Piractwo maseczkowe jest jak piractwo drogowe

krytykapolityczna.pl

Galopujący Major

PIRACTWO MASECZKOWE JEST JAK PIRACTWO DROGOWE

Niech posypią się mandaty, np. po 5 tysięcy peelenów. Może się wtedy okazać, że zamiłowanie do ryzyka, z jakim wiąże się brak maseczki, spada. Pisze Galopujący Major.

Jechaliście państwo kiedyś autem? Niech będzie, że jako pasażer_ka. I mieliście taką sytuację, że kierowca łamie przepisy? Nie kłamcie, że nie mieliście. Wszyscy w Polsce mieli. No więc jedziecie tym autem, kierowca łamie ograniczenie prędkości i nic się nie dzieje, prawda? Znowu przyśpiesza, wyprzedza na podwójnej ciągłej, i co? I nic, jedziecie dalej. Staje potem w miejscu zakazanym, i co? I nic? Podejmuje ryzykowne decyzje, a mimo to nic się nie dzieje. Ryzyko, mówiąc pewnym żargonem, się nie materializuje.

Ryzyko w tym kontekście, nie wchodząc w szczegóły, to bowiem pewien potencjał czegoś nieprzyjemnego. Czegoś nieprzyjemnego, co, owszem, może, ale nie musi się zdarzyć. I zwykle się nie zdarza, prawda? Bo przecież przejechaliście tysiące kilometrów, a w życiu mieliście może jeden, dwa wypadki. Nie więcej. Owszem, taki wypadek to często katastrofa. Czasami śmierć, czasami kalectwo. Wasze albo kogoś innego. Na przykład przechodnia.

Ryzykanci

To katastrofa także w sensie ryzyka, bo tak to właśnie w skali mikrospołeczności pasażerów auta można nazwać „ryzyka katastroficzne”. Katastrofy, jak zgon czy kalectwo, w życiu kierowców czy ich pasażerów zdarzają się ekstremalnie rzadko, ale jak się już zdarzą, to są ogromnie dotkliwe. W końcu ktoś ląduje na przykład na wózku. Ryzyko katastroficzne rozumiane jako ryzyko materializacji zdarzenia ekstremalnie rzadkiego, ale bardzo dotkliwego dla indywidualnego kierowcy/pasażera, to jest właśnie sytuacja, gdy setki, setki razy przekraczam dozwoloną prędkość i nic się nie stanie, ale któregoś razu przekraczam i zabijam siebie albo kogoś obok.

Z noszeniem maseczek, zwłaszcza u ludzi młodych i w średnim wieku, jest bardzo podobnie. Nie noszę maseczki, i co? I nic, nie choruję. A przede wszystkim nie ląduję w szpitalu. No i nie umieram. Wczoraj byłem bez maseczki w autobusie i nic się nie stało. Przeżyłem. Przedwczoraj byłem bez maseczki w sklepie, i co, i nic? Katastrofa nie nadeszła. Jednak za którymś razem wirusa łapię i ląduję pod respiratorem.

Pora sobie więc uświadomić, że społeczeństwo w sprawie przepisowego noszenia maseczek zachowuje się dokładnie tak samo jak w sprawie przepisowej jazdy autem. Ryzyko katastroficzne w ogóle nie jest brane pod uwagę, jest gdzieś daleko, jako „nieszczęście, które chodzi po ludziach”. Swoisty antycud, bo w końcu nawet Kościół katolicki rozważa cuda jako zjawiska wytłumaczalne naukowo, choć ekstremalnie rzadkie. Tyle że cuda to akurat zjawiska pozytywne.

Nie przejmuję się więc tym, czy zginę od covida albo kogoś zabiję autem, bo doświadczenie życiowe, którym się posiłkuję, zarządzając ryzykiem, podpowiada: do tej pory nic się nie stało, cała reszta to zwykłe pieprzenie! Nie masz się czego bać! W końcu, jak być może wiedzą matematycy, każdy model zarządzania przyszłością, czyli ryzykiem, może opierać się wyłącznie na danych z przeszłości. Nasz własny osobisty model także. A te dane z przeszłości to przede wszystkim nasze osobiste doświadczenia, czasami doświadczenia naszej banieczki.

Pewnie to kwestia ewolucji, która przystosowała rozum człowieka do selekcjonowania ryzyk i nieulegania panice katastrofy. Pewnie to też kwestia polskiej kultury, lekceważenia ryzyka.

Przestańmy się więc oszukiwać, że gdyby był inny rząd, to byłoby inaczej. Nie, raczej by nie było. Czy to za rządów PO, czy PiS, na drogach się wiele w sprawie jakości jazdy nie zmienia. Ciągle łamane są przepisy. Czy można z tym coś zrobić? Zwłaszcza jeśli dodamy do tego różny apetyt na ryzyko różnych grup społecznych. I tzw. moral hazard osób już zaszczepionych?

Mandaty mają być dotkliwe

Owszem, można. Trzeba zwiększyć ryzyko katastrofy, czy może raczej dotkliwości. Nie, nie chodzi o zwiększenie ryzyka śmierci albo kalectwa. Chodzi o inną dotkliwość, a mianowicie ryzyko wysokiego mandatu, zakazu wejścia do knajpy, a nawet problemów w pracy.

Owszem, ludzie będą myśleć, że katastrofa od covida czy wypadek są bardzo mało prawdopodobne, bo tak im podpowiada ich własne doświadczenie życiowe. Ale jeśli posypią się mandaty i kary, to wtedy zaczną też myśleć, że ryzyko tej katastrofy, jaką jest 5 tysięcy peelenów, jest już bardzo znaczne. Że jest na nieakceptowalnym przez nich poziomie. Wykracza poza ich apetyt na ryzyko. Nie przypadkiem właśnie tak walczy się z piractwem drogowym.

Świadomości materializacji ryzyka katastrofy utraty życia w wypadku nie da się zaszczepić w człowieku tak łatwo. Tak już nas pewnie ukształtowała matka natura. Świadomość materializacji ryzyka dotkliwego mandatu za przekroczenie prędkości zaszczepić już można. I analogicznie powinno być z maseczkami. W końcu to nie jest tak, że Polacy wszędzie szybko jeżdżą autem. Na parkingach jeżdżą bardzo powoli i ostrożnie, nie? A dlaczego? Ano bo ryzyko dotkliwości w postaci zarysowania kochanego autka jest dla nich nieakceptowalne. Pora więc, aby zrozumieli ryzyko zarysowania ich portfeli mandatem za nienoszenie maseczek.