Okiem dyrektora: Po telekonferencji w Mazowieckim Kuratorium Oświaty

Jarosław Pytlak

wokolszkoly.edu.pl

Po telekonferencji w Mazowieckim Kuratorium Oświaty

Wiele razy zdarzyło mi się pisać krytycznie o działaniach władz oświatowych, jednak nie pamiętam, abym kiedykolwiek wprost skrytykował warszawskie kuratorium. Kuratoria w ogóle – owszem, bo rolę w systemie zawsze miały trudną, a ostatnio – jako „zbrojne ramię” władz państwowych, po prostu fatalną. Ale mojego konkretnego, za coś, co się w nim się zadziało, chyba nie. Powie ktoś, że to we własnym, dobrze pojętym interesie, nie zadzierać z instancją, która sprawuje nadzór pedagogiczny nad moją placówką, jednak nie tu jest pies pogrzebany. Po prostu przez trzydzieści lat owa instytucja nie dała mi powodu do krytyki. Może miałem szczęście do wizytatorów, którzy zawsze życzliwie podchodzili do zgłaszanych przeze mnie problemów i zapytań? Mojego długoletniego „anioła stróża”, panią Mieczysławę Piskorską, kiedy odchodziła na emeryturę, żegnałem niedawno z najszczerszym żalem. Układ miedzy nami był zresztą obopólnie korzystny, bo za niezmienną gotowość służenia radą, odwdzięczałem się Jej brakiem skarg na naszą szkołę. Czyli – nie generowałem kłopotów. Z kolei w ostatnim czasie, zdalnej edukacji, doceniam dość ograniczony zakres wywiadowania mnie tabelkami i wstrzemięźliwość zespołu kuratorskiego w kierowaniu do mnie jako dyrektora placówki oświatowej spotykanych w innych województwach zaleceń i nakazów, czasem nawet z nutą pogróżek. W Warszawie jest mi to jak dotąd darowane.

Może właśnie z racji tych dobrych doświadczeń czuję potrzebę napisania o telekonferencji, jaka odbyła się pod auspicjami MKO we wtorek, 5 maja. Stanowiła ona bowiem duży dysonans w moim dobrym postrzeganiu kuratorium. I fatalne pogwałcenie zasady noblesse oblige.

W prezydium zasiadło pięć osób: pan wojewoda Radziwiłł, pani kurator Michałowska oraz zastępca wojewódzkiego inspektora sanitarnego i dwie panie reprezentujące kuratorium, przy czym zajęcie miejsca w prezydium należy rozumieć do bólu dosłownie. Wszyscy wymienieni siedzieli ramię w ramię, w zbyt małej odległości i bez żadnych zabezpieczeń typu maseczka, nakazanych obecnie w przestrzeni publicznej. Na domiar złego w trakcie konferencji przekazywali sobie jedyny mikrofon, który następnie podczas mówienia zbliżali do ust.

Nie wiem, czy był to przejaw niefrasobliwości, arogancji, czy może wszyscy właśnie odebrali wyniki badań, świadczące, że nie są zakażeni koronawirusem. Nieważne – wypadło fatalnie! Na telewidowni znajdowało się ponad trzy tysiące osób. Wiele z nich, podobnie jak ja, wpadło w osłupienie, o czym świadczyły komentarze widoczne na przewijającym się na ekranie czacie. Nie tak dawno widzieliśmy coś podobnego w rocznicę katastrofy smoleńskiej w wykonaniu polityków, ale to byli tylko politycy. Od kuratora oświaty, inspektora sanitarnego oraz wojewody – skądinąd lekarza, wymagać należy znacznie więcej! Tym bardziej, wobec audytorium kilku tysięcy ludzi, potężnie zestresowanych zbliżającą się perspektywą uruchomienia przedszkoli i – tak, tak! – odpowiedzialnością za zapewnienie bezpieczeństwa dzieciom i pracownikom tych placówek. Czyżby patrząc na zachowanie gospodarzy konferencji mieliśmy odnieść wrażenie, że cały ten wirus, to tylko pic na wodę – fotomontaż?!

A jeśli już wspomniałem o czacie – był on dla mnie kolejnym źródłem niesmaku. Początkowo działał, a nawet rozgrzał się do czerwoności, kiedy pan wojewoda już na samym początku spotkania zapewnił, że placówki otrzymały od państwa płyn dezynfekcyjny. Wśród dwojakich wpisów: potwierdzających oraz wyrażających zdumienie – zdecydowanie przeważały te ostatnie. Na dobro pana wojewody napiszę jednak, że dzięki tej informacji zaczęliśmy w mieście szukać przynależnego naszej placówce płynu i okazało się, że jest!

Niestety, na czacie pisać można było tylko na Berdyczów, bo zadawanie pytań przewidziano jedynie na czas przed konferencją. Nie zniechęcało widzów, choć należy przyznać, że komentarze, choć często pełne emocji, jak na standardy internetu były całkiem kulturalne. Tyle że zawierały dość dramatyczne pytania i wątpliwości, więc decyzja realizatora transmisji, aby od pewnego momentu je usuwać, na pewno nie wpłynęła na poprawienie samopoczucia widowni.

Wzruszyły mnie słowa inspektora sanitarnego, który stwierdził, że nie ma po co starać się o dodatkowe wskazówki i wyjaśnienia do wytycznych opublikowanych przez GIS, bo zawierają one wszystko, co obecnie można w tej kwestii ogłosić i zalecić. Na pociechę powiedział, że oczywiście można się kontaktować z organami Inspekcji, a ja, oczywiście bezskutecznie, napisałem na czacie, że dodzwonienie się do warszawskiego SANEPID-u graniczy z niepodobieństwem. Piszę to więc w tym miejscu.

Przygnębiło mnie natomiast wystąpienie dwóch pań reprezentujących kuratorium. Nie wiem jak inni widzowie, ale ja poczułem się niczym uczeń surowo strofowany przez wymagające – i wszystkowiedzące – nauczycielki. Odpowiedzi na zgłoszone przed konferencją pytania zaczęły się od połajanki, bo ktoś zapytał o kryteria „selekcji dzieci”, jeśli chętnych będzie zbyt wiele w stosunku do ograniczonej w placówce z powodów sanitarnych liczby miejsc. Otóż powinniśmy wiedzieć, że prawdziwy pedagog nie użyje słowa selekcja, tylko pierwszeństwo! Więc ja, prawdziwy pedagog, informuję, że istota tego problemu jest niezależna od użytych słów, a co do uczenia dyrektorów przedszkoli dobrego wychowania, to nie ta sytuacja, nie to forum i nie te osoby. Nawiasem mówiąc, dzisiaj już wiadomo, że zalecenie pierwszeństwa nie ma podstawy prawnej, o czym panie z kuratorium powinny wiedzieć.

Przetarłem uszy słysząc, że teraz będą odpowiedzi na “pytania zaczepne”. Przykład: dlaczego w kościele ma być 15 metrów kwadratowych na osobę, a w przedszkolu 4 metry kwadratowe? Padła odpowiedź, którą ja pozwolę sobie zakwalifikować do kategorii „belferskich” – w najgorszym tego słowa znaczeniu. Otóż (cytuję z pamięci, bo zapis wideo konferencji nie został potem udostępniony – co jest przedziwne samo w sobie) – nie należy się zastanawiać, dlaczego jest tak a nie inaczej. Po prostu jest. Pamiętam to z dzieciństwa: „Dlaczego, mamusiu?”. „Bo tak!”. Tylko my nie jesteśmy dziećmi, a panie z kuratorium naszymi mamusiami. Pytania, jakie nam przychodzą do głowy, nie zawsze są wygodne dla władz, ale zawsze wynikają z niepewności, zniecierpliwienia i stresu. Wszak można przecież uznać za zaczepne także stwierdzenie, że my, dyrektorzy placówek, nie jesteśmy specjalistami od epidemiologii. Na co słyszymy w odpowiedzi dobrotliwą wersję amerykańskiego „Yes, you can!”, bo przecież jesteśmy, bo znamy się na zapewnianiu bezpieczeństwa dzieciom, bo umiemy tworzyć procedury temu służące. „Drodzy Państwo! Macie wykształcenie i wiedzę…”. Nie, nie mamy! Nie mamy wykształcenia i wiedzy, aby na własną odpowiedzialność tworzyć procedury ochronne dla dzieci i personelu, w warunkach pandemii, których nikt jeszcze w placówkach oświatowych nie doświadczył. To nie jest jeszcze jedna procedura do listy tych, zwanych kryzysowymi, które faktycznie tworzymy! Dziękuję za takie rady, niestety lata w systemie oświaty nauczyły wszystkich, że najbezpieczniejsze jest stosowanie odgórnych zaleceń – i tylko chcemy, żeby były one zrozumiałe i wyczerpujące. A podczas takiej konferencji wyjaśniane nieco bardziej konstruktywnie niż zdaniem, które powtórzyło się podczas jej trwania dziesiątki razy: „To jest zadanie organu prowadzącego”.

Wiem, że przed pracownikami kuratorium stoi dzisiaj bardzo trudne, a w pewnych aspektach wręcz niewykonalne zadanie realizowania polityki państwa w dziedzinie oświaty. Ale może warto czasem dowiedzieć się, jak odbierają to na dole szarzy robotnicy winnicy pańskiej, czyli dyrektorzy, którzy za wszystko odpowiadają, i organy prowadzące, które mają to zapewnić, wspomóc i sfinansować. Co dedykuję Pani Kurator Aurelii Michałowskiej i jej współpracownikom, z apelem o zrozumienie ogromu naszych w pełni uzasadnionych emocji.