Posłuszni do bólu

instytutsprawobywatelskich.pl

Tygodnik Spraw Obywatelskich

 

POSŁUSZNI DO BÓLU

KSIĄŻKA: Dariusz Doliński, Tomasz Grzyb: Posłuszni do bólu

Nie bez powodu każdy psycholog na studiach uczy się o eksperymencie Stanleya Milgrama. Wystawił on bowiem naturę ludzką na próbę. W 50 lat po nim badacze Dariusz Doliński i Tomasz Grzyb realizują program badawczy nastawiony na zrozumienie mechanizmów odpowiadających za wciąż nas szokujące zachowania ludzi. O tym, jakie przynosi on wiadomości na temat tego, co w nas tkwi, przeczytacie Państwo w książce „Posłuszni do bólu”.

Coś się stało w New Haven!

(…) Zacznijmy więc od tego, jak wyglądał i na czym polegał ten słynny eksperyment. Przenieśmy się w wyobraźni do Stanów Zjednoczonych początków lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wyobraź sobie, Czytelniku, że mieszkasz w New Haven, niezbyt dużej miejscowości, w której swą siedzibę ma jedna z najsłynniejszych na świecie uczelni wyższych Uniwersytet Yale. W miejscowej gazecie widzisz ogłoszenie, z którego wynika, że wydział psychologii tego uniwersytetu poszukuje osób, które chciałyby wziąć udział w badaniach dotyczących pamięci. Za udział w nich oferowane jest wynagrodzenie w wysokości 4 dolarów, a także dodatkowo 50 centów jako ekwiwalent kosztów dojazdu. Pamiętaj o inflacji. Bochenek chleba kosztuje wtedy 20 centów, pół galona (to jest niespełna dwa litry) mleka 52 centy, a nowy dom – średnio 18 890 dolarów. Przyjmijmy, że propozycja ta Cię zainteresowała, dzwonisz i umawiasz się na konkretny termin. Przychodzisz do budynku wydziału psychologii. Na korytarzu spotykasz czterdziestokilkuletniego mężczyznę, który, jak się okazuje, także przyszedł na te same badania. Eksperymentator zaprasza was obu do laboratorium psychologicznego i wyjaśnia, że badanie dotyczy wpływu kary na szybkość i poprawność uczenia się. Wymaga ono podziału na role – jeden z was będzie uczeniem, drugi nauczycielem. Kim ty będziesz? Okazuje się, że rozstrzygnie o tym los. Wyciągacie po zwitku papieru i okazuje się, że będziesz nauczycielem. Eksperymentator wyjaśnia temu drugiemu mężczyźnie, że jego zadanie polega na wyuczeniu się na pamięć par słów, na przykład: „niebieskie – pudełko”, czy „jasny – dzień”, a potem, w zasadniczej części badania, usłyszy tylko pierwsze słowo z tej pary (na przykład: „niebieskie”, i będzie musiał wybrać jeden z czterech wyrazów (na przykład spośród: „niebo”, „pudełko”, „prześcieradło”, „migdały”). Oczywiście poprawna odpowiedź to „pudełko”. Co się stanie jeśli uczeń się pomyli i wybierze inne słowo? Wtedy zostanie ukarany, bo eksperyment zaplanowany jest właśnie tak, by sprawdzić, jaki wpływ mają kary na procesy uczenia się i zapamiętywania. Karanie zaś to oczywiście domena nauczyciela. Ty będziesz te kary wymierzać, ale… nie ty będziesz decydować, jakie one będą. Eksperymentator pokazuje ci urządzenie, które jest generatorem prądu elektrycznego. Znajduje się na nim trzydzieści przycisków. Pierwszy oznaczony jest symbolem 15 V, drugi – 30 V, trzeci 45 V… Każdy kolejny to 15 woltów więcej. Pod ostatnim widnieje symbol 450 woltów. Kolejne grupy czterech przełączników mają też opisy słowne: lekki wstrząs; umiarkowany wstrząs; silny wstrząs; bardzo silny wstrząs; poważny wstrząs; wstrząs o skrajnej sile; niebezpieczeństwo: ekstremalnie silny wstrząs. Dwa ostatnie przyciski nie są opisane żadnymi słowami. Są tu tylko symbole xxx. Eksperymentator przykłada teraz elektrody do twojej dłoni i wciska trzeci z przycisków, oznaczony symbolem 45 V. Czujesz uderzenie prądem. Jest to nieprzyjemne, ale trudno mówić o poważnym bólu. Eksperymentator pokazuje ci, że kable z generatora przechodzą przez otwór w ścianie do sąsiedniego pomieszczenia, w którym siedzi teraz twój partner, który uczy się par słów. Idziecie do niego razem. Eksperymentator przymocowuje elektrody do przedramienia ucznia i unieruchamia jego rękę, przypinając ją do oparcia fotela. Pomagasz mu w tych technicznych czynnościach. Wracacie z eksperymentatorem do pomieszczenia, w którym stoi generator prądu. Ty zasiadasz przy tym urządzeniu, eksperymentator przy swoim biurku. Zaczyna się właściwa część eksperymentu. Najpierw uczeń odpowiada bezbłędnie. Potem jednak myli się i eksperymentator poleca ci wciśnięcie pierwszego przycisku. Robisz to i eksperyment jest kontynuowany. Kolejny błąd ucznia to polecenie wciśnięcia następnego przycisku, kolejny błąd i masz wcisnąć przycisk numer trzy. Pojawiają się następne błędy i ty jako nauczyciel reagujesz, wciskając kolejne przyciski. Gdy wciskasz przycisk numer pięć, uczeń nieznacznie chrząka, potem, przy kolejnych przyciskach, zaczyna pojękiwać z bólu, zrazu cicho, potem coraz głośniej. Później zaczyna krzyczeć. Jak się zachowasz? Nie wiesz, że tak naprawdę człowiek siedzący za ścianą to wcale nie osoba badana. To współpracownik eksperymentatora, odgrywający rolę ucznia, który seryjnie popełnia błędy. Losowanie było sfingowane, na obu kartkach znajdowało się słowo „nauczyciel”, nic dziwnego więc, że wylosowałeś taką rolę. Ten drugi mężczyzna zgłosił wprawdzie, że na jego kartce widniało słowo „uczeń”, ale nie było to prawdą. Tak naprawdę uczeń nie jest też uderzany prądem, ale ty jesteś przekonany, że sprawiasz mu coraz większy ból. Jeśli chcesz się wycofać, eksperymentator skłania cię do kontynuowania badania, choć oczywiście nie może cię do niczego zmusić. Nawet obiecane pieniądze zainkasowałeś już na początku i dowiedziałeś się, że jest to wynagrodzenie za samo przyjście na badanie. Powiedziano ci jednoznacznie, że ze swego udziału możesz zrezygnować w dowolnym, wybranym przez siebie momencie. No właśnie, jak więc się zachowasz? Czy może odmówisz już na początku, bo to przecież niemoralne uderzać niewinnego człowieka prądem elektrycznym? A może pierwsze przyciski wciśniesz, a odmówisz wtedy, gdy człowiek siedzący za ścianą zacznie jęczeć? A może dopiero wtedy, gdy zacznie krzyczeć? Jak głośno? Dodajmy tu, że zgodnie ze scenariuszem tego badania, po tym, gdy jego uczestnik wciska dziesiąty przycisk (oznaczony symbolem 150 V), osoba siedząca za ścianą nie tylko krzyczy z bólu, lecz także domaga się, by zakończyć eksperyment i wypuścić ją z laboratorium. Eksperymentator jednak ignoruje jej krzyki. Może więc dopiero wtedy podjąłbyś decyzję, że kolejnych przycisków wciskać nie będziesz? A czy potrafisz sobie wyobrazić, że mógłbyś wcisnąć wszystkie trzydzieści przycisków? Także ten oznaczony symbolem 450 V, który właściwie mógłby zabić osobę siedzącą za ścianą? To właśnie interesowało Stanleya Milgrama. Jak bardzo ludzie są posłuszni, gdy autorytet, czy też ich przełożony (bo angielskie słowo authority może być różnie na język polski tłumaczone), wydaje im polecenia, których wypełnianie jest głęboko nieetyczne?

Stanley Milgram przeprowadził całą serię eksperymentów tego typu, w każdym kolejnym modyfikując nieco warunki badania. Scenariusz, który tu opisaliśmy należy do stosunkowo często przytaczanych w podręcznikach psychologii społecznej. Oficjalnie określany jest jako eksperyment nr 2. Miałeś okazję zastanowić się, jak byś się w tej sytuacji zachował. Spróbuj też odgadnąć, jaki procent ludzi odmówił udziału w takim badaniu na samym początku, a jaki wcisnął wszystkie przyciski, łącznie z ostatnim, to jest tym, który ze znacznym prawdopodobieństwem mógłby spowodować śmierć osoby siedzącej za ścianą.

Nie tylko prąd

(…) Frank LoSchiavio, Justin Buckingham i Tricia Yurak to psychologowie, którzy starają się uatrakcyjniać prowadzone przez siebie zajęcia z psychologii społecznej. W ramach jednego ze swoich przedsięwzięć postanowili w bardzo sugestywny sposób pokazać studentom, jak bardzo są posłuszni wobec (nawet pozornych) autorytetów i do czego może to prowadzić. O pomoc w tej demonstracji poprosili dwudziestosiedmioletniego studenta studiów magisterskich. Przychodził on do grupy studentów studiów licencjackich, którzy czekali na mające się właśnie zacząć pierwsze zajęcia z psychologii społecznej. Przedstawiał się z imienia i mówił: „Słuchajcie, mamy dziś sporo rzeczy do zrobienia, presja czasowa jest silna, więc zacznijmy bez zwłoki. Pierwszą rzeczą, którą powinniście zrobić, jest wypełnienie Studenckiej Karty Informacyjnej”. Następnie rozdawał kwestionariusze, w których należało wpisać różne dane osobowe. Nie tylko imię, nazwisko i adres, lecz także np. numery telefonu, prawa jazdy czy ubezpieczenia społecznego.

Gdy wszyscy studenci już się z tym uporali, zebrał karty i powiedział: „Teraz wszyscy wstańcie i obróćcie się tak, byście stali twarzami zwróconymi do przeciwległej ściany”. Wyprzedzając ewentualne pytania czy wątpliwości, dodawał jeszcze: „No, szybciutko, wszyscy twarzą do tamtej ściany”. Gdy studenci w końcu to zrobili, stwierdzał, że właśnie się zorientował, iż czegoś zapomniał i musi po to pobiec do swego gabinetu. Wróci jednak za chwilę, a do tego czasu wszyscy powinni stać spokojnie i nie rozmawiać ze sobą. Po trzech minutach od wyjścia tego studenta w sali dydaktycznej pojawiał się eksperymentator – profesor, który rzeczywiście miał mieć zajęcia z tą grupą studentów. Wchodząc, przepraszał za swoje spóźnienie i wyrażał zdziwienie, że studenci, zamiast siedzieć na swoich krzesłach i czekać na rozpoczęcie zajęć, stoją, a w dodatku ich twarze zwrócone są w kierunku przeciwległej ściany.

Ten profesor, który tu był, kazał nam stać. Najpierw kazał nam wypełnić Studencką Kartę Informacyjną, a potem kazał tak stać – brzmiała odpowiedź.

Jaki profesor? – dziwił się eksperymentator Przedstawił się jako Patryk.

Jaki Patryk? Nie znam żadnego Patryka!

Potem profesor pytał studentów, jak to możliwe, że nieznajomemu człowiekowi podali różne informacje osobiste, które potencjalnie mogą być wykorzystane przeciw nim.

„Ale on wyglądał jak profesor”, „zachowywał się jak profesor”, „my tu ciągle wypełniamy jakieś karty informacyjne, myśleliśmy, że to pracownik uniwersytetu” – brzmiały typowe odpowiedzi we wszystkich czterech grupach, w których psychologowie przeprowadzili tę „dydaktyczną prowokację”, będącą punktem wyjścia do dyskusji ze studentami o różnych zjawiskach z zakresu psychologii społecznej (w tym oczywiście na temat posłuszeństwa i roli autorytetów w życiu społecznym) [1].

(…)

Arthur Brief i jego współpracownicy z kolei proponowali swoim badanym odgrywanie roli menedżera sieci meksykańskich restauracji. Ich zadaniem miało być wskazanie trzech potencjalnych kandydatów na stanowisko szefa działu HR. Przedstawiano im sylwetki ośmiu kandydatów. Trzech z nich miało czarną skórę, a pięciu – białą. Z instrukcji, którą badani otrzymywali, wynikało jednoznacznie, że ich zadaniem jest staranne rozpatrzenie różnych kwalifikacji wszystkich kandydatów i niekierowanie się w wyborze ich rasą czy wyglądem. Oprócz tego czytali jednak także skierowany do nich list od prezesa korporacji. W liście tym, w zależności od warunków eksperymentalnych, wyrażał on życzenie, by wybrana osoba była biała lub czarna. Jak wykazała analiza decyzji selekcyjnych podejmowanych przez badanych, treść listu odgrywała kluczową rolę. Zdawali się oni nie pamiętać, że zarówno otrzymana wcześniej jednoznaczna instrukcja, jak i normy moralne świata, w którym żyją, nie zezwalają im na stosowanie rasistowskich kryteriów [2]

Polscy badacze Wojciech Gromski i Ryszard Nawrat, w bardzo pomysłowym eksperymencie pokazali, że można łatwo skłonić badanych do tego, by namawiali innych do połknięcia niebezpiecznej dla zdrowia tabletki. Uczestniczący we wspomnianym badaniu studenci dowiadywali się, że ich zadaniem jest nakłonienie pewnej osoby do wzięcia udziału w eksperymencie medycznym. Mówiono im, że jeśli kandydat do takich badań będzie wyrażał wątpliwości, to powinni go okłamać, że tabletki są całkowicie bezpieczne. Sytuację aranżowano tak, że współpracownik eksperymentatorów, któremu tabletka miała być wręczana, wyrażał wątpliwości czy aby na pewno jest nieszkodliwa i wyraźnie nie kwapił się do połknięcia specyfiku. Większość badanych jednak świetnie wywiązała się z zadania, które powierzyli jej eksperymentatorzy. Badani najczęściej zgodnie z otrzymaną instrukcją kłamali, że tabletka jest nieszkodliwa, i doprowadzali do jej połknięcia przez partnera interakcji. Wypełniali więc zadanie postawione im przez eksperymentatorów [3].Mówiąc ściśle: sądzili, że kłamali, bo de facto nakłaniali inną osobę do połknięcia niegroźnej dla zdrowia tabletki fluoru, używanego w profilaktyce dentystycznej. (Ponieważ Gromski i Nawrat badali determinanty poczucia winy, rzekomo groźna dla zdrowia tabletka musiała zostać połknięta na oczach osoby badanej).

Studenci uczestniczący w eksperymencie Gromskiego i Nawrata być może nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, jak groźne dla zdrowia może być połknięcie jakiejś tabletki. Wątpliwości takich nie mają jednak (a w każdym razie nie powinny mieć) zatrudnione w szpitalu pielęgniarki. Charles Hofling i jego współpracownicy zadali grupie pielęgniarek dość konkretne pytanie: czy gdyby podczas nocnego dyżuru odebrały telefon od nieznanego im człowieka, który przedstawiłby się jako lekarz i zalecił podanie pacjentowi leku, którego nie znają, ale który znajduje się w szafce medycznej w szpitalnej dyżurce, to czy spełniłyby takie polecenie. Dodawano, że dzwoniący zaleca też podanie dawki dwukrotnie przekraczającej zalecenia podane na opakowaniu leku. Niemal wszystkie pielęgniarki stwierdziły, że takiego polecenia by nie wykonały. Z udziałem innej grupy pielęgniarek przeprowadzono eksperyment mający na celu sprawdzenie, jakie byłyby ich rzeczywiste zachowania. Wyniki okazały się tu całkowicie odmienne – 21 spośród 22 zbadanych sióstr spełniło polecenie nieznanego im człowieka, który dzwonił w nocy i przedstawiał się jako lekarz, wyjaśniając jednocześnie, że nie może długo rozmawiać, gdyż bardzo się spieszy! Trzeba tu dodać, że w szafkach medycznych dostępnych pielęgniarkom Hofling w porozumieniu z ordynatorami szpitalnych oddziałów umieszczał fiolki z „astrotenem” – nieistniejącym lekiem, który składał się z samej masy tabletycznej. Tylko dlatego posłuszeństwo pielęgniarek nie zaszkodziło żadnemu z pacjentów, którym w środku nocy owe tabletki ordynowano [4].

Arthur Miller z kolei stawiał badanych przed koniecznością rozstrzygania dylematów etycznych. Mieli zdecydować, czy należy zaprzestać marketingu leku, który w świetle badań pilotażowych najprawdopodobniej jest szkodliwy dla zdrowia, czy też zignorować wskazujące na to rezultaty badań, działać dalej i mnożyć zyski koncernu. Gdy badanych zawiadamiano, że ich przełożony opowiada się za wstrzymaniem reklamy leku tylko 24% badanych podejmowało decyzję o kontynuowaniu działań marketingowych. Jeżeli jednak badani dowiadywali się, że przełożony opowiada się za kontynuowaniem marketingu leku, odsetek takich osób wzrastał ponadtrzykrotnie (do poziomu 77%) [5].

Dlaczego są tak skrajnie posłuszni?! W poszukiwaniu mechanizmu psychologicznego

„Sytuacja” to kategoria bardzo ogólna. Spróbujmy przyjrzeć się bliżej mechanizmom, które sprzyjają uległości, rozpoczynając od tego, co na ten temat mówił sam Stanley Milgram. Szokujące zachowanie uczestników swoich eksperymentów tłumaczy on specyfiką relacji przełożony – podwładny. Sugeruje, że podwładny często znajduje się wówczas w stanie, w którym nie uważa się za podmiot własnych czynów, ale za kogoś, kto po prostu wykonuje polecenia. Wykonywanie poleceń nie jest więc „działaniem” w pełnym tego słowa znaczeniu, ale „stanem pośrednictwa w działaniu” (agentic state). Człowiek czuje się wtedy zwolniony z poczucia odpowiedzialności za swoje czyny, przesuwa ją bowiem na przełożonego, który wie więcej, lepiej się orientuje w całej sytuacji, ma niezbędne i bogate doświadczenie. W omawianym tu eksperymencie jest to o tyle łatwe, że przełożony jest profesorem, zatrudnionym na szacownym uniwersytecie. Pośredniego poparcia dla tej interpretacji dostarczył pewien wariant eksperymentu (szczegółowo opisujemy go w rozdziale trzecim tej książki – badanie 22), w którym profesor odbierał telefon, po czym stwierdzał, że z bardzo ważnego powodu musi natychmiast opuścić laboratorium, i wyznaczał na swego zastępcę jedną z osób badanych (de facto swojego współpracownika, ale uczestnicy eksperymentu nie mogli się tego domyślać). Zamiana „uczonego z Uniwersytetu Yale” na „człowieka z ulicy z New Haven” pociągała za sobą dość radykalną różnicę w reakcjach badanych. Tym razem wyraźna większość w pewnym momencie odmawiała spełniania poleceń. O „człowieku z ulicy” nie można przecież ze spokojem i pewnością pomyśleć, że „on wie lepiej”, czy też „ma kontrolę nad całą sytuacją i w pełni panuje nad przebiegiem eksperymentu”. W takich warunkach nie można więc poczuć się całkowicie zwolnionym z osobistej odpowiedzialności za los ucznia.

Jeszcze bardziej sugestywnych dowodów na rzecz trafności interpretacji zaproponowanej przez Milgrama dostarczają wyniki uzyskane przez badaczy australijskich. Wesley Kilham i Leon Mann wyszli z założenia, że efekty zaobserwowane w eksperymentach Stanleya Milgrama przynajmniej częściowo wynikają z charakterystycznej dla współczesnej cywilizacji fragmentaryzacji ludzkich działań. Niezwykle rzadko się zdarza, że człowiek sam podejmuje jakąś złożoną aktywność i samodzielnie realizuje ją w całości. W złożonych, zhierarchizowanych organizacjach, w jakich żyjemy, obowiązki każdego z ich członków są wysoce wyspecjalizowane i jednostka zazwyczaj realizuje tylko małą część złożonego działania. W większości organizacji między osobą, która wydaje określone polecenie dotyczące celu działania i sposobów realizacji tego celu, a osobą, która staje się bezpośrednim (fizycznym) wykonawcą, jest wiele ogniw pośrednich – ludzi, którzy przekazują sobie określone polecenia, przeważnie coraz bardziej je konkretyzując. Kilham i Mann polecali więc części swoich badanych objęcie obowiązków nauczyciela i skłaniali ich do wciskania kolejnych przycisków generatora prądu, a innej części wyznaczyli rolę osoby, która ma przekazywać polecenia eksperymentatora nauczycielowi. (W tym drugim wypadku nauczycielem zostawał oczywiście pomocnik eksperymentatora). Okazało się, że osoby mające po prostu przekazywać kolejne polecenia naciskania przycisków generatora prądu były jeszcze bardziej uległe niż te, które – jak w oryginalnym eksperymencie Milgrama –miały być bezpośrednimi (fizycznymi) sprawcami bólu innej osoby. Pokazuje to, iż pozycja trybika w biurokratycznej machinie szczególnie sprzyja poczuciu, że ani nie wymyśla się niczego złego, ani nie wyrządza się bezpośrednio żadnej szkody. Jak widać, w takiej właśnie sytuacji szczególnie łatwo o uległość i posłuszeństwo [6].

***

Oczywiście to, że badani mają świadomość, iż biorą udział w eksperymencie naukowym, ma kolosalne znaczenie, ale kluczowe jest przecież to, że eksperymentator jako pracownik uniwersytetu uosabia autorytet nauki jako takiej, a i sam (jako profesor) jest naukowym autorytetem.

***

Z drugiej strony mamy do czynienia z efektem utopionych kosztów. Polega on na tym, że ludziom trudno się wycofać z danego zadania jeśli wcześniej zainwestowali w nie swoje zasoby [7]. Oto banalny przykład takiej sytuacji: W lodówce jest smakołyk, którego termin przydatności do spożycia właśnie się kończy. Oczywiście trzeba go zjeść … nawet wtedy, gdy nie jesteśmy głodni, ba, nawet wtedy, gdy się odchudzamy. Zjadamy go wyłącznie dlatego, że sami go kupiliśmy, zainwestowaliśmy zasoby finansowe. Żal więc nie zjeść. Na podobnej zasadzie kobiety latami maltretowane przez swoich sadystycznych partnerów nie uciekają od nich, bo… skoro tyle już wycierpiały, to żal tak nagle wszystko rzucić. Tu utopionym kosztem jest własne cierpienie, ale i czas poświęcony partnerowi, liczne wyrzeczenia, łzy, utrata godności. Uczestnik eksperymentu Milgrama także wpada w pułapkę utopionych kosztów. Z każdym naciśniętym przyciskiem więcej jest doświadczanych przez niego negatywnych emocji i odczucia własnej bezsilności. Reasumując: za każdym razem cel staje się coraz bliższy, a utopione koszty są coraz większe.

Dylematy etyczne na drodze do naukowej prawdy

Trudno nie zgodzić się z tym, że człowiek, który wbrew własnym przekonaniom moralnym naciska przyciski generatora prądu elektrycznego, mając świadomość, że może w ten sposób narazić inną osobę na utratę zdrowia, a może i życia, znajduje się w bardzo złym położeniu. Problem etyczności badań prowadzonych przez Milgrama jest jednak bardziej złożony. Okazało się bowiem, że znakomita większość osób badanych nie miała do niego żadnych pretensji. Co więcej, bardzo często mówili oni, że udział w tym eksperymencie był dla nich nie tylko ogromnym stresem, lecz także swego rodzaju ostrzeżeniem. Przekonali się, jak łatwo skłonić ich do działań sprzecznych zarówno z ich moralnością, jak i osobistym interesem. Mogło to im pomóc w wybieraniu właściwych form zachowania w przyszłości.

Milgram po polsku 1: Wielokrotna stopa w drzwiach

Czego dotyczyła ta teoria? Wilson i Kelling, dwaj amerykańscy przedstawiciele nauk społecznych, opisywali ją na prostym przykładzie. Wyobraźmy sobie budynek, w którym ktoś wybija szybę w oknie (może to być kamień, który wystrzelił spod kół samochodu, może dzieci bawiły się piłką i zabawa tak się właśnie skończyła, może wiatr zbyt mocno trzasnął okiennicą). Jeśli budynek jest zamieszkany i zadbany, to najprawdopodobniej dość szybko ktoś posprząta szkło, ktoś zatelefonuje po szklarza, szklarz wprawi szybę i w ciągu jednego, może dwóch dni sytuacja powróci do stanu poprzedniego. Jeżeli jednak nikt się tym nie zajmie, a szyba nadal pozostanie wybita, to będzie ona czytelnym znakiem dla osób w okolicy: tym miejscem nikt się nie zajmuje. Takie zachowanie (wybijanie szyb) na nikim nie robi tu wielkiego wrażenia. Co więcej, może być (i często jest) zachętą do dalszych aktów wandalizmu. Do wybicia kolejnej szyby, wyłamania łomem drzwi, w końcu włamania i kradzieży. A zatem – twierdzili w swym artykule Wilson i Kelling – wszelkie poważne akty przestępczości zaczynają się od drobnych wykroczeń. Zanim ktoś zabije, wcześniej ukradnie. A zanim ukradnie, kopnie i przewróci kosz na śmieci. Żeby zwalczyć poważną przestępczość, trzeba zacząć od drobiazgów [9].

(…)

Właśnie taką, szalenie interesującą reinterpretację zachowań osób badanych w paradygmacie Milgrama przedstawia Stephen J. Gilbert (krótko pisaliśmy o tym w rozdziale 2). Proponuje on spojrzenie na eksperyment Milgrama z perspektywy klasycznej techniki wpływu społecznego o nazwie stopa w drzwiach (foot-in-the-door), opisanej po raz pierwszy przez Jonathana Freedmana i Scotta Frasera w 1966 roku. Istota tej techniki polega na tym, że aby zwiększyć szanse na spełnienie przez podmiot trudnej prośby, której prawdopodobnie nie zgodziłby się spełnić, należy najpierw poprosić go o spełnienie prośby łatwej. Człowiek, który spełni tę pierwszą, łatwą prośbę, będzie następnie bardziej skłonny do spełnienia prośby kolejnej, trudniejszej, zwłaszcza jeśli będzie ona do tej pierwszej podobna treściowo. Freedman i Fraser w jednym ze swoich eksperymentów sprawdzali, czy właściciele posesji położonych wzdłuż przelotowych dróg w Kalifornii zgodzą się (bez gratyfikacji finansowej), by na trawniku przy ich domu zainstalowano billboardy namawiające kierowców do ostrożnej jazdy. W warunkach kontrolnych zwracano się do nich z taką prośbą wprost. Okazało się, że zgodę na to wyraża zaledwie 17 % indagowanych. W warunkach eksperymentalnych natomiast, dwa tygodnie wcześniej proszono ludzi o spełnienie prośby łatwej – podpisanie jakiejś petycji albo naklejenie nalepki na szybie. Jak pokazują Freedman i Fraser, ludzie, którzy wcześniej spełnili łatwa prośbę, częściej spełniają następną, znacznie trudniejszą. Efekt ten był szczególnie silny w warunkach, w których pierwsza (wstępna) prośba była podobna do finalnej [10].

Zauważmy, że w eksperymentach Milgrama osoba badana proszona jest najpierw o uderzenie „ucznia” prądem o napięciu 15 V. Wie, że może być to co najwyżej nieprzyjemne, ale nie sprawia bólu. Wie to stąd, że wcześniej eksperymentator, demonstrując jej działanie generatora prądu elektrycznego, uderzył ją prądem o napięciu 45 V. Uderzenie to było nieprzyjemne, ale nie bolesne. Jeśli osoba badana zgodzi się uderzyć człowieka prądem o sile 15 V, to zgodzi się na wciśnięcie drugiego przycisku (bo to uderzenie o zaledwie 15 V silniejsze, niż poprzednie). Następnie zgodzi się wciskać kolejne przyciski, bo zawsze różnica między tym, co ma zrobić, a tym, co przed chwilą już zrobiła, jest minimalna. Dodajmy, że kolejne różnice są nawet coraz mniejsze, jeśli na sprawę spojrzeć od strony procentów. 30 V to wszak dwa razy więcej niż 15, ale 45 to tylko półtora raza więcej niż 30. Między 45 a 60 różnica procentowa jest jeszcze mniejsza, a ostatnie dwa przyciski, oznaczone symbolami 435 V i 450 V, różni już tylko kilka procent. Mamy tu więc do czynienia ze zjawiskiem, które określić można wielokrotną stopą w drzwiach (multiple feet-in-the-door). Człowiek, który spełni prostą prośbę, łatwiej da się namówić na spełnienie kolejnej, nieco trudniejszej. Jeśli tę spełni, to będzie bardziej skłonny spełnić prośbę jeszcze bardziej kłopotliwą, i tak dalej, i tak dalej. Skuteczność takich zabiegów została dobrze udowodniona w badaniach nad technikami wpływu społecznego [11].

_____________________

[1] LoSchiavio, Buckingham, Yurak, 2002.

[2] Brief, Buttram, Elliott, Reizenstein, McCline, 1995.

[3] Gromski, Nawrat, 1984.

[4] Hofling, Brotzman, Dalrymple, Graves, Pierce, 1966.

[5] Miller, 1995.

[6] Kilham, Mann, 1974.

[7] Arkes, Ayton 1999.

[8] Blass, 2004.

[9] https://www.theatlantic.com/magazine/archive/1982/03/broken-windows /304465/

[10] Freedman, Fraser, 1966.

[11] Goldman, Creason, McCall, 1981; Seligman, Miller, Goldberg, Geldberg, Clark, Bush, 1976.