Wielki Brat słucha

instytutsprawobywatelskich.pl

WIELKI BRAT SŁUCHA

Joanna Suciu

Dzień przed Wigilią, poranek, galeria handlowa. Spokój, mało jeszcze klientów, którzy chyba jednak wolą się wyspać i później postać w długich kolejkach do kas, poćwiczyć slalom z wózkami w tłumie. Ich sprawa. Większość sklepów w pasażach jeszcze zamknięta, z głośnika sączy się jakaś amerykańska kolęda. Cisza niemal nienaturalna. I wolne fotele do masażu. Siadamy na nich zrelaksowane i rozmawiamy o tym, jakby to było, mieć taki fotel w domu.

Wracamy obładowane zakupami, otwieram laptopa i pierwsza reklama, jaka się wyświetla, to fotele masujące. Te ze wszystkimi opcjami są po 16 tysięcy, te proste po jedyne 9 tysięcy. Nigdy wcześniej nie dostałam takiej reklamy, nie szukałam cen tych cudów techniki przez Internet. Dziwny, naprawdę dziwny zbieg okoliczności.

Rozmawiając o ewentualnym zakupie fotela, siedziałam na takowym i miałam przy sobie telefon. Może został on namierzony przez nadajnik bluetooth zamontowany w fotelu i przez to zostałam zidentyfikowana jako klientka? Ale skąd system wiedział, że rozmawiałam o potencjalnym zakupie takiego fotela? Wiele razy już tu siedziałam, nigdy reklama foteli mi się nie pojawiła. Inna opcja wydaje się bardziej prawdopodobna, choć nieco spiskowa. Otóż: telefony nas podsłuchują! Nie ma znaczenia, że mieszkam za granicą. Cóż to dla dzisiejszej technologii rozpoznać język polski? Zidentyfikować słowa kluczowe: fotel do masażu, kupić. Połączyć to z użytkownikiem i wysłać mu reklamę. Proste. W sumie nic takiego się nie stało – dostałam reklamę produktu, który przez chwilę mnie zaciekawił. O co ten szum?

No właśnie – nie czuję się komfortowo, wiedząc, że jestem cały czas śledzona przez (co najmniej) korporacje, firmy, sklepy. Telefon łączy się bez mojej wiedzy i zgody ze sklepami, koło których przechodzę. Słucha moich rozmów i je analizuje pod kątem mojej przydatności jako klientki? Nawet jeśli nie zabieram ze sobą telefonu, który jest namierzany satelitarnie, kamery monitoringu śledzą mnie nie tylko w sklepach, ale i na ulicach. Czy już rozpoznają moją twarz? Mam przecież zdjęcie profilowe na Facebooku. Moje zakupy mogą też być śledzone za pomocą karty, którą płacę. Konto bankowe zna mój numer telefonu. Kółko się zamyka. System wie, gdzie jestem, co robię. Czy to dobrze, czy to źle? Zależy.

Czy coś wam mówi nazwisko Eric Arthur Blair? Nie? Ale George Orwell zapewne tak. To pseudonim artystyczny pana Blaira. To brytyjski pisarz i publicysta żyjący i tworzący w pierwszej połowie XX wieku. Autor m.in. powieści Rok 1984. Przymiotnik „orwellowski” określa sytuacje, w których system zagraża wolności jednostki bądź całych społeczeństw, szczególnie w zakresie prywatności. Jego zwrot „Wielki Brat patrzy”, jest używany do dziś w potocznym języku. Powieść Rok 1984 była także inspiracją dla stworzenia popularnego reality-show Big Brother. Pisarz jest uznawany za proroka elektronicznej inwigilacji totalnej. Przewidział i opisał zjawiska, które stają się naszą codziennością.

Obecnie w Polsce trwa proces wprowadzania 5G umożliwiającego przesyłanie ogromnych ilości danych. 5G wiąże się z koniecznością zainstalowania tysięcy nadajników emitujących promieniowanie elektromagnetyczne. Jaki wpływ będzie to miało na nasze zdrowie, to osobny temat. Dzięki 5G możliwe będzie między innymi wprowadzanie Internetu rzeczy. Za Wikipedią: jest to koncepcja, wedle której jednoznacznie identyfikowalne przedmioty mogą pośrednio albo bezpośrednio gromadzić, przetwarzać lub wymieniać dane za pośrednictwem instalacji elektrycznej, lub sieci komputerowej. Do tego typu przedmiotów zaliczają się między innymi urządzenia gospodarstwa domowego, artykuły oświetleniowe i grzewcze oraz urządzenia noszone (wearables). Podstawowym celem Internetu rzeczy jest stworzenie inteligentnych przestrzeni, tj. inteligentnych miast, transportu, produktów, budynków, systemów energetycznych, systemów zdrowia czy związanych z życiem codziennym.

Kto nie idzie do przodu, a raczej nie pędzi, ten się cofa. Tylko czy nie jest to trochę ślepy bieg? Widzimy pozytywy, na zagrożenia zamykamy po prostu oczy. Czego nie widzimy, tego nie ma, prawda, milusińscy z rękami na oczach? Może jednak warto rozchylić palce i zerknąć?

Przypomina mi się scena z filmu Fast and Furious (Szybcy i wściekli), gdy hacker przejmuje kontrolę nad samochodami w mieście i za ich pomocą blokuje ulice i atakuje jedną z postaci. Koncepcja inteligentnych miast zakłada sterowanie ruchem inteligentnych samochodów. Chodzi oczywiście o bezpieczeństwo i ułatwienia w ruchu. Jednak to tylko krok od możliwości wykorzystania wszystkiego co jest „smart” przeciwko człowiekowi. Dobry hacker nie będzie mieć problemu z wejściem w system wodociągowy czy energetyczny. Kilkoma kliknięciami sparaliżuje całe miasto, lotniska, fabryki.

Nie chcę brzmieć jak element wsteczny, antyrozwojowy, przedinternetowa skamielina. Pracuję przez Internet od kilkunastu lat. A będąc emigrantką i pamiętając czasy, gdzie czekało się na pocztowe listy, błogosławię komunikatory społecznościowe. Jednak niepokoi mnie ślepy entuzjazm, z jakim dajemy się wciągnąć w te coraz szybsze zmiany. Mało kto zadaje pytania o koszty, patrzy władzy czy korporacjom na ręce.

Warto obejrzeć filmy z wprowadzenia DDT na amerykański rynek. Jakaż to była radość i ufność! Ludzie posypywali pola, trawniki, a nawet siebie i jedzenie tym cudownym środkiem owadobójczym. Czy ludzie w latach 40.-60. ubiegłego wieku byli tak naiwni? Przecież wiemy, że pomimo swoich zalet np. w walce z malarią, DDT jest toksyczne, zagraża środowisku i zdrowiu człowieka.

No właśnie. Nie wiemy jeszcze, jak technologia wpłynie na nasze życie. Czy wszechobecna inwigilacja pójdzie w kierunku zwiększenia bezpieczeństwa, czy w kierunku pełnej kontroli, jak w filmie Matrix?

Już nawet wizje inteligentnego domu wydają się niepokojące. Przykład: inteligentna lodówka będzie kontrolowała stan produktów na swoich półkach i zamawiała przez Internet te, które się kończą. Oczywiście to my będziemy ustalać, co w niej chcemy mieć. Ale wystarczy, że system ubezpieczeń zdrowotnych będzie miał dostęp do tych danych i gdy się pochorujemy, okaże się, że NFZ nie pokryje kosztów leczenia, bo za dużo jednak było tego piwa i słodyczy. Co wy na to?

Planowane są też rozwiązania mające za zadanie chronić nasze zdrowie. Jeden mały chip w naszym ciele i nasz lekarz domowy ma dostęp do danych na temat naszego stanu zdrowia. Jeśli parametry się pogorszą, dostaniemy na specjalną aplikację w telefonie diagnozę, zalecenia i recepty. Lekarz będzie wiedział, gdy zrobi nam się słabo i wyśle karetkę. Cudownie, prawda? Małe urządzenie w naszym ciele, a tyle benefitów. O ewentualnych zagrożeniach nie ma co mówić, nie wpadajmy w paranoję. W końcu, jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś zhakuje aplikację lekarską i zamiast leków, dron dostawczy przyniesie nam narkotyki? Albo że ktoś nam za pomocą tego chipa tak podniesie ciśnienie, że padniemy martwi na miejscu? Zbrodnia doskonała, niezły sposób na nieposłusznych. Science fiction. Na razie.

Niedawno byłam w banku. Musiałam tam podać mój numer telefonu, jeśli dalej chcę korzystać z bankowości internetowej. Muszę, więc podałam. Kolejna nitka połączona. Bank może wiedzieć, gdzie jestem i co robię. Może niedługo, żeby dostać nowy dowód, będziemy musieli nie tylko podać swoje wszystkie dane, ale także dać sobie zeskanować źrenicę? Idąc tropem filmowym: pamiętacie Raport mniejszości i system kamer, które rejestrowały spojrzenia? I nie wejdziemy już do żadnej instytucji, nic nie załatwimy, jeśli nie spojrzymy kamerom w oczy i system nas nie rozpozna. Przesadzam? Oby!

Co robić? Niewielu z nas uda się ucieczka od pełnej inwigilacji i kontroli. Można spróbować zamieszkać w lesie, w nie-smart domu, bez telefonów, bez Internetu. Głupim po prostu, tradycyjnym, gdzie drzwi się otwierają nawet wtedy, gdy nie ma prądu. System nas jednak dopadnie przy pierwszej wizycie w miasteczku. Nie wsiądziemy do bystrego systemu komunikacji, kamera w urzędzie gminy nas nie zidentyfikuje, więc nic nie załatwimy. O lekarzu i aptece możemy zapomnieć. O papierowych pieniądzach już tylko na lekcji historii będzie się uczyć dzieci. Skoro nie mamy karty, sorry, nic nie kupimy. Pewnie nawet w koszu nic nie wygrzebiemy. Już obecnie w Chinach niektóre kosze na segregację odpadów rozpoznają twarze (są wyposażone w kamery połączone z chińskim odpowiednikiem FB).

Nie mam gotowych odpowiedzi. Może, póki co, częściej pójdę na zakupy bez telefonu i karty do bankomatu, tylko z gotówką. Dopóki się da, będę unikać jakiegokolwiek skanowania źrenic, wszczepiania mi czegokolwiek. Będę na noc wyłączać wi-fi, niech mnie spowija ciemność mniej promieniująca. Będę czytać o zagrożeniach i o nich mówić, zadawać pytania, podpisywać petycje. Domagać się od polityków debat publicznych, zanim podejmą tak ważne decyzje, jak stukrotne zwiększenie dopuszczalnej normy promieniowania elektromagnetycznego. Tak, tak, stało się to w 2019 roku, w grudniu, po południu, gdy zajęci byliśmy szukaniem prezentów. A nasz rząd nam taki właśnie prezent zrobił. Przespaliśmy tę zmianę zapatrzeni w nasze cudowne smartfony. Głos tych, którzy nie spali, był za słaby. Niedługo nasze ulice ozdobią przekaźniki 5G, do których musimy sobie sami dokupić nowe telefony. Powoli wszystko zacznie być smart.

Ktoś może powiedzieć, że porządek musi być. Ludzi jest coraz więcej i zapanowanie nad tą masą wymaga nowych narzędzi. W końcu – czy kiedykolwiek ludzkość była całkowicie wolna? Przecież nawet w dawnych czasach były spisy ludności. Dlaczego Jezus musiał się rodzić w stajence? Dlaczego nie było miejsca w gospodzie? Ano, bo ludzie szli do miasta na spis powszechny. Tak, zgadza się, jednak obecna kontrola przekracza granice koniecznego minimum, wkracza w nasze życie prywatne, próbuje je normować i ograniczać.

Czy nasze dzieci będą patrzeć na nas jak my na naszych dziadków posypujących głowy DDT? Czy będą mieć nam za złe, że daliśmy się tak łatwo umieścić w systemie i pozwoliliśmy przejąć pełną kontrolę nad naszym życiem? Czy w przyszłości wyrazem buntu i bohaterskim czynem będzie wyjście na spacer bez telefonu, w masce na twarzy, by nas inteligentne miasto nie rozpoznało, nie zaatakowało reklamami, nie zamknęło wyjścia poza mury, do lasu, gdzie jest tak niebezpiecznie, nieobliczalnie, gdzie możemy się potknąć, upaść na mech i żaden lekarz nie będzie o tym wiedział i nie wyśle ekipy ratunkowej?

Chcę wierzyć w same dobre intencje polityków i korporacji, w ich troskę o nas, maluczkich. Jednak tak jak w Panu Tadeuszu pańskie oko konia tuczy, może lepiej by Wielki Brat czuł na sobie oczy milionów, które mówią: sprawdzam?

Na razie idę niepostrzeżenie na spacer z nadzieją, że kamery na płotach sąsiadów są zajęte ważniejszymi widokami. Może nawet deszczówki się z liścia napiję i znajdę nigdzie niezarejestrowanego orzecha czy grzyba?