Polskie szkoły sprzed kilku dekad. Oto co się zmieniło w życiu ucznia

businessinsider.com.pl

POLSKIE SZKOŁY SPRZED KILKU DEKAD. OTO CO SIĘ ZMIENIŁO W ŻYCIU UCZNIA

Obowiązkowe prace społeczne i pochody pierwszomajowe, mleczne dni, wpłacanie oszczędności do SKO, mundurki, fartuchy i przyszywane do nich tarcze – tak szkołę pamiętają uczniowie z epoki PRL.

Jeszcze w latach 70. XX wieku trzeba było chodzić do szkoły od poniedziałku do soboty. W systemie ocen nie było jedynek i szóstek. Te pojawiły się od lat 90. Obowiązkowym punktem programu nauczania był język rosyjski. Na lekcjach pomijano wiele historycznych faktów, a nauczyciele, którzy nie trzymali się jedynej i słusznej propagandy, wylatywali z pracy z wilczym biletem. Religii nauczano tylko w przykościelnych salkach – do szkół katechezy trafiły w ostatniej dekadzie minionego stulecia.

– Kwestią bezsporną tamtych czasów było większe upartyjnienie placówek edukacyjnych, służalczość nauczycieli wobec jedynej słusznej partii rządzącej. Dziś szkoły nie uprawiają tak wulgarnej i natarczywej polityki, zwłaszcza na poziomie dyrekcji, czy odgórnego zarządzenia – zapewnia Krzysztof Kwiatkowski, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 3 Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Krakowie.

Dzisiejsze pokolenie 50-latków pamięta również liczne szkolne apele, które zawsze zaczynały się odśpiewaniem patriotycznej pieśni. W życiu ówczesnych szkół ważną rolę odgrywały różne akademie „ku czci”, pełne zespołowych występów muzycznych i wzniosłych recytacji poetyckich. Uczestnictwo w nich było obowiązkowe. W pochodzie 1-majowym również sprawdzana była lista obecności.

Niektóre szkolne uroczystości przetrwały do dziś. – Jednak nie są one już nie tak nadęte i sztywne jak w peerelu. Nadal obchodzimy Święto Niepodległości, czy tzw. Dzień Patrona, organizując np. apel, czy przedstawienie. Corocznie przygotowujemy także jasełka. Zdarzają się również apele dyscyplinujące, prowadzone przez dyrekcję – opowiada Wioletta Mikołajczyk, nauczycielka języka angielskiego w szkole średniej z województwa łódzkiego.

Co jeszcze zmieniło się w polskich szkołach od czasów peerelu?

Mleko i wszy

Placówki edukacyjne minionego ustroju przede wszystkim kojarzą się z cykliczną fluoryzacją i obowiązkową szklanką mleka dla każdego ucznia, zwłaszcza w dni zimowe. Fluoryzacja przetrwała do dziś, ale wymaga zgody rodzica. Mleko w niektórych placówkach nadal się pojawia – już nie w kubkach, lecz w kartonikach.

W czasach Polski Ludowej dużą wagę przykładano także do higieny, którą kontrolowano praktycznie bez zachowania standardów dyskrecji czy pewnej intymności. – Np. gdy w szkole przeprowadzano szczepienia, wszyscy uczniowie w klasie ustawiali się w kolejce do szczepień, bez obecności rodziców. Sprawdzano też nasze stopy, postawę i kręgosłup i ewentualnie kierowano na tzw. korektywę, czyli gimnastykę korekcyjną. Kontrolowano także dość często czystość – uszy, zęby, paznokcie. Wszystko odbywało się w sali lekcyjnej – wylicza 50-letnia Beata, absolwentka jednej z podstawówek na Warmii i Mazurach – To było dla nas dość upokarzające – dodaje.

Skrupulatnie pilnowano również, czy we włosach uczniów nie ma nieproszonych lokatorów. Wszy były sprawdzane oczywiście przy całej klasie. Dziś to temat tabu i jednocześnie problem szkół, w których nadal pojawia się wszawica, choć nie na taką skalę jak jeszcze 20 czy 30 lat temu. Pielęgniarki nie mogą sprawdzać głów dzieci w klasie bez zgody rodzica, a sami rodzice nie zawsze informują, że ich pociecha ma wszy.

– Obecnie na początku każdego roku szkolnego rodzice muszą wydać pisemną zgodę na wszelkie badania, jak np. wady postawy czy także na akcje typu fluoryzacja. Oczywiście w dzisiejszych czasach każde dziecko jest badane w gabinecie, z zachowaną w pełni dyskrecją, nie jak kiedyś – na oczach całej klasy – zaznacza Krzysztof Kwiatkowski.

Jednocześnie ranga i obecność pielęgniarek w życiu szkolnym skurczyła się w ostatnich dekadach.

– Pielęgniarki zajmują się głównie ważeniem, mierzeniem i prowadzeniem dokumentacji. Czasami, jak uczeń osłabnie, pielęgniarka położy go na leżance, ale leków już żadnych nie poda. Co więcej, pielęgniarki, zatrudniane przez NFZ, nie mają już całych etatów w jednej szkole, więc jeśli uczeń poczuje się gorzej i nie wstrzeli się w grafik personelu medycznego, to niestety ma pecha – opowiada Wioletta Mikołajczyk.

Trudno dziś sobie to wyobrazić, ale w peerelowskich czasach pokój nauczycielski miał jednocześnie funkcję palarni. – Pamiętam, jak pukało się do tego pokoju albo, co gorsza wchodziło się razem z nauczycielem, a tam kotłownia dymu! Potem na ubraniu zostawał smród papierosów. Teraz na terenie całej szkoły obowiązuje ogólny zakaz palenia, z czym palący nauczyciele mają spory problem. Uczniowie zresztą też, ale wiadomo zabronione palenie smakuje lepiej, więc potajemne komplety w szatniach, czy toaletach były, są i będą – śmieje się Wioletta Mikołajczyk.

W pracach społecznych

Do lamusa odeszło obowiązkowe zbieranie makulatury w szkołach. W zamian dzieci zbierają teraz nakrętki, baterie itd. – To często wiąże się z pewną ideą, obok ochrony środowiska np. wspierają dziecko borykające się z groźną chorobą – wyjaśnia Krzysztof Kwiatkowski.

W dawnych czasach wychowankowie szkół podstawowych i licealnych, w ramach prac społecznych sadzili lasy. – Takie wyjazdy trafiały się nawet kilka dni z rzędu. Dostawaliśmy wtedy kanapki i gorącą, zbożową kawę. Czasami organizowano ognisko. Dwa razy do roku jeździliśmy również na wykopki ziemniaków do Powsina. Obowiązkowo grabiliśmy również liście wokół szkoły – wspominają absolwenci jednej ze stołecznych „tysiąclatek”.

Choć nazwa „prace społeczne” zniknęła ze szkolnej nomenklatury, dzieci nada są angażowane w wiele ekoprojektów. – Uczniowie np. biorą udział w sprzątaniu świata, albo w akcjach wolontariackich, jak np. zbieranie żywności przed supermarketami, czy zbiórki na karmę dla zwierząt. Na pewno takich działań jest mniej niż kiedyś – twierdzi Krzysztof Kwiatkowski.

Z kolei w ramach tzw. przysposobienia obronnego realizowanego w duchu wiszącej w powietrzu trzeciej wojny światowej, uczniowie jeszcze w latach 70. XX w. odbywali ćwiczenia na strzelnicy, ucząc się obsługi karabinków sportowych zwanych skrótowo kbks oraz odbywali szkolenia z obsługi łączności czy pierwszej pomocy.

– Dziś przysposobienia obronnego już nie ma. Ale w zamian jest przedmiot o nazwie edukacja dla bezpieczeństwa – wyjaśnia Violetta Mikołajczyk.

Ze szkolnego życia zniknęły także ZPT, czyli zajęcia praktyczno-techniczne, na których można było nauczyć się praktycznie wszystkiego – od podstawowych zagadnień związanych z elektryką przez szycie i cerowanie, po pieczenie ciast. Przedmiot ten w szczątkowej formie przetrwał w technice.

– Paradoksalnie dzieci bardzo lubią takie zajęcia jak wspólne gotowanie czy np. zbijanie karmników dla ptaków – zapewnia Krzysztof Kwiatkowski.

Uczniowie chętnie oszczędzali również w tzw. SKO, czyli Szkolnej Kasie Oszczędności, systemie starszym niż sam peerel, bo istniejącym od lat 20. XX w. W jego ramach można było gromadzić pieniądze na specjalnych rachunkach bankowych Powszechnej Kasy Oszczędności. Nierzadko jednak SKO ograniczało się do zbierania i przetrzymywania pieniędzy w szkolnej kasie. Informacje o nagromadzonych „środkach” zapisywano w specjalnych książeczkach.

SKO jednak nie przetrwała próby czasu, dziś w ten sposób wychowankowie szkół nie oszczędzają. Zniknął również zwyczaj prowadzenia sklepików szkolnych przez uczniów. Obecnie tą działalnością zajmują się prywatni przedsiębiorcy.

– O tym niestety przesądziły kwestie formalno-prawne. Podobnie zresztą stało się z wycieczkami szkolnymi, które kiedyś nauczyciele znacznie częściej organizowali na własną rękę. Teraz ze względu na skomplikowane procedury i wiele obostrzeń – wynajmowane jest z reguły wyspecjalizowane biuro. W moich licealnych czasach, nauczycielka nieraz w piątek rzucała uczniom hasło „Jedziemy w sobotę w góry na narty” i samoistnie natychmiast organizowała się wycieczka. Dziś to nie do pomyślenia – wzdycha Krzysztof Kwiatkowski.

Bez rewii mody

Wychowanków dawnych szkół wyróżniały obowiązkowe mundurki, a później fartuszki, dla chłopców krótkie, dla dziewczyn dłuższe, w jednolitym kolorze granatowym lub niebieskim. Wykonane z ordynarnego poliestru, prawie „plastikowe”, z odpinanymi na guziki białymi kołnierzykami. Za ekstrawagancję i szyk mody uchodziły te dziergane na szydełku.

Na prawym ramieniu przyszywano tarczę szkolną. Nadgorliwi nauczyciele mocnym szarpnięciem sprawdzali, czy tarcza jest rzeczywiście porządnie przyszyta, czy trzyma się na agrafce. W tym drugim przypadku mogło się skończyć uwagą w dzienniczku.

Dopiero w latach 80. XX wieku uczniowie zaczęli ubierać się bardziej swobodnie. Obowiązek noszenia mundurków próbował reaktywować w 2006 r. Roman Giertych, jednak nowelizacja ustawy z 13 czerwca 2008 r. o systemie oświaty ponownie zniosła ten wymóg.

Współcześnie to szkoły decydują, czy uczniów obowiązuje wspólny uniform lub odzież o charakterystycznym wzornictwie. Z reguły na to rozwiązanie decydują się prywatne albo bardzo prestiżowe placówki.

– To dobre rozwiązanie. Eliminuje rewię mody, a dzieci czy młodzież mają poczucie przynależności do jakiejś organizacji – twierdzi Wioletta Mikołajczyk.

Zniknęła też odznaka wzorowego ucznia, przyznawana najlepszym za wyniki w nauce i dobre zachowanie. Jednak część szkół zachowała tę formę nagradzania ambitnych uczniów. – W naszej szkole najlepsi dostają wyróżnienie Primus Inter Pares i statuetkę sowy – zauważa Krzysztof Kwiatkowski.

W dobie peerelu na porządku dziennym były też tzw. kozy – uczniowie, którzy nabroili, musieli zostawać w szkole po lekcjach. – Szkoda, że dziś już nie ma takich kar. Oczywiście taki czas spędzony w szkole, powinien być nadzorowany przez osobę dorosłą. Uczeń powinien wtedy posprzątać czy naprawić to, co nabrudził lub uszkodził, i to z nawiązką. To ma walor edukacyjny – zapewnia Wioletta Mikołajczyk.

W peerelowskich szkołach nie było też miejsca na pyskówki, bo wówczas od razu rodzice byli wzywani „na dywanik” do dyrektora, co kończyło się zwykle co najmniej awanturą w domu.

– Kiedyś rodzic nie stawał z automatu po stronie dziecka. Panowało większe zaufanie do nauczyciela i personelu szkoły. Dzisiejsze szkoły są zupełnie inne. Dziś dzieci nauczono krytykować, co samo w sobie jest słuszne, ale często zamienia się w zwykły brak szacunku – mówi Krzysztof Kwiatkowski.

Ciemną stroną dawnych szkół były natomiast kary cielesne nagminnie stosowane przez nauczycieli – uderzanie linijką po rękach, wyzwiska, pociąganie za uszy, słowem naruszanie kontaktu cielesnego w relacji między nauczycielem a uczniem było na porządku dziennym. – Dziś to rzecz niedopuszczalna – mówi Krzysztof Kwiatkowski.