, z czym pierwszy lepszy doktor nauk społecznych, który siedzi w fotelu obok i przegląda statystyki zachorowań na koronawirusa, z pewnością sobie nie poradzi.

Osoba Niepodzielnie Ogarniająca może rzucać wirtualnymi gromami, oskarżając mnie, że upraszczam i trywializuję złożoność jej zadań, że w jej domu nie je się po prostu jajek na twardo, tylko, na przykład wczoraj, bezglutenowy quiche z oliwkami i serem, oraz że – co jest niewątpliwie prawdą – nie widziałam na własne oczy, jak bardzo jej partner/ka potrafi spieprzyć czynności wyglądające pozornie na proste. Niepodzielnie Ogarniająca, jeśli bierze na siebie także harówę emocjonalną, wyręcza domowników nie tylko w gotowaniu, sprzątaniu czy pamiętaniu o rocznicach i urodzinach, ale też w tłumaczeniu jednych przed drugimi, wyjaśnianiu tatusiowi, o co chodziło synkowi, bronieniu synka przed tatusiem, bronieniu tatusia przed synkiem, mediowaniu, aż dojdzie do upragnionej zgody.

Osoba Niepodzielnie Ogarniająca, wchodząc w tę rolę, kupuje sobie też prawo do utyskiwania. Chociaż niektóre Niepodzielnie Ogarniające wykazują w tej materii pewne twórcze zacięcie, większość ogranicza się do kilkunastu sprawdzonych tekstów wyrzucanych randomowo przez bęben maszyny losującej.

Gotowe zestawy można znaleźć w dostępnych na YouTubie piosenkach, które młody człowiek, Mateusz Ciawłowski, zaśpiewał na melodię znanego przeboju swojej mamie jako prezent na pięćdziesiątkę – a potem, na fali 5,6 mln wyświetleń, zrobił jeszcze drugą edycję.

„Potkniesz się o to, a nie podniesiesz – śpiewa. – Raz założone, a już do prania. Tylko chodzę i po wszystkich sprzątam. Ty nie jesteś »wszyscy«. Jak zaraz nie będzie czysto, to wyrzucę wszystko przez okno. Nie jestem służącą. Czekaj, niech no tylko ojciec wróci do domu. Zostaw to! To jest na święta. Której części zdania nie rozumiesz? Nie zaraz, tylko teraz! O tej godzinie to obiad już się je, a nie śniadanie”. Słuchając tych „piosenek”, śmiejemy się z mieszanką jakiejś ulgi i zdziwienia, że jakiś obcy chłopak mówi prawie słowo w słowo to, co słyszeliśmy w swoich domach rodzinnych i co, o zgrozo, sami często mówimy.

Role, w które weszliśmy jak w masło, nie zostały przez nas napisane. Powtarzamy te same wierszyki, przy których zacinali się pokolenie wcześniej nasi rodzice.

Niepodzielnie Ogarniająca ogarnia, wyręcza i utyskuje. Osoba Nie/Pomagająca czeka na instrukcje, jakby sama nie rozumiała, że to, co brudne, trzeba umyć, a to, co spadło, podnieść, znosi utyskiwania, podejmuje czasem jakieś próby działań, ale bez większego przekonania. Potem idzie na piwo, choćby na Zoomie, i narzeka z kolegami na Ogarniające. Każdy tańczy ten taniec, na który się, na ogół bez słów, umówiliśmy. Na ten taniec patrzą nasze dzieci, jeśli je mamy – i za kilkanaście, kilkadziesiąt lat z dużym prawdopodobieństwem będą odtwarzać zbliżoną wersję we własnym życiu.

ODBIJE NAM SIĘ PIEROŻKAMI

I tu pojawia się, sorry Batory, słowo wolność. Czy tak chcesz? Jak możemy nie tylko ciągnąć nasze role, ale też świadomie wybierać? I przede wszystkim, jak możemy w naszych relacjach wyjść poza pretensje i obowiązki, których nie lubimy, stać się dla siebie nawzajem źródłem siły, radości, lekkości, której przecież potrzebujemy jak nigdy wcześniej?

Że co? Że przesadzam? Za wysoko ta poprzeczka? Że już zawsze musi być tak, jak jest – jak śpiewało Lao Che – co mamy dzisiaj na śniadanie, dąsy czy gderanie, co mamy na śniadanie?

Chociaż pelargonie mamy podlane, dziecko chodzi w jednych skarpetkach tylko jeden dzień, a Librus pobrzękuje powiadomieniami o jego kolejnych zdalnych osiągnięciach – to jeśli w naszych związkach brakuje równowagi, jeśli podział obowiązków jest głęboko, na różnych poziomach, niesymetryczny i obie strony, albo chociaż jedna strona, czują to jako niesprawiedliwość, nie będzie nam tak naprawdę fajnie.

I żaden test białej rękawiczki nas nie pocieszy. Jeśli jedna strona będzie wyręczać, sprzątać, godzić, podsuwać pod nos chciane i niechciane ręcznie lepione pierożki, druga strona będzie nabierać fałszywego przekonania, że tak właśnie ma być, a potem dziwić się, kiedy Niepodzielnie Ogarniająca nagle wybucha wściekłością.

Osoba Nie/Pomagająca zostaje też pozbawiona możliwości nauczenia się którejkolwiek z rzeczy, w których jest wyręczana – tak jak nie można nauczyć się jeździć na rowerze, nie wsiadając na rower, tak nie można nauczyć się gotować, nie gotując, ani dochodzić do zgody w kłótni domowej, nigdy nie biorąc współodpowiedzialności za to, żeby do tej zgody doszło.

Prosta psychologiczna prawda jest taka, że nikomu nie opłaca się dawać więcej, niż ma do dania – i co więcej, nikomu, przynajmniej w długotrwałym związku, nie opłaca się brać więcej, niż chcą nam dać. Przyjdzie dzień, kiedy jeszcze nam się odbije tymi ręcznie robionymi pierożkami.

Dlatego równowaga – chwiejna, bo trudno liczyć na inną – opłaca się i tym pozornie pokrzywdzonym, i tym pozornie uprzywilejowanym; i temu, co trzeci dzień potyka się o pudło po przesyłce kurierskiej stojące na środku pokoju, i tej, co to albo sama to pudło wyrzuci, albo musi kogoś do tego zmobilizować.

Wymaga to determinacji obu stron – Niepodzielnie Ogarniająca musi skonfrontować się ze swoją potrzebą kontroli, perfekcjonizmem i drzemiącym pod nimi lękiem; oduczyć się wyręczać tych, których skarpetki leżą na środku pokoju, nie godzić tych, czyich skłócone głosy dochodzą z drugiego pokoju, nie rysować równych szlaczków w zeszytach dzieci, które na razie rysują krzywe.

Osoba Nie/Pomagająca, gdyby chciała zmiany, mogłaby popatrzeć w oczy takiej oto prawdzie – nie robisz swojej roboty, człowieku. Ktoś robi ją za ciebie. A potem, powolutku, zacząć brać odpowiedzialność. I wtedy, w tej nowej normalności, mogłoby być tak, że jesteśmy bliżej siebie samych i siebie nawzajem.