Zdalna szkoła? Jeszcze będziemy za nią tęsknić. Nauczyciel przestał być żandarmem

okopress

Alicja Pacewicz

ZDALNA SZKOŁA? JESZCZE BĘDZIEMY ZA NIĄ TĘSKNIĆ. NAUCZYCIEL PRZESTAŁ BYĆ ŻANDARMEM

Mogłyśmy przestać być żandarmami. Teraz zastanawiamy się, jak to przenieść do szkoły od września” – mówią nauczycielki. Odczarowane zostały oceny. Dzieciaki są w stresie, po co im dokładać? Może to nam zostanie, choć trochę?

„Czasy epidemii przyniosły paradoks: komunikacja zdalna zamiast doprowadzić do jeszcze większej izolacji nauczycieli, otworzyła ich na kontakty między sobą, z dyrekcją, z rodzicami, z uczniami. Odkryli w uczniach ludzi.

Niektórzy z rodziców pierwszy raz zetknęli się z ogromem materiału, który zgodnie z podstawą programową muszą opanować ich dzieci, co wywołało zaskoczenie połączone z niedowierzaniem, a czasem przerażeniem.

Może teraz powstanie jakiś ruch rodziców protestujących przeciwko bezsensownym wysiłkom swoich dzieci a zarazem męczarnią i znudzeniem nauczycieli, którzy muszą tego wszystkiego uczyć?

Mówię o tym w różnych wywiadach i piszę od lat, że konieczne jest pilne przejście od poszatkowanej, szczegółowej i przeregulowanej podstawy z tysiącami szczegółowych wymagań, do podstawy skierowanej na kompetencje ogólne i pogłębianie, a nie poszerzanie w nieskończoność tego pola” – pisze Alicja Pacewicz, edukatorka. Oto jej artykuł napisany dla OKO.press w oparciu o badania, obserwacje i 25-letnie doświadczenie w pracy takich organizacji jak Centrum Edukacji Obywatelskiej, Szkoła z klasą i wiele europejskich inicjatyw*.

85 proc. nie miało doświadczenia z edukacją zdalną, ale dużo się udało

Cztery badaczki z Fundacji Centrum Cyfrowe uchwyciły niesamowite zjawisko nagłego wrzucenia szkoły w zdalne nauczanie, na głęboką wodę, bez kół ratunkowych. Okazuje się, że 85 proc. nauczycielek i nauczycieli nie miało żadnego doświadczenia z edukacją zdalną, czyli „pływać” umiało tylko 15 proc. To pokazuje ogrom wyzwania przed jakim epidemia postawiła szkolnictwo. W dodatkunawet te 15 proc. nauczycieli też w większości nie pracowało systematycznie online.

Brali tylko udział w webinariach czy kursach internetowych, wysyłali uczniom linki i materiały albo porozumiewali się z nimi mailem, na Skypie lub Messengerze.

“Codziennie mam poczucie, że jestem na froncie. Nie byłam na to przygotowana. Wszystkiego uczę się sama, staram się jak mogę, dla dzieciaków i rodziców, bo wiem, że liczą na nas” – mówi nauczycielka z ponad 11-letnim stażem (woj.pomorskie) **

Dobra wiadomość jest taka, że właściwie wszyscy badani nauczyciele oceniają, że udało im się mniej więcej opanować umiejętności, których wymaga uczenie zdalne. Ci, którzy mieli wcześniej jakieś doświadczenia oceniają swoje obecne kompetencje cyfrowe na 7,6 (na skali 0-10), a ci którzy nie ich mieli na 6,8. Nawet jeśli trochę przesadzają, oznacza to, że poczuli się bezpiecznie, oswoili się z kompletnie innym sposobem uczenia. Dobrze!

Robią to tak:

83 proc. nauczycielek wysyła uczniom linki do tekstów, e-podręczników i innych materiałów w Internecie.

82 proc. prowadzi indywidualne konsultacje z uczniami, świetna rzecz. Pewnie nie ze wszystkimi i nie w każdej sprawie, ale generalnie prawie wszyscy są gotowi odpowiedzieć na pytania uczniów – na Skypie, Messengerze, e-mailu, albo szkolnej platformie.

74 proc. korzysta z platformy do edukacji online typu Google Classroom, Microsoft Teams itd., co pozwala na pracę z całą klasą lub grupami uczniów, zadawanie zadań i ich recenzowanie, przesyłanie informacji, filmów, wspólne tworzenie prezentacji i pracę projektową. Czyli nie najgorzej, nawet jeśli nie wszystkie funkcjonalności są wykorzystywane albo używa się ich chaotycznie.

55 proc. prowadzi lekcje na żywo. Uważam, że to dobry wynik: ponad połowa nauczycieli jest w stanie odpalić klasę na platformie, Zooma czy Skype’a , wpuścić do pokoju uczniów, przeprowadzić lekcję, zareagować na pytania na czacie.

55 proc. przesyła instrukcje, co dzieci mają przeczytać, jakie ćwiczenia wykonać.

53 proc. wysyła uczniom dokument z zadaniami na poszczególne dni, czyli harmonogram. To ważne, bo uczniowie się w tym wszystkim trochę gubią i bardzo cenią rozpiskę na dłuższy czas, choćby tydzień, dwa z góry.

Boją się nagrywać lekcje na wideo, ale poza tym się sprawdzili

Najmniej (31 proc.) nagrywa lekcje wideo. Ale to stary problem polskiej szkoły – nauczyciele boją się utrwalić swoje zajęcia, wstydzą, uważają, że źle wyglądają przed kamerą. Wszyscy trochę tak o sobie myślimy w tym kraju, że „źle wypadamy”. A nauczyciele, którzy tyle czasu spędzają na ocenianiu innych, mają wręcz obsesję, żeby „dobrze wypaść”.

Boją się też konkretnie, że jak ich lekcja zostanie zarejestrowana, to ktoś to potem oceni, albo, że staną się pośmiewiskiem, ktoś wytnie fragmenty z wtopami, ktoś coś zmontuje.

Te obawy podsycił cykl lekcji w TVP. Straszna krytyka w sieci, częściowo zasłużona, częściowo przesadzona, utwierdziła lęki nauczycieli, że mogą stać się obiektem hejtu.

Na szczęście atmosfera wokół lekcji telewizyjnych się poprawiła, powstało też kilka innych kanałów z nauczycielskimi nagraniami, a dosłownie tysiące nauczycielek i nauczycieli występuje w setkach webinariów i debat online, organizowanych przez instytucje i oddolne ruchy edukacyjne.

Oczywiście są grupy nauczycieli, którzy w ogóle nie wesli do zdalnej szkoły. Ale to raczej pojedyncze przypadki, którymi trzeba się na spokojnie zająć. Obraz ogólny jest moim zdaniem dobry.

Po raz kolejny widzimy, że polscy nauczyciele, jakby ich nie krytykować, np. za zbyt “transmisyjny” styl pracy, potrafią się szybko uczyć.

Ograniczenie kontaktu dało zwiększenie kontaktów

Kolejny zysk jest trochę przewrotny. Wzrosła nauczycielska świadomość codziennej sytuacji osamotnienia i poczucia, że trochę nie wiemy, co i jak mamy robić i jak będziemy z tego rozliczani. I że nie ma z kim o tym pogadać.

Okoliczności sprawiły, że nauczyciele zaczęli doceniać współpracę między sobą. Na początku zapanował kompletny chaos, bo prawie nie było szkół, w których system zdalnej edukacji byłby zainstalowany i przećwiczony.

 

Nie wiadomo było, kto ma właściwie zdecydować, jak mamy teraz uczyć? Dyrektor? Pan czy pani od IT? Czy nauczyciele mają prawo korzystać ze swoich ulubionych narzędzi, jeśli szkoła używa czegoś innego?

W wielu szkołach zaczęły się więc narady online między nauczycielami, typu „Hej, ja robię tak, co wy na to?”. Trwały konsultacje z dyrekcją, ludźmi od IT, czasem inicjatywę podejmował samorząd lokalny jako jednostka prowadząca szkołę. Na przykład cała Warszawa przeszła szybko na Microsoft Teams, dzięki sprawnej akcji biura edukacji Ratusza.

Czyli mamy paradoks: nastąpiło ograniczenie bezpośredniego, normalnego kontaktu, a komunikacja zdalna zamiast doprowadzić do jeszcze większej izolacji nauczycieli, otworzyła ich na kontakty między sobą, z dyrekcją, z rodzicami, z uczniami.

Widziałam wiele dziękczynnych listów od rodziców, że nam się tak świetnie udało, właśnie nam – czyli całej szkolnej społeczności, i jesteśmy wdzięczni, bo widzimy, że to działa.

Niektórzy nauczyciele narzekają na dyrektorów, którzy nie byli w stanie tego szybko ogarnąć, ale często zamiast dyrektorki robiły to np. dwie wicedyrektorki, a czasem po uzgodnieniu z dyrektorem, liderem edukacji cyfrowej zostawała pani od biologii, bo zna się na tym albo przeszła jakieś szkolenie. Albo ma doświadczenia np. z naszego programu Szkołą z klasą, gdzie od 18 lat trzeba pisać sprawozdania w sieci. Jest dużo sygnałów wzajemnej pomocy nauczycielskiej. Koleżanki, które już coś umiały, uczyły inne.

Powstała masa inicjatyw, grup, koalicji, propozycji organizacji pozarządowych, nowych stron na Fb, tworzonych przez Centralny Dom Technologii, Fundację Katalyst, Centrum Cyfrowe, Fundację Szkoła z Klasą czy Cyfrowy Dialog. Są strony, gdzie można zadawać pytania dosłownie o wszystko – odpowiadają na nie specjaliści, a nawet zrobiony przez IBM chatbot “Edzio”.

Kwitną webinaria, konferencje, zoomy, zestawy dobrych przykładów, wskazówek, duże i małe poradniki.

Jest jeszcze taki drugi – jak to nazywał Lech Wałęsa – plus ujemny.

Szok dla rodziców: ile te dzieci muszą się uczyć

W nowej sytuacji zaczęliśmy zastanawiać nad tym, co w edukacji jest naprawdę ważne. I to już nie tylko nauczyciele, ale i rodzice. Niektórzy z nich pierwszy raz zetknęli się z ogromem materiału, który zgodnie z podstawą programową trzeba opanować, co wywołało zaskoczenie połączone z niedowierzaniem, a czasem przerażeniem, zwłaszcza gdy dziecko oczekiwało pomocy.

Na forach rodziców z Podkarpacia czytamy: „Nie mam kompetencji pedagogicznych, więc jak mam nauczyć córkę nowego tematu?”,

„U mnie to samo. Przeczytaj rozdział, zrób ćwiczenia. Cudowny Office365, darmowy dla wszystkich uczniów, nauczycieli i rodziców w Rzeszowie wariuje, wiesza się”,

„U nas wirtualna szkoła kończy się i zaczyna na zadawaniu (na każdy dzień) masy zadań do samodzielnego rozwiązania”.

Jest oczywiście jakieś grono rodziców zwariowanych na punkcie osiągnięć dzieci, którym zawsze będzie mało. Rzucają teksty typu „a myśmy się na pamięć uczyli całego ‚Pana Tadeusza’”, albo „my to mieliśmy prawdziwą matematykę, nie to co teraz”. No i wymagają od nauczycieli pełnej gotowości i “24/7”:

“Najczęściej rodzice odzywają się mailem i dziennikiem elektronicznym. Ale też dzwonią.

I nie szanują mojego czasu pracy. W przedświąteczną sobotę, miałam telefon o 06:17. Odebrałam i powiedziałam, że proszę o telefon w dzień powszedni między 8-16. Połowy pytań mogłoby nie być, gdyby rodzice umieli czytać ze zrozumieniem. A niektórzy złośliwi wysyłali 9 wiadomości tej samej treści pod rząd, aż nie odpisałam” (nauczycielka z 11-letnim stażem, woj. łódzkie).

OK, są nieporozumienia. Ale generalnie mam wrażenie, że zaczynamy – i nauczyciele, i rodzice – rozumieć, że nauka powinna być bardziej nastawiona na podstawowe, ogólne umiejętności uczenia się, wyszukiwania i interpretowania informacji, stosowania wiedzy do rozwiązywania problemów i krytycznego myślenia. A mniej na szczegółowe wymagania, które właściwie brzmią jak zadania na egzaminie.

Jeszcze raz. Szkoła powinna uczyć takich umiejętności, jak czytanie, pisanie i liczenie, ale także:  eksperymentowanie, porównywanie, sprawne wypowiadanie się, także publicznie, rozumienie procesów historycznych społecznych i przyrodniczych, twórcze podejście do wyzwań, ale też dbanie o siebie, gotowanie, edukację zdrowotną i seksualną.

A jak jest? Od lat o tym mówię, przeżywam wciąż to samo zdumienie jako edukatorka i jako matka.

Pamiętam jak nasz młodszy syn Mateusz, podgrywając na gitarze rapował “pamięciówkę” o strefach lasów w Południowej Ameryce: “tierra caliente, tierra templada, tierra fria, tierra helada…” I wyratował się jakoś przed dwóją. W dodatku, on to naprawdę zapamiętał, ma zaśmieconą głowę tymi glebami.

To zdumienie stało się udziałem tysięcy rodziców dzieci zwłaszcza ze starszych klas, którzy z bliska patrzą na lekcje i prace domowe. Wszystkie te symbiozy, mutualizmy, komensalizmy, mejozy i mitozy…

Akurat mejoza i mitoza by się teraz nadała, zwłaszcza gdyby zadać podchwytliwe pytanie “a jak to, drogie dzieci, wygląda u koronawirusów?” (odpowiedź: w ogóle nie wygląda, bo wirusy nie mają jądra komórkowego).

Wysiłek nauczycieli też jest ogromny

W badaniu Centrum Cyfrowego nauczyciele jako problem z edukacją zdalną najczęściej wymieniają „czasochłonność”. Czytaj – ogromny wysiłek ich własny, ale także uczniów w spełnianiu oczekiwań podstawy programowej. Co więcej, tylko połowa z tych osób, która widzi ten problem, twierdzi, że sobie z nim radzi.

Główne problemy to: czasochłonność procesu, braki sprzętowe uczniów, łącze internetowe uczniów, różnice poziomu między uczniami, organizacja przestrzeni w domu, łącze internetowe nauczycieli.

Nauczanie zdalne jest faktycznie czasochłonne, zwłaszcza na początku. Często widzę, że jakaś nauczycielka wrzuca coś na Facebooka, albo pisze do mnie maila, dobrze po północy. A przecież część z nich  ma też własne dzieci i musi im pomagać. A jak to jest samotna matka, albo partner pracuje do 17:00, to dzień czasem zamienia się w koszmar.

“Brakuje mi wsparcia mentalnego i psychologicznego. Dźwigam rozterki, strach uczniów oraz rozżalenie i strach rodziców. Z tym sobie nie radzę. Wszystko inne jestem w stanie zorganizować, nauczyć się, pokonać”.

Uczmy myśleć a nie zapamiętywać

Pojawiły się świetne inicjatywy oraz apele do władz oświatowych, żeby przynajmniej na czas epidemii ogłosić, że ważne są ogólne wymagania a nie szczegóły.

Bo podstawa programowa do każdego przedmiotu ma krótkie i sensowne wymagania ogólne (np. do historii to takie umiejętności jak lokalizowanie w czasie i przestrzeni wydarzeń czy procesów, rozumienie przyczyn, skutków historycznych zmian), ale potem następuje litania  umiejętności szczegółowych. Uczeń:

  • charakteryzuje przemiany ustrojowe i społeczne (w tym problem niewolnictwa) w państwie rzymskim doby republiki oraz cesarstwa, z uwzględnieniem roli Juliusza Cezara i Oktawiana Augusta;
  • opisuje charakterystyczne przejawy ożywienia społeczno-gospodarczego w Europie XI-XIII w.;
  • opisuje zmiany na mapie politycznej Europy w XIV-XV w.;
  • opisuje sytuację wewnętrzną i położenie międzynarodowe Rzeczypospolitej Obojga Narodów w latach 1669–1696.

Świadomość absurdu szczególarskiej nauki rodem z XIX wieku, to zysk z epidemii. Czy ktoś z tego skorzysta, nie wiem.

Mówię o tym w różnych wywiadach i piszę od lat, że konieczne jest pilne przejście od poszatkowanej, szczegółowej i przeregulowanej podstawy z tysiącami szczegółowych wymagań, do podstawy skierowanej na kompetencje ogólne i pogłębianie, a nie poszerzanie w nieskończoność tego pola.

„Oczekiwaliśmy zwolnienia z obowiązku realizowania podstawy programowej – to dałoby możliwość elastycznego dostosowania się do potrzeb różnych uczniów w tej obciążającej (również ich) sytuacji psychicznej. Brakuje wsparcia od systemu i innych nauczycieli, którzy nie rozumieją, że bezwzględne realizowanie PP oraz punktowane wiedzy dzieci nie powinno być priorytetem w nauczaniu zwłaszcza w tej sytuacji. Brakuje empatii dla ucznia i jego możliwości i warunków, w których ma pracować” – mówi nauczycielka szkoły społecznej, z woj. warmińsko-mazurskiego.

W trakcie zdalnej edukacji od nauczycieli nadal oczekuje się wypełniania wszystkich wymagań podstawy programowej, ale na szczęście większość  szkół i nauczycieli trochę na własną rękę urealnia te oczekiwania. Zachęcają do tego doradcy zawodowi, doświadczeni nauczyciele, organizacje edukacyjne, a nawet wydawnictwa: “Trudno sobie wyobrazić możliwość pełnej realizacji podstawy programowej poprzez zdalne nauczanie. Dlatego ograniczmy ją i wykorzystajmy tę okazję do nauczenia tego, na co zwykle w szkole jest mało czasu, a co pomoże nam nadrobić z uczniami zaległości po powrocie do stacjonarnego nauczania. Chodzi mianowicie o umiejętności skutecznego uczenia się”.

Może teraz powstanie jakiś ruch rodziców przerażonych bezsensownym wysiłkiem swoich dzieci a zarazem męczarnią i znudzeniem nauczycieli, którzy mają tego wszystkiego uczyć?

Może więcej dorosłych zrozumie, że kucie niekoniecznie sprzyja rozwojowi  intelektualnemu i społecznemu dzieci? Na razie widzę coraz więcej deklaracji różnych organizacji, pomysłów nauczycieli, ale  też obaw, że jak nie będą nawet w czasie pandemii pilnie realizować podstawy programowej, to będą z tego kłopoty.

Na przeszkodzie urealnieniu i usensownieniu szkoły stoi także źle ukierunkowana ambicja wielu rodziców, żeby dzieci się więcej nauczyły i lepiej wypadły na egzaminach.

Podważona obsesja oceniania i egzaminowania

Polska szkoła ma obsesję egzaminowania, oceniania, wiecznego sprawdzania, jakby od tego człowiek się uczył, że go szczegółowo kontrolują. Tymczasem uczymy się, bo coś nas interesuje, wciąga. Owszem, potrzebne są sensowne zadania, które pozwalają uczennicy stwierdzić, że już np. zrozumiała, dlaczego mydło zabija wirusy (ciekawe, ilu nauczycieli biologii wykorzystało ten bieżący temat?).

Jak już mówiłam OKO.press, błędem władz było zwlekanie z decyzją, co z egzaminami ośmioklasisty czy maturami. To wywoływało niepotrzebny dodatkowy stres. Pomijam fakt, że w wielu krajach można było po prostu nie robić egzaminu ósmoklasisty i przy rekrutacji do szkół średnich wziąć pod uwagę oceny z ostatnich dwóch czy trzech semestrów.

Tę obsesję oceniania osłabia nauczycielska świadomość, że część prac uczniowskich jest wykonywana niesamodzielnie. Wszyscy o tym wiedzą. W czasie sprawdzianów uczniowie przesyłają sobie na komórkach rozwiązania. Na miejscu pomagają rodzice, starsze rodzeństwo. Nie zawsze chodzi nawet o lepszą ocenę dla córki czy siostry, ale o to, żeby zaliczyła i nie siedziała po nocy.

Wypracowanie czy test z angielskiego pisze się w domu, mając otwartego smartfona i mamę obok.

I to jest świetna okoliczność, bo kompromituje nadmierne przywiązanie, żeby  wszystko było na ocenę, że muszę się pochwalić tym, co napisałem czy narysowałam i dostać w nagrodę ocenę. Ocena! Ocena! Ocena! Czyli jestem warta. Czy poprawiłem oceny?

Obecne kłopoty z ocenianiem zawieszają iluzję obiektywności ocen i tej ich straszliwej wagi. Przecież jeden nauczyciel oceni moją pracę na szóstkę, drugi na czwórkę.

Odżywają pedagogiczne pomysły, czy choćby marzenia o szkole bez stopni, czy z ocenami opisowymi… Rosną szanse na upowszechnienie tzw. oceniania kształtującego, które polega na dawaniu informacji zwrotnej, żeby dziecko czy młody człowiek coś poprawił, a nie żeby go czy ją podsumować stopniem.

Odczarowane zostają same oceny. Wielu nauczycieli otwarcie mówi, że jeśli teraz coś oceniają, nie dają mniej niż czwórka. Dzieciaki są w stresie, po co im dokładać. Może to nam zostanie, choć trochę?

Bo przecież uczniowie są zawsze w stresie, a kompulsywne ocenianie, jakie występuje w polskiej szkole, często przeszkadza się uczyć, zabija motywację wewnętrzną: że to mnie interesuje i kręci. Nie jesteśmy jeszcze jako społeczeństwo gotowi, żeby odstąpić od ocen, nawet uczniowie się ich czasem dopominają, ale na pewno warto powoli zastępować je informacją zwrotną, recenzją pracy albo rozmową o tym, co poprawić lub dodać.

Uczeń warszawskiego technikum na webinarium przestrzegał nauczycieli przed zadawaniem zdalnie zadań prostych do wygooglowania i/lub skopiowania. Sens mają  zadania z indywidualnym rysem oraz takie, które wymagają wkładu twórczego.

Epidemia to wymarzony czas, by doceniać wysiłek uczniów i podtrzymywać ich w tym, żeby robili coś po swojemu, ciekawie, z zaangażowaniem.

Na przykład Paweł Nawrocki, nauczyciel historii w warszawskim technikum poligraficznym polecił uczniom, by wybrali jedną postać z XIX wieku, którą naprawdę podziwiają i uzasadnili wybór. A także przedstawili postać w formie multimedialnej lub graficznej opowieści.

Nauczyciele zobaczyli w uczniach ludzi

Dzięki koronawirusowi wszyscy wypadliśmy z rutyny, i to jest dobre. Wielu wychowawców zastanawia się, co się dzieje z uczniami, próbuje sobie wyobrazić ich dom i sytuację. Nauczyciele stawiają sobie pytanie, jak młodych wciągnąć do zdalnej nauki, jak do nich dotrzeć. I widzą jak na dłoni, że liczy się indywidualne podejście i osobisty kontakt.

Na jednym z webinariów nauczyciele mówili mi wcale nie żartując:

„Przestaliśmy być żandarmami. Ucząc zdalnie przekonaliśmy się, jaką wartość ma docieranie do każdego ucznia, próbujemy i widzimy, że czasem jest to bardzo trudne. Normalnie to nam umyka. A teraz zastanawiamy się, jak to przenieść do szkoły od września”.

W czasie webinarium Szkoły z Klasą o ocenianiu to był główny motyw – przepraszam za fachowy zwrot – indywidualizacja nauczania. O tym mówiła Zyta Czechowska, nauczycielka roku 2019, która uczy w szkole specjalnej i tak pracuje od lat, mówił Kamil Paździor, który uczy w szkole średniej. Uczestnicy spotkania mieli jednak obawę, „jak to będziemy robić po powrocie do szkoły, gdzie zawsze dużo się dzieje i nie ma czasu na osobisty kontakt i konsultacje”?

Uważam, że to jedna z tych rzeczy, które szczególnie warto zachować i wpisać w post-pandemiczną szkołę. Online i offline!

Wciągnięcie uczniów w pracę na lekcji online bywa trudniejsze, niż w klasie. Mogą jednym okiem patrzeć na nauczyciela, który coś mówi, a na  boku grać z dużą grupą, na tym samym ekranie albo na smartfonie. I co?

„Czasami nic się nie da z tym zrobić – i trudno”, mówi jedna z nauczycielek, “przecież ich nie upilnuję, zresztą w trakcie webinarium ja też czasem odchodzę od ekranu”.

Niektórzy nauczyciele upierają się, by uczniowie mieli włączone kamerki w czasie lekcji online, ale wielu uznało, że “zmuszać ich nie będę, zakładam, że mają ważne powody, żeby wyświetlać tylko inicjały albo zdjęcie, za to widzę, że ci bez kamerek też włączają się w zajęcia, mówią i piszą, nawet więcej niż na lekcji w klasie”.

Takie pogodzenie się z rzeczami, na które nie mamy wpływu i skupienie na najważniejszym, jest dla wielu nauczycielek i nauczycieli wyzwalające.

Ogromne dysproporcje, bolesny problem. Ile dzieci zostało poza systemem?

Na koniec rzecz bolesna. Eksperyment ze zdalną edukacją przypomina nam o wielkim problemie polskiej edukacji, czyli nierównościach. Dysproporcja między bogatymi i biednymi gminami, między rodzicami zamożnymi i lepiej wykształconymi (co ze sobą koreluje), którzy angażują się w naukę swoich dzieci, a rodzicami o mniejszym kapitale kulturowym i edukacyjnym, stają się jeszcze większe niż normalnie. Kluczowe znaczenie ma jakość sprzętu komputerowego i jakość internetu. Potwierdzają to odpowiedzi na pytanie, z czym nauczyciele mają trudności (patrz wykres – wyżej).

Poza „czasochłonności procesu” (o czym była już mowa) trzy następne odpowiedzi dotyczą nierówności edukacyjnych: braki sprzętowe uczniów, kiepskie łącza internetowe i różnice poziomów między uczniami.

“Dopiero teraz odkryłam, że większość dzieci nie ma komputera albo ma jeden na całą rodzinę. Brak komputera i internetu u niektórych uczniów – na ten moment dyrektor na to nie zareagował” (nauczycielka z ponad 11-letnim stażem, woj. warmińsko-mazurskie)

Nauczyciel wysyła tekst, film, jakaś część uczniów w ogóle nie zareaguje, część nie rozumie, o co chodzi i nie jest w stanie rozwiązać zadania ani odpowiedzieć na pytanie. Nauczyciel nie ma jak zrobić tego, co robi normalnie, czyli zebrać grupę z problemami i jeszcze raz im wszystkim wyjaśnić. Kiedy to robi on line ci, którzy już zrozumieli, zaczynają grać albo czatować.

Można też czasem usłyszeć legendę, że dzieci mówią, że nie mają komputera, bo… im się nie chce uczyć. To oczywiście bzdura, choćby dlatego, że przyznanie się do braku sprzętu musi być „obciachowe”.

Wiele dzieci naprawdę nie ma komputera, albo jest jeden w domu i toczy się o niego bitwa między rodzeństwem i rodzicem pracującym zdalnie.

Na różnych zoomach widzę często, jak dwójka dzieci kłóci się o ten drugi komputer, z którego akurat nie korzysta mama.

Znam wykładowców uniwersyteckich, którzy umierają ze szczęścia, że w ostatniej chwili udało im się odebrać komputer z naprawy, bo jak nie, to by musieli od dziecka pożyczać, a dziecko ma kilka lekcji dziennie, a potem odrabia pracę domową do 18:00, jak dobrze pójdzie.

Wyraźna jest różnica między Polską dużych miast i Polską wsi i miejscowości poniżej 10 tys. Dotyczy to zarówno nauczycieli, jak i uczniów. To jest cywilizacyjna luka do nadrobienia. Część nauczycieli mówi o tym, że gmina pomogła, wypożyczyła, ale to nie było wystarczające. Ministerstwo Cyfryzacji też uruchomiło jakieś środki, ale zanim to dotarło do potrzebujących…

“Ja nie potrzebuję wsparcia, ale uczniowie, którzy nie mają dostępu do sprzętu i internetu, już tak. Szczególną opieką powinny zostać objęte dzieci z rodzin wielodzietnych, pozostających pod kuratelą OPS-ów [Ośrodek Pomocy Społecznej] oraz z domów dziecka”. (nauczycielka ze stażem 6-10 lat, woj. mazowieckie)

W bogatej Warszawie “z radarów” zniknęło 600 uczniów, ale kolejne kilka tysięcy pojawia się na zdalnych lekcjach tylko od czasu do czasu. Jeśli tak, to ilu uczniów w ogóle przestało się uczyć w mniejszych miastach i na wsiach?

A co z uczniami o specjalnych potrzebach – nauczycielom nie udało się nawiązać kontaktu z około jedną trzecią! “Rodzice nie dają rady, szczególnie dzieci orzeczeniowych, z którymi powinno się pracować wspólnie, bo same nie są w stanie zrobić nic” (nauczycielka, 6-10 lat stażu, woj. mazowieckie).

Nauczanie zdalne jeszcze pogarsza sytuację dzieci uchodźczych i dzieci romskich, tu trzeba myśleć kreatywnie i polegać całkowicie na smartfonach.

Różnice kapitału kulturowego i edukacyjnego są i będą. Ale publiczna edukacja jest od tego, żeby je niwelować. Nawet jeśli na nią narzekamy, bez niej mielibyśmy jeszcze większe przepaści.

W USA mówi się, że co roku – w czasie wakacji – luka między lepiej i gorzej urodzonymi uczniami się powiększa. Czas zamknięcia szkół działa na nierówności jeszcze gorzej niż wakacje, bo młodzi ludzie z najtrudniejszych środowisk nie tylko nie mają okazji nadrobić braków, ale jeszcze stoją w miejscu, a pozostałe dzieci idą do przodu.

Potrzebny jest większy namysł, nie tylko związany z koronawirusem, co zrobić z miejscowościami poniżej 10 tys. Niektórym się udaje, mogę dać wiele przykładów z biednych miejscowości popegeerowskich, albo na łódzkich Bałutach, gdzie dzięki świetnej dyrekcji i kadrze, realizują dobre pomysły, dzieci nadrabiają edukacyjną lukę i przeganiają innych.

Wnioski: mniej kontroli, więcej współpracy, mniej rywalizacji…

Z tej pandemii polska szkoła może się sporo nauczyć.

 

Lekcja nr 1: nie da się wszystkiego skontrolować, a nawet więcej – nie warto i nie należy.

Nie chodzi o to, że zdarzają się rzeczy tak nieprzewidywalne jak koronawirus, ale generalnie: w edukacji warto się bardziej kierować zaufaniem do innych i do siebie, niż scentralizowaną kontrolą i biurokratycznym rozliczaniem.

Nauczyciele nauczyli się tego pływania na głębokiej wodzie, dlatego, że nie chcieli zawieść swoich uczniów i samych siebie, a nie dlatego, że ktoś ich rozliczał i kontrolował. Dużo więcej takiej motywacji powinno być też w normalnych czasach.

Lekcja nr 2: nie warto tak się skupiać na ocenianiu. Lepiej postawić na motywowanie, „wciąganie”, docenianie. Dzięki epidemii wyraźniej widzimy, że ocenianie na stopnie jest niewystarczające i nieadekwatne.

Potrzebne są inne nauczycielskie sposoby wkręcania w naukę i zachęcania do wysiłku.

Lekcja nr 3: ważniejsza jest współpraca, niż rywalizacja. W nauczaniu zdalnym jest mniej jest stresu wynikającego z tego, że coś trzeba zrobić szybko, w takim tempie jak najszybsi, że ktoś wypada lepiej ode mnie albo znowu dostał lepszą ocenę. Wielu uczniów, szczególnie bardziej wrażliwych, mówi “jak ja oddycham teraz, bo nie mam tego codziennego stresu i mogę wszystko robić w swoim tempie”.

“W mojej klasie najbardziej nieśmiała i wycofana dziewczynka otworzyła się od kiedy jest edukacja zdalna. Jakiś nowy duch w nią wstąpił i jest to dla mnie zaskoczenie, bo tego bym się nie spodziewała”. (nauczycielka z ponad 11-letnim stażem, woj. wielkopolskie).

…i żeby szkoła dała się lubić

Tu płynnie przechodzę do czegoś, co mi się wydaje dobrą konkluzją. Żeby zacząć wreszcie myśleć o szkole, którą da się polubić, do której się chce chodzić. Część dzieci tęskni za szkołą i super, że tęskni. Oczywiście głównie chcą spotkać kolegów i koleżanki, ale czasem także nauczycieli i to jest ważne i piękne.

Trzeba zerwać z ponurą tradycją, którą potwierdzają badania PISA, że polska edukacja tak mocna w osiągnięciach uczniów, jest na szarym końcu światowych rankingów, gdy pytamy o utożsamianie się uczniów ze szkołą i o poczucie, że to jest moje miejsce i że jestem tam szczęśliwy.

Jeżeli chcemy, żeby uczniom, którzy po epidemii wrócą do szkoły stęsknieni, po tygodniu się nie odechciało tej całej nauki, to zróbmy tak, żeby było w niej mniej strofowania, straszenia złymi ocenami, mniej stresu, a więcej wspólnej pracy, doceniania się, wspierania i prawdziwego, pogłębionego uczenia się.

Z wypowiedzi nauczycieli i dyrektorów wynika, że najważniejsze jest bycie w dobrym kontakcie nauczycieli ze sobą, z uczniami i z rodzicami. Na lekcjach, przerwach, wycieczkach, a teraz także – online. Nie da się zrobić dobrej szkoły, w której nie ma autentycznych relacji i uważnego przyglądania się temu, kim są uczniowie jako ludzie (trochę od nas młodsi, fakt) i co się dzieje z nimi, między nimi uczniami, między nami a nimi.

Rzecz jednak w tym, że tego wszystkiego nie uda się radykalnie poprawić bez zmiany tego, co jest głównym zadaniem szkoły, czyli nauczania.

To moja „Kartagina, która ma zostać zburzona”, czyli podstawa programowa, która powinna z XIX wieku przeskoczyć w XXI, tak, by pasowała do nowych realiów i nowej wizji świata. Żebyśmy przestali dręczyć uczniów i samych siebie.


*Alicja Pacewicz, współzałożycielka (w 1994 roku) Centrum Edukacji Obywatelskiej i (w 2015) Fundacji Szkoła z Klasą. Ekspertka europejskiej sieci edukacji obywatelskiej (NECE). Współtwórczyni podręczników edukacji obywatelskiej (ze śp. Tomaszem Mertą) i dziesiątków programów dla szkół, m.in. „Szkoła z klasą”, „Ślady przeszłości”, „Noc bibliotek”, „Młodzi głosują”, „Solidarna szkoła, „Latarnik wyborczy”. Współautorka Programu Budowy Zaufania Społecznego (2019).

**Wypowiedzi nauczycielek i nauczycieli w tekście pochodzą z raportu badania „Edukacja zdalna w czasie pandemii”, a także z webinariów, w których uczestniczyła autorka.