Tęsknota za białą przestrzenią

przekroj.pl

Aleksandra Kozłowska

TĘSKNOTA ZA BIAŁĄ PRZESTRZENIĄ

Siedzę przy biurku i próbuję zacząć wreszcie pisać ten tekst. Jest kwadrans po dziesiątej, za oknem błękit nieba, obok paruje kawa. Koty nakarmione, wygrzewają się w słońcu. Sielanka. A jednak coś zgrzyta. A raczej warczy. To kosiarka goli nasz rozległy trawnik. Za chwilę włącza się alarm w którymś z aut pod blokiem. W tle wyje karetka. Zamykam okno. Wracam do tekstu. Ale zaraz! Wczoraj skończyłam przecież Przerwę, powieść kanadyjskiej metyski Kathereny Vermette. Warto by się czegoś więcej dowiedzieć o Odżibwejach. Z Internetu informacje sypią się jak chipsy z rozerwanego opakowania. Skaczę od linka do linka, próbuję przyswoić nazwy, mapy, nazwiska, symbole. Od Pierwszych Narodów przechodzę do ziół na odporność, które rzekomo stosowali rdzenni Amerykanie, stąd już prosta droga do pandemii. Sprawdzam dzisiejsze newsy o COVID-19, łagodzeniu obostrzeń, kalendarzu szczepień. Obecna fala wyhamowuje, ale naukowcy już ostrzegają przed kolejnym wirusem. Przypominam sobie, że miałam spytać dzieci, jak się czują po szczepieniu. Dzwonię. Pytam. Słucham. Po chwili już nie pamiętam, po co właściwie dzwoniłam.

Stop! Przecież mam pisać. Deadline w piątek, a ja wciąż w polu. Już, już, jeszcze tylko rzut oka na FB – może odezwali się znajomi z Krakowa? Nie, z ich strony na razie cisza. Ale za to kolega zaprasza na spotkanie autorskie, koleżanka podsyła petycję w sprawie edukacji na temat zmian klimatycznych. To ważne, trzeba podpisać! Wcześniej jednak przeczytać, o co dokładnie chodzi. Studiuję treść apelu. Stan planety leci na łeb, na szyję, apokalipsa dyszy nam w kark. Poddenerwowana scrolluję walla. To polubię, tamtego nie, tu wrzucę komentarz, tam podlinkuję jakiś artykuł. Brnę w kolejnych postach, zahaczam o reklamy (fajna bluza z kapturem w ptaki), nerwowo sprawdzam pocztę.

Po trzech godzinach w głowie mam smog. Informacje wirują jak w bębnie pralki, o Odżibwejach wiem niewiele więcej niż rano. Wściekła na siebie, podgryzana przez narastające wyrzuty sumienia i zmęczona ruszam do kuchni. Gdzieś tu w szafce powinny być jeszcze te ciasteczka… Tak, wiem, że to niezdrowe – śniadania nie jadłam, a teraz rzucam się na węglowodany. Ale, do licha, tego teraz potrzebuję! I niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem (albo ciasteczkiem), ten, kto nigdy nie doświadczył takiego stanu.

Każdy chce uwagi

Ten stan to przebodźcowanie. Przestymulowanie informacją. Jak każdy nadmiar jest obciążeniem. Przede wszystkim dla naszej psychiki. Internet, telewizja, radio, media społecznościowe codziennie zalewają nas oceanem słów, obrazów, a przy tym emocji, które niosą. Każdy robi zdjęcia, filmy, pisze bloga albo komentuje posty, każdy ma coś do zakomunikowania nam i światu, każdy (łącznie ze mną) chce, żeby go usłyszano, zobaczono, share’owano. Każdy chce uwagi. Psycholog Igor Rotberg w artykule pt. W morzu informacji zamieszczonym na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej przywołuje dane zebrane przez prezesa Instytutu Nowych Mediów, Eryka Mistewicza. Otóż „codziennie wchłaniamy ok. 100 500 słów, co […] stanowi wzrost o ponad 350 proc. od 1980 roku”. Podał też, że w każdej minucie ludzkość wysyła 12 mln SMS-ów, każdego dnia 294 mld e-maili.

W badaniu przeprowadzonym wśród pracowników biurowych przez Institute for The Future stwierdzono, że dziennie otrzymywali oni około 200 wiadomości. Z tego powodu 71% pracowników czuło stres, a 60% przytłoczenie. Natomiast z badań University of London (2005) wynika, że „pracownicy, których praca była przerywana przez e-maile i rozmowy telefoniczne, cierpieli na dwa razy większy spadek ilorazu inteligencji IQ niż osoby zaciągające się marihuaną” – podaje prof. Jan Fazlagić z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu (Zarządzanie informacją w pracy dyrektora i organu prowadzącego).

O tym, jak na przestrzeni wieków wzrosła produkcja informacji, świadczy choćby to porównanie: w 1472 r. księgozbiór znakomitej biblioteki uniwersyteckiej w Queens College w Cambridge liczył 199 pozycji. Obecnie na całym świecie drukuje się rocznie około 300 tys. nowych książek.

Ale to przecież nie książki są dziś głównym źródłem informacji. Za niekończącą się lawinę bitów odpowiada Internet. Znacznie powszechniejszy niż słowo drukowane, znacznie od niego tańszy, oferujący łatwość docierania do szerokiego grona odbiorców. Jednocześnie tworzący i rozpowszechniający mnóstwo treści wątpliwej jakości, fake newsów, przekłamań. Odbiór internetowych komunikatów wymaga więc ogromnej uwagi, czujności, sprawdzania źródeł. Czyli kolejnego wysiłku dla naszego i tak już przebodźcowanego mózgu.

Rosnącą nawałnicę otaczających nas treści określa się mianem przeciążenia informacyjnego lub przeładowaniem informacjami (information overload). Po raz pierwszy tego terminu użył już w 1970 r. (sic!) futurolog Alvin Toffler. Przewidywał, że szybko rosnąca ilość informacji stanie się poważnym problemem dla ludzkości.

Wspomniany już Igor Rotberg w tym samym artykule pisze m.in.: „Gwałtowny napływ informacji z otoczenia przekracza możliwości mózgu człowieka do ich pełnego odbioru. Trudności występują zarówno na etapie selekcji, jak i dalszych etapach: magazynowania treści oraz ich właściwego zastosowania do określonych celów związanych z wymogami życia. Spada zatem zdolność do przetwarzania informacji przez człowieka, przy jednoczesnym wzroście ich podaży. Moc obliczeniowa komputerów rośnie, jednak nasz mózg nadal pozostaje na poziomie niewiele zmienionym od bardzo długiego czasu”.

Wbrew temu, co można by sądzić, nadmiar informacji nie sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje. Z doświadczeń programu The Security Studies Program (SSP), realizowanego przez Massachusetts Institute of Technology wspólnie z armią amerykańską, wynika, że ilość zebranej przez dowódców informacji nie musi koniecznie sprzyjać poprawie sytuacji militarnej na polu bitwy.

Gubimy się w gąszczu treści, przestajemy odróżniać te wartościowe od śmieciowych. Zmęczeni, zestresowani niemożnością przetworzenia tylu danych, dokonujemy gorszych wyborów. Nie mamy już czasu na przemyślenie decyzji, nie potrafimy się skoncentrować. Przecież na przyswojenie czekają już kolejne tysiące słów.

Psycholog dr David Lewis z międzynarodowego stowarzyszenia ISMA (International Stress Management Association) zdiagnozował i opisał syndrom zmęczenia informacją (information fatigue syndrome). Objawy fizyczne to podwyższone ciśnienie, osłabione widzenie, niestrawność. Objawy psychiczne to wspomniana już frustracja i poczucie życiowego zagubienia, słaba zdolność podejmowania decyzji, rosnąca agresja. Do tego kłopoty z koncentracją i problemy ze snem. Brzmi znajomo?

A jednak w tym tkwimy po uszy. Bez cyfrowych dzienników, portali, forów, Facebooka, YouTube’a, Spotify po prostu nie wyobrażamy sobie życia. Albo się od nich uzależniliśmy, albo też boimy się, że coś nas ominie. To ostatnie zjawisko też już zostało opisane przez psychologów. Nazwano je FOMO (ang. fear of missing out) i rozłożone na czynniki pierwsze oznacza przymus ciągłego sprawdzania e-maili, SMS-ów, portali informacyjnych. FOMO to dusząca obawa, że coś przegapimy, czegoś nie zarejestrujemy, na coś nie zareagujemy. Podstawy tego zaburzenia stanowi naturalna potrzeba akceptacji społecznej – doprowadzona jednak do skrajności. Chęć „bycia na bieżąco”, dowartościowania się zaczyna być tak istotna, że odbiera nam wolność.

Natłok wrażeń i nieustanne trzymanie „ręki na pulsie” daje złudzenie bycia w centrum uwagi. Odsuwa lęki, niechciane myśli, niepokój. Zagłusza coś, co jest znacznie ważniejsze niż „cały ten zgiełk” – świadomość siebie, uważność, autorefleksję. Skrywane autentyczne emocje.

Bujanie w obłokach, bujanie w hamaku

Doskonale wiem, kiedy nadchodzi ten moment. Zmęczenie światem zewnętrznym sięga końca skali. Irytuje byle drobiazg, denerwuje każdy nowy e-mail, telefon, SMS. Na niczym nie potrafię się skupić. Z nikim nie mam ochoty rozmawiać. Marzę o tym, by każdy miał miesięczny limit słów. Zużyłeś/aś już swój przydział? Trudno, w tym miesiącu czeka cię już tylko milczenie. Upajam się tą wizją: Jadę tramwajem, a tam… kompletna cisza. To samo w sklepach, na ulicy, w radiu… wszędzie. Wiadomo, że nie na zawsze, ale choćby na jeden dzień. Albo tydzień.

Nie chodzi o to, by całkowicie zerwać ze światem. Ważne, by zmienić odbiór dostarczanych nam co dzień danych. Postawić im tamę. Ograniczyć czas spędzany w Internecie, uważnie selekcjonować treści. I znajomych. Robin Dunbar, profesor antropologii ewolucyjnej na uniwersytecie w Oksfordzie określił, że nasz mózg może zapamiętać tylko 150 kontaktów towarzyskich. Więcej znajomości nie jesteśmy w stanie realnie podtrzymywać.

Wyznaczyć sobie regularne momenty wyciszenia. Otaczać umysł tzw. białą przestrzenią. To np. te chwile, kiedy „bezmyślnie” patrzymy w przesuwające się chmury, kiedy słuchamy muzyki, nie robiąc przy tym absolutnie nic innego, albo kiedy zwyczajnie się nudzimy.

O zbawiennych skutkach nudy mówili m.in. naukowcy z University of Central Lancashire, którzy w 2013 r. podczas konferencji Oddziału Psychologii Zawodowej Brytyjskiego Towarzystwa Psychologicznego przedstawili wyniki swych badań. Otóż nudząc się, popadamy w stan rozmarzenia, który stymuluje kreatywne myślenie. Zatem bujanie w obłokach, relaks w hamaku czy spacer po lesie to żadne marnowanie czasu. To inwestycja w nasz rozwój. A przy tym nauka bycia tylko ze sobą.

Jak zatem znaleźć wytchnienie?

Chyba nigdy za wiele powtarzania, by zacząć od medytacji. Medytujący mózg jest mózgiem szczęśliwym. Regularne sesje sprawiają, że z dystansem zaczynamy przyjmować przeciwności losu, większym spokojem reagujemy na stresujące sytuacje i złe myśli. Uczymy się koncentracji. Amerykański psycholog i psychiatra Richard J. Davidson za pomocą rezonansu magnetycznego badał mózgi buddyjskich mnichów. Dowiódł, że systematyczna medytacja pozwala na trwałą przebudowę ciała migdałowatego – części mózgu odpowiadającej za emocje, szczególnie te negatywne. Opowiada o tym w niezwykle inspirującej książce Trwała przemiana, którą napisał wspólnie z Danielem Golemanem, badaczem inteligencji emocjonalnej.

Podobnie jak z medytacją – nigdy za dużo przypominania, że znakomite skutki przynosi joga. Wykonywanie asan – od banalnego „psa z głową w dół” po wymagający „kompas” – poprawia nie tylko kondycję fizyczną, lecz także psychiczną. Pomaga się skupić i odczuwać codzienną radość życia. A już szczególnie, jeśli ćwiczymy wśród przyrody: na łące, w lesie, na pustej plaży.

O jodze, jej odmianach i działaniu napisano już całe tomy. Przyjrzyjmy się więc ostatnim krzykom relaksacyjnej mody (choć akurat w tym przypadku słowo „krzyk” jest niezbyt na miejscu).

Dryfowanie z pustką w głowie

Metodą, która ostatnio podbija nasz przepracowany świat, jest „lewitacja” w komorze floatingowej. Komora (zwana inaczej kabiną) izolacji sensorycznej to dźwiękoszczelne pomieszczenie o wymiarach: 2,4 m długości, 1,4 m szerokości i 2,2 m wysokości. Do wysokości 25 cm wypełnia je roztwór wody z solą Epsom; co ważne – temperatura wody jest stała i równa temperaturze ludzkiej skóry (około 35˚C).

„Słona woda unosi twoje ciało. Swobodnie dryfujesz, tak że nawet nie zahaczasz tyłkiem o dno – wyjaśnia mi obrazowo Paweł Gutral, nauczyciel jogi i medytacji oraz do niedawna właściciel jednego z gdańskich salonów z kabiną floatingową. – Zaleca się przy tym zgasić światło (choć jak ktoś woli, może zostawić sobie włączone delikatne, błękitne lampy LED. Masz więc cicho, ciemno, nie czujesz grawitacji ani wrażeń dotykowych. Chodzi o to, by dostarczać jak najmniej bodźców”.

Dlaczego?

„Żeby automatycznie przejść w stan rozluźnienia – odpowiada Paweł. – Gdy mózg nie ma czego analizować, wskakuje w rodzaj letargu. Wysyła sygnał do całego ciała: »teraz mam relaks«. Ciało więc się rozluźnia. Wchodzisz w stan zawieszenia między snem a jawą. Badania dowiodły, że podczas deprywacji sensorycznej zmienia się częstotliwość fal mózgowych – z beta (od 13 do około 28 Hz, stan codziennej aktywności – przyp. red.) w alfa (między 8 a 12 Hz, stan odprężenia – przyp. red.) albo i głębiej – w theta (4–7 Hz, stan na granicy zaśnięcia, transu, medytacji – przyp. red.). Twoja świadomość przyjemnie faluje, czujesz, że odpadasz, a jednak się przebudzasz. Twój umysł odpoczywa od myśli. Użytkownicy kabiny wielokrotnie mówili mi, że podczas takiej sesji po raz pierwszy doświadczyli pustki w głowie. Ich myśli zniknęły. Inni z kolei wspominali o »filmach«, które im się wyświetlały, podróżach mentalnych. Wiele osób wychodziło w euforii, bo odcięcie bodźców świata zewnętrznego może uwalniać endorfiny. Ten stan zrelaksowania utrzymuje się zwykle jeszcze od kilku godzin do doby po sesji”.

Marzę o takim stanie. Tym mocniej, że miejsce, gdzie się spotkaliśmy, kawiarnia na gdańskim Garnizonie, dalekie jest od spokoju. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda idyllicznie: leżaki, kwitnące lipy, pani kelnerka częstuje nas wodą z pomarańczą. Ale z pobliskiej budowy dobiega warkot młotów pneumatycznych, a brukowanym chodnikiem ktoś ciągnie ciężki metalowy wózek, który przeraźliwie grzechocze. Oboje z Pawłem zatykamy uszy, w którymś momencie zaczynamy się śmiać. Trudno o mniej pasujący dźwiękowy komentarz do naszej rozmowy.

Umiar nawet w relaksie

„Sesja trwa standardowo godzinę. Ale niektórzy się lękają tej godziny: no bo co tam robić tak długo?” – pyta retorycznie Paweł.

„Biorą więc ze sobą telefon?” – żartuję, na co Paweł odpowiada całkiem serio:

„Żebyś wiedziała. Gość podkreślał, że ma wodoodporny. Tłumaczyłem, że to nie o to chodzi, ale nie wiem, co w końcu zrobił. Przecież nie będę go sprawdzał. – I dodaje: – Rekordzista spędził w mojej kabinie pięć godzin. Chciał być siedem, ale to już było dla niego za dużo. Wcześniej wchodził regularnie na dwie godziny, miał więc doświadczenie. A jednak nawet w relaksie potrzebny jest umiar”.

Z badań wynika, że zbyt długie przebywanie w komorze deprywacyjnej może wywoływać poczucie lęku i niepokoju, prowadząc nawet do depresji, mogą pojawiać się halucynacje. Odcięty od bodźców mózg zaczyna sam produkować wrażenia.

Paweł najdłużej „dryfował” przez dwie godziny. „Dla mnie to doświadczenie to taka medytacja dla leniwych – mówi z uśmiechem. – Nie stosujesz żadnych technik, nie musisz wracać myślami do puntu koncentracji. Wszystko dzieje się samo. Czy raczej – prawie wszystko. Z poważnym lękiem przed ciemnością, którego doświadczałem od dzieciństwa, musiałem zmierzyć się sam. To bardzo dojmująca emocja, jak strach przed śmiercią. Ciemność w kabinie mi ją przypomniała. Ale nie ustępowałem. Wchodziłem na kolejne sesje, by skonfrontować się ze strachem. Skupiałem się na oddechu. Lęk wracał, ale stawał się coraz delikatniejszy”.

Dla uspokojenia czytelników: kabinę otwiera się od wewnątrz, można też drzwi zostawić uchylone. Jest też specjalny przycisk alarmowy.

Powrót postu

Nowym-starym lekarstwem na przebodźcowanie jest także popularny ostatnio w Dolinie Krzemowej post dopaminowy. Dopamina jest neuroprzekaźnikiem, który odgrywają ważną rolę m.in. w układzie nagrody i odpowiada za nasz stan emocjonalny, w tym motywację. Tak jak endorfiny, zwana jest „hormonem szczęścia” (chociaż hormonem nie jest). Dopaminy dostarczają też inne przyjemności, nie zawsze zdrowe: jedzenie, seks, zakupy, alkohol, hazard, ale i konfetti like’ów pod naszym postem. Łatwo się od nich uzależnić. Niestety, im częściej korzystamy z tych stymulantów, tym słabiej działają. Mózg, domagając się kolejnych dawek dopaminy, pcha nas w odmęty kompulsywnego jedzenia, seksu, pracoholizmu.

Dlatego warto na jakiś czas odstawić rozkosze, by potem znów poczuć ich prawdziwy smak. Przecież od wieków tak robiliśmy. Już w wielu religiach zalecane są dłuższe i krótsze okresy powstrzymania się od jedzenia, zmysłowych wrażeń, nadmiaru aktywności. Chrześcijański wielki post, muzułmański ramadan, posty przed żydowskimi świętami Purim, Pascha, Jom Kippur, buddyjska dieta przed medytacją. Nie chodzi o umartwianie się, raczej o wewnętrzne oczyszczenie się, skupienie na najważniejszym, a przy tym – o poczucie kontroli nad swymi zachciankami i sobą. Kiedy byłam dzieckiem, to wzorem mamy, która przez cały Wielki Post nie piła kawy (a było to dla niej, zamiłowanej kawoszki, naprawdę duże wyrzeczenie), odmawiałam sobie słodyczy i oglądania telewizji (tu szłam na łatwiznę, bowiem nasz starodawny czarno-biały Neptun i tak zwykle bywał zepsuty). Gdy nadchodziła Wielkanoc, byłam z siebie niezwykle dumna, że wytrzymałam. Ale duma nie była jedyną nagrodą – smak tego pierwszego po poście czekoladowego cuksa równy był niebiańskim rozkoszom.

To właśnie ten mechanizm sprawił, że post dopaminowy stał się tak popularny wśród wyczerpanych nadmiarem bodźców mieszkańców Doliny Krzemowej i obecnie podbija resztę świata. W uproszczeniu – przypomina on ortodoksyjną medytację buddyjską Vipassana. Polega na odcięciu się od wszelkich mediów i kontaktów z ludźmi, odstawieniu przetworzonej żywności, cukru, używek, seksu oraz muzyki i sztucznego światła. Umysł i zmysły zanurza się w ciszy.

Brzmi to bardzo dobrze, ale uwaga, z postem dopaminowym, jak ze wszystkim innym, nie można przesadzić. Bo niedobór dopaminy też nie jest korzystny. Jego efekty to chroniczne zmęczenie, brak energii, napięcie, w końcu stany depresyjne. Neuropsychologowie radzą więc, by nie tyle pozbawiać się nagrody, a co za tym idzie dopaminowych „strzałów”, ile zredukować liczbę ich stymulantów. Zwłaszcza tych, które zachęcają nas do niezdrowych zachowań. Zamiast przeglądania Fejsa, można umówić się z przyjaciółmi w fizycznym świecie. Zamiast emotikonek posłać sobie prawdziwy uśmiech. Objąć się na żywo. Endorfiny gwarantowane – i to, jeśli mamy szczęście i akurat w sąsiedztwie nikt nie będzie akurat wiercił czy burzył – już bez nadmiaru bodźców.